niedziela, 14 października 2012

Rozdział 1

Frank

  Powoli otworzyłem oczy. Przetarłem powieki wierzchem obu dłoni, następnie rozglądając się nieprzytomnie po pomieszczeniu. Było już w miarę jasno. Ciemna firanka w połowie zasłaniała okno. Natomiast przez drugą połowę słońce swobodnie rzucało swe promienie, oświetlając mój pokój. Cóż, trzeba by podnieść dupsko i rozpocząć dzień jakąś pożyteczną rzeczą. Mniej więcej mój plan zapowiadał się tak:
1. Wstać, przebrać się i zjeść śniadanie.
2. Wyjść z Poisonem na spacer.
3. Wrócić do swojego pokoju i glebnąć na łóżko, zastanawiając się nad sensem swojego życia i szlochając.
  Zapowiadało się interesująco. Nawet bardzo. Ale niestety tak przedstawiał się każdy kolejny dzień mojej egzystencji.
  Spojrzałem na miejsce obok mnie, słabo się przy tym uśmiechając. Mikey nie mógł mnie bardziej dobić, niż dać mi pokój z łóżkiem małżeńskim. Praktycznie co dzień budzę się z myślą, że ON jednak będzie obok mnie, że mnie przytuli, czule ucałuje i szepnie do ucha jakiś badziewny, ale niezwykle romantyczny tekst. Z jego ust nawet najgorsze zdanie miało by sens, byłoby piękne i czarujące. Gdyby ktoś zadałby mi teraz pytanie, czy go kocham, odpowiedź brzmiałaby "nie". Ale kto by mi uwierzył, kiedy nawet ja sam sobie w to nie wierzę? Każda kolejna doba bez niego boli coraz bardziej, pomimo tego, jak bardzo chcę o nim zapomnieć. Każda myśl o tym, że on już ma kogoś, kim niestety nie jestem ja, jest nie do zniesienia. Ciągle zadręczam się pytaniami, czy jemu jeszcze na mnie zależy, czy myśli o mnie, chciałby spędzić ze mną chociaż chwilę? Pytam o to siebie, chociaż doskonale znam odpowiedź na każde to pytanie. Nie. Dla nim jestem tylko kolegą z zespołu. Chociaż może i nawet na tą rangę nie zasłużyłem. Cóż, nie rozmawiamy ze sobą, nie dzwonimy do siebie, nie kontaktujemy... Zachowujemy się jak obce sobie osoby, mimo że w przeszłości tak wiele nas łączyło...
  Przesunąłem wzrokiem po całym łóżku, a raczej łożu, ponieważ było ono niezwykle duże. Tylko po co mi ono, skoro śpię sam? Już nawet mój kochany Poison mnie olał i przestał ze mną spać. Ze mną, ze swoim przyjacielem, który przygarnął go z ulicy i dał mu dom, miłość i opiekę. Nie ma to jak wdzięczność. A podobno psy to najlepsi przyjaciele człowieka... ciekawe. Chociaż znając życie, w zimę na pewno się do mnie przygramoli, bo będzie mu zimno i trzeba będzie biednego pieska zagrzać. Tak, wtedy to przyjdzie. A ja mu się odwdzięczę i go nie przytulę. A co mi tam, będę zły.
  Powoli zsunąłem się z łóżka i położyłem bose stopy na dywanie. Wyciągnąłem ręce wysoko do góry i mruknąłem, przeciągając się. Ah, jak to musiało uroczo wyglądać. Wszystko w moim wydaniu było urocze. Moja skromność także.
  Z dołu dobiegły do moich uszu śmiechy Mikey'a i Rose. Zapewne się świetnie bawią, robiąc śniadanie... i bałagan w całej kuchni. Znowu trzeba będzie na nich nakrzyczeć. Biedny ja, tyle zadań mam na głowie.
  Wstałem i od razu skierowałem się w stronę drzwi. Nie dbałem nawet o to, że miałem na sobie jedynie bokserki i przydużą koszulę. Do tego fryzura, jakby piorun strzelił w rabarbar. Mrał, Frankie. Jesteś taki seksowny, że wszyscy by cię szarpali jak Poison moje kapcie.
- Dzieeeeń dobry - mruknąłem, człapiąc w stronę stołu. Ale czy usiadłem na krześle? Nieee. Ja musiałam się zwalić na kolana Way'a. No nie moja wina, że są takie zgrabne, mięciutkie i wygodne.
- Dzień dobry - odparli oboje. Mikey objął mnie w pasie i przytulił się do moich pleców. Rose nie zwróciła nam uwagi czy coś. U nas takie przytulanki przestały być dziwne, jak i również buziaki w policzek, czy tam czasem w usta. Ale to były tylko niewinne całusy, nie obściskiwaliśmy się czy coś w tym stylu. Co to to nie. Są pewne granice zwłaszcza, że oni są małżeństwem... A teraz może przejdę do tematu, który wyjaśni, dlaczego z nimi mieszkam.  Otóż... może zacznę całkiem od początku, by wyjaśnić jeszcze parę innych spraw. Tak więc rozpocznijmy od mojej próby samobójczej, a raczej tego, co było po niej.
   Przez moje niezdecydowanie i zbyt długie zwlekanie, do mojej łazienki wpadł Gerard, razem z Rose. Zapewne Mikey ich poinformował, a oni musieli być akurat w pobliżu. Czasem się zastanawiam czy dobrze zrobiłem, wysyłając blondynowi tego sms-a. Przecież on zmienił całe moje życie. Gdybym nikomu o tym nie mówił i postanowił umierać samotnie, na pewno by mi się to udało, ale nie... ja musiałem. Kontynuując: cały we krwi zdychałem pod ścianą, ale oni musieli mi to przerwać. Czarnowłosy od razu zaczął opatrywać mi rany, a dziewczyna zadzwoniła po karetkę. Jak oni o mnie dbali... aż za bardzo, ponieważ potem musiałem gnić w szpitalu. Nie byłoby tak źle, gdyby ktoś mnie odwiedził. To znaczy Mikey i Rose prawie cały czas przy mnie siedzieli a on... w ogóle nie przyszedł. Przestałem dla niego istnieć, byłem dla niego tylko powietrzem. Albo gorzej, bo powietrze jest potrzebne do życia, natomiast ja byłem zbędny. Jak śmieć. Jak dziwka, którą się przeleciało i można było zostawić bez żadnych problemów. Tak właśnie się czułem po tym, jak Gee mnie traktował. Jak nic nie warta szmata.
- Smacznego - powiedziała promiennie dziewczyna, podsuwając mi talerz z jajecznicą pod nos. Szepnąłem cicho "dziękuję" i nadal siedząc blondynowi na kolanach, zacząłem jeść.
    Po tej niefortunnej próbie moja matka zaczęła mnie pilnować sto razy bardziej, niż dotychczas. Nie miałem jej tego za złe, w końcu to wszystko była tylko i wyłącznie moja wina. No, ale przecież nie można wiecznie u matki mieszkać. Więc rok po ukończeniu szkoły postanowiłem się wyprowadzić. To właśnie wtedy Mikey wyjechał mi z pomysłem, aby założyć zespół. Bardzo mi się to spodobało do momentu, kiedy dowiedziałem się, że ON też w nim będzie. I do tego ja, głupi, dałem się nabrać na Mikey'ową przysięgę, że pod żadnym warunkiem nie mogę odejść z zespołu, no chyba, że mnie wywalą. Tą drugą część dodał żartem. Przynajmniej taką mam nadzieję.
  W wielkim skrócie mówiąc wszystko się później zdupiło. Gerard ożenił się z Lyn-z. A żeby tego było mało, ma z nią dziecko... a dokładniej córkę. Co prawda nigdy jej nie widziałem, wiem tylko, że nazywa się Bandit. Wracając, mimo że jesteśmy w razem w zespole, prawie w ogóle się do siebie nie odzywamy. A ja już to tylko z przymusu. I to nie jest tak, że się nienawidzimy... ja po prostu nie mam odwagi do niego iść i pogadać po tym wszystkim, co się wcześniej wydarzyło...
  Ah, zapomniałem jeszcze o tej wyprowadzce... Więc miałem zamiar zamieszkać razem z Poisonem w jakimś małym domku. Wszystko by poszło wspaniale, gdyby nie Mikey. Zachowując się niczym mój ojciec, zabronił mi mieszkać samemu. A czemu? Bo niezdarny, głupi Frank zrobi sobie krzywdę. Przecież ja już nie jestem dzieckiem. Według siebie... W oczach innych zapewne jestem bachorem niepotrafiącym o siebie zadbać. I w ten oto nieciekawy sposób zamieszkałem z panem M. Później wprowadziła się do nas Rose, no bo przecież są małżeństwem, a małżeństwo powinno mieszkać razem. Amen.
  Wolno podniosłem tyłek i wstałem, pozwalając blondynowi się w końcu poruszyć. Cmoknąłem go w policzek, następnie kierując się do Rose i także obdarowując ją całusem. To takie moje przywitanie, w końcu dzisiaj było tylko "dzień dobry" a jak dla mnie to jest to za mało.
- Frank... znalazłbyś sobie w końcu kogoś... - westchnęła dziewczyna, pochylając głowę lekko w bok i posyłając mi dziwne spojrzenie.
- No przepraszam bardzo, ale ja sobie kogoś znalazłem, tyle że to wy mi wszystkich odrzucacie!
- Bo byli nieodpowiedni dla ciebie...
- Zawsze tak mówicie - wciągnąłem głęboko powietrze, następnie je wydychając. - A Jeffrey? Z nim też jest coś nie tak?
- Frankie... - szepnął Mikey, chwytając mnie za rękę.
- Czekam na odpowiedź!
- On jest w porządku. Przynajmniej mam taką nadzieję. - odpowiedział cicho, kiedy wyszarpywałem dłoń z jego uścisku.
  Nic już nie mówiłem, tylko mruknąłem coś niewyraźnego pod nosem. Wtedy rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Nie miałem ochoty wysłuchiwać kazań moich "rodziców" na temat moich partnerów, więc podreptałem w mojej "piżamce" do drzwi. Złapałem za klamkę i o mało nie dostałem zawału. W progu stał ON. Tylko co tu robił? Olewał mnie, jak i Mikey'a, przez długi czas a teraz nagle zachciało mu się przyjeżdżać tak z samego rana?
- Cześć Frankie - szepnął, spoglądając mi w oczy. Nie zdążyłem mu się nawet dokładnie przyjrzeć, bo od razu puściłem drzwi i wycofałem się do tyłu, a dokładniej do mojego pokoju. Nie wiem, co się potem działo. Słyszałem jedynie, że Gerard wita się z pozostałymi domownikami. Zaraz po tym w pomieszczeniu pojawił się Mikey. Przypuszczałem, że przyjdzie. W końcu należą mi się jakieś wyjaśnienia.
- Co to ma znaczyć?! Co on tutaj robi? - krzyknąłem, nie mogąc się kontrolować. I znowu, z niewiadomych lub bardzo wiadomych przyczyn, po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nie mogłem ich powstrzymać. Czułem się źle i chyba tylko płacz mógł załagodzić to nieprzyjemne uczucie. Blondyn podszedł do mnie i przytulił mnie do siebie.
- No widzisz Frank... Miałem ci powiedzieć. Razem z Rose wyjeżdżamy na wczasy, ale... bez ciebie. Wiesz, taka podróż we dwójkę, jak mąż z żoną. - tłumaczył, gładząc mnie po plecach. Jednak ja nadal nic z tego nie rozumiałem.
- A co to ma do Gerard, który właśnie teraz wlazł do NASZEGO małego magicznego świata pełnego jednorożców? - Mikey zaśmiał się tylko, przytulając mnie mocniej do siebie. Nie twierdzę, żeby mi to przeszkadzało, bo było bardzo przyjemne.
- No bo... przez miesiąc będziesz mieszkać u Gerarda - powiedział szybko, może nawet za szybko. Przez pierwsze chwile nie dochodziło do mnie, co powiedział.
- Co proszę?! - wykrzyknąłem przez łzy, kiedy w końcu wszystko do mnie dotarło. Nie, jednak nie dotarło. Nic nie rozumiałem.
- Nie zostawię cię samego, wiesz o tym. A miesiąc u Gee wydawał się najodpowiedniejszy.
- Nie traktuj mnie jak dziecko, Mikey! Poradziłbym sobie sam! - wykrzyczałem, jednak uspokoiłem się, napotykając jego karcący wzrok. - Ja nie chcę u niego mieszkać. Ja w ogóle nie chcę go widzieć - załkałem.
- Frank, zrób to dla mnie. To tylko jeden miesiąc. - poprosił, ujmując moja twarz w dłonie. Spojrzał mi głęboko w oczy, przez co całkowicie uległem. Jego spojrzenie było takie... piękne. I ten uśmiech... tak bardzo przypominał mi Gerarda.
- Dobrze, zrobię to. Ale tylko dlatego, że ty o to poprosiłeś. - powiedziałem cichutko, spuszczając wzrok. Jego usta rozciągnęły się w pięknym uśmiechu.
- Dziękuję - ucałował mnie delikatnie w policzek - to teraz grzecznie się spakuj.

0 komentarze:

Prześlij komentarz