Frank
Powoli otworzyłem oczy. Przetarłem powieki wierzchem obu dłoni,
następnie rozglądając się nieprzytomnie po pomieszczeniu. Było już w
miarę jasno. Ciemna firanka w połowie zasłaniała okno. Natomiast przez
drugą połowę słońce swobodnie rzucało swe promienie, oświetlając mój
pokój. Cóż, trzeba by podnieść dupsko i rozpocząć dzień jakąś pożyteczną
rzeczą. Mniej więcej mój plan zapowiadał się tak:
1. Wstać, przebrać się i zjeść śniadanie.
2. Wyjść z Poisonem na spacer.
3. Wrócić do swojego pokoju i glebnąć na łóżko, zastanawiając się nad sensem swojego życia i szlochając.
Zapowiadało się interesująco. Nawet bardzo. Ale niestety tak przedstawiał się każdy kolejny dzień mojej egzystencji.
Spojrzałem na miejsce obok mnie, słabo się przy tym uśmiechając. Mikey
nie mógł mnie bardziej dobić, niż dać mi pokój z łóżkiem małżeńskim.
Praktycznie co dzień budzę się z myślą, że ON jednak będzie obok mnie,
że mnie przytuli, czule ucałuje i szepnie do ucha jakiś badziewny, ale
niezwykle romantyczny tekst. Z jego ust nawet najgorsze zdanie miało by
sens, byłoby piękne i czarujące. Gdyby ktoś zadałby mi teraz pytanie,
czy go kocham, odpowiedź brzmiałaby "nie". Ale kto by mi uwierzył, kiedy
nawet ja sam sobie w to nie wierzę? Każda kolejna doba bez niego boli
coraz bardziej, pomimo tego, jak bardzo chcę o nim zapomnieć. Każda myśl
o tym, że on już ma kogoś, kim niestety nie jestem ja, jest nie do
zniesienia. Ciągle zadręczam się pytaniami, czy jemu jeszcze na mnie
zależy, czy myśli o mnie, chciałby spędzić ze mną chociaż chwilę? Pytam o
to siebie, chociaż doskonale znam odpowiedź na każde to pytanie. Nie.
Dla nim jestem tylko kolegą z zespołu. Chociaż może i nawet na tą rangę
nie zasłużyłem. Cóż, nie rozmawiamy ze sobą, nie dzwonimy do siebie, nie
kontaktujemy... Zachowujemy się jak obce sobie osoby, mimo że w
przeszłości tak wiele nas łączyło...
Przesunąłem wzrokiem po całym
łóżku, a raczej łożu, ponieważ było ono niezwykle duże. Tylko po co mi
ono, skoro śpię sam? Już nawet mój kochany Poison mnie olał i przestał
ze mną spać. Ze mną, ze swoim przyjacielem, który przygarnął go z ulicy i
dał mu dom, miłość i opiekę. Nie ma to jak wdzięczność. A podobno psy
to najlepsi przyjaciele człowieka... ciekawe. Chociaż znając życie, w
zimę na pewno się do mnie przygramoli, bo będzie mu zimno i trzeba
będzie biednego pieska zagrzać. Tak, wtedy to przyjdzie. A ja mu się
odwdzięczę i go nie przytulę. A co mi tam, będę zły.
Powoli
zsunąłem się z łóżka i położyłem bose stopy na dywanie. Wyciągnąłem ręce
wysoko do góry i mruknąłem, przeciągając się. Ah, jak to musiało uroczo
wyglądać. Wszystko w moim wydaniu było urocze. Moja skromność także.
Z dołu dobiegły do moich uszu śmiechy Mikey'a i Rose. Zapewne się
świetnie bawią, robiąc śniadanie... i bałagan w całej kuchni. Znowu
trzeba będzie na nich nakrzyczeć. Biedny ja, tyle zadań mam na głowie.
Wstałem i od razu skierowałem się w stronę drzwi. Nie dbałem nawet o
to, że miałem na sobie jedynie bokserki i przydużą koszulę. Do tego
fryzura, jakby piorun strzelił w rabarbar. Mrał, Frankie. Jesteś taki
seksowny, że wszyscy by cię szarpali jak Poison moje kapcie.
-
Dzieeeeń dobry - mruknąłem, człapiąc w stronę stołu. Ale czy usiadłem na
krześle? Nieee. Ja musiałam się zwalić na kolana Way'a. No nie moja
wina, że są takie zgrabne, mięciutkie i wygodne.
- Dzień dobry -
odparli oboje. Mikey objął mnie w pasie i przytulił się do moich pleców.
Rose nie zwróciła nam uwagi czy coś. U nas takie przytulanki przestały
być dziwne, jak i również buziaki w policzek, czy tam czasem w usta. Ale
to były tylko niewinne całusy, nie obściskiwaliśmy się czy coś w tym
stylu. Co to to nie. Są pewne granice zwłaszcza, że oni są
małżeństwem... A teraz może przejdę do tematu, który wyjaśni, dlaczego z
nimi mieszkam. Otóż... może zacznę całkiem od początku, by wyjaśnić
jeszcze parę innych spraw. Tak więc rozpocznijmy od mojej próby
samobójczej, a raczej tego, co było po niej.
Przez moje niezdecydowanie i zbyt długie zwlekanie, do mojej łazienki
wpadł Gerard, razem z Rose. Zapewne Mikey ich poinformował, a oni
musieli być akurat w pobliżu. Czasem się zastanawiam czy dobrze
zrobiłem, wysyłając blondynowi tego sms-a. Przecież on zmienił całe moje
życie. Gdybym nikomu o tym nie mówił i postanowił umierać samotnie, na
pewno by mi się to udało, ale nie... ja musiałem. Kontynuując: cały we
krwi zdychałem pod ścianą, ale oni musieli mi to przerwać. Czarnowłosy
od razu zaczął opatrywać mi rany, a dziewczyna zadzwoniła po karetkę.
Jak oni o mnie dbali... aż za bardzo, ponieważ potem musiałem gnić w
szpitalu. Nie byłoby tak źle, gdyby ktoś mnie odwiedził. To znaczy Mikey
i Rose prawie cały czas przy mnie siedzieli a on... w ogóle nie
przyszedł. Przestałem dla niego istnieć, byłem dla niego tylko
powietrzem. Albo gorzej, bo powietrze jest potrzebne do życia, natomiast
ja byłem zbędny. Jak śmieć. Jak dziwka, którą się przeleciało i można
było zostawić bez żadnych problemów. Tak właśnie się czułem po tym, jak
Gee mnie traktował. Jak nic nie warta szmata.
- Smacznego -
powiedziała promiennie dziewczyna, podsuwając mi talerz z jajecznicą pod
nos. Szepnąłem cicho "dziękuję" i nadal siedząc blondynowi na kolanach,
zacząłem jeść.
Po tej
niefortunnej próbie moja matka zaczęła mnie pilnować sto razy bardziej,
niż dotychczas. Nie miałem jej tego za złe, w końcu to wszystko była
tylko i wyłącznie moja wina. No, ale przecież nie można wiecznie u matki
mieszkać. Więc rok po ukończeniu szkoły postanowiłem się wyprowadzić.
To właśnie wtedy Mikey wyjechał mi z pomysłem, aby założyć zespół.
Bardzo mi się to spodobało do momentu, kiedy dowiedziałem się, że ON też
w nim będzie. I do tego ja, głupi, dałem się nabrać na Mikey'ową
przysięgę, że pod żadnym warunkiem nie mogę odejść z zespołu, no chyba,
że mnie wywalą. Tą drugą część dodał żartem. Przynajmniej taką mam
nadzieję.
W wielkim skrócie mówiąc wszystko się później zdupiło. Gerard ożenił
się z Lyn-z. A żeby tego było mało, ma z nią dziecko... a dokładniej
córkę. Co prawda nigdy jej nie widziałem, wiem tylko, że nazywa się
Bandit. Wracając, mimo że jesteśmy w razem w zespole, prawie w ogóle się
do siebie nie odzywamy. A ja już to tylko z przymusu. I to nie jest
tak, że się nienawidzimy... ja po prostu nie mam odwagi do niego iść i
pogadać po tym wszystkim, co się wcześniej wydarzyło...
Ah, zapomniałem jeszcze o tej wyprowadzce... Więc miałem zamiar
zamieszkać razem z Poisonem w jakimś małym domku. Wszystko by poszło
wspaniale, gdyby nie Mikey. Zachowując się niczym mój ojciec, zabronił
mi mieszkać samemu. A czemu? Bo niezdarny, głupi Frank zrobi sobie
krzywdę. Przecież ja już nie jestem dzieckiem. Według siebie... W oczach
innych zapewne jestem bachorem niepotrafiącym o siebie zadbać. I w ten
oto nieciekawy sposób zamieszkałem z panem M. Później wprowadziła się do
nas Rose, no bo przecież są małżeństwem, a małżeństwo powinno mieszkać
razem. Amen.
Wolno podniosłem tyłek i wstałem, pozwalając
blondynowi się w końcu poruszyć. Cmoknąłem go w policzek, następnie
kierując się do Rose i także obdarowując ją całusem. To takie moje
przywitanie, w końcu dzisiaj było tylko "dzień dobry" a jak dla mnie to
jest to za mało.
- Frank... znalazłbyś sobie w końcu kogoś... -
westchnęła dziewczyna, pochylając głowę lekko w bok i posyłając mi
dziwne spojrzenie.
- No przepraszam bardzo, ale ja sobie kogoś znalazłem, tyle że to wy mi wszystkich odrzucacie!
- Bo byli nieodpowiedni dla ciebie...
- Zawsze tak mówicie - wciągnąłem głęboko powietrze, następnie je wydychając. - A Jeffrey? Z nim też jest coś nie tak?
- Frankie... - szepnął Mikey, chwytając mnie za rękę.
- Czekam na odpowiedź!
- On jest w porządku. Przynajmniej mam taką nadzieję. - odpowiedział cicho, kiedy wyszarpywałem dłoń z jego uścisku.
Nic już nie mówiłem, tylko mruknąłem coś niewyraźnego pod nosem. Wtedy
rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Nie miałem ochoty wysłuchiwać kazań moich
"rodziców" na temat moich partnerów, więc podreptałem w mojej "piżamce"
do drzwi. Złapałem za klamkę i o mało nie dostałem zawału. W progu stał
ON. Tylko co tu robił? Olewał mnie, jak i Mikey'a, przez długi czas a
teraz nagle zachciało mu się przyjeżdżać tak z samego rana?
- Cześć
Frankie - szepnął, spoglądając mi w oczy. Nie zdążyłem mu się nawet
dokładnie przyjrzeć, bo od razu puściłem drzwi i wycofałem się do tyłu, a
dokładniej do mojego pokoju. Nie wiem, co się potem działo. Słyszałem
jedynie, że Gerard wita się z pozostałymi domownikami. Zaraz po tym w
pomieszczeniu pojawił się Mikey. Przypuszczałem, że przyjdzie. W końcu
należą mi się jakieś wyjaśnienia.
- Co to ma znaczyć?! Co on tutaj
robi? - krzyknąłem, nie mogąc się kontrolować. I znowu, z niewiadomych
lub bardzo wiadomych przyczyn, po moich policzkach zaczęły spływać łzy.
Nie mogłem ich powstrzymać. Czułem się źle i chyba tylko płacz mógł
załagodzić to nieprzyjemne uczucie. Blondyn podszedł do mnie i przytulił
mnie do siebie.
- No widzisz Frank... Miałem ci powiedzieć. Razem z
Rose wyjeżdżamy na wczasy, ale... bez ciebie. Wiesz, taka podróż we
dwójkę, jak mąż z żoną. - tłumaczył, gładząc mnie po plecach. Jednak ja
nadal nic z tego nie rozumiałem.
- A co to ma do Gerard, który
właśnie teraz wlazł do NASZEGO małego magicznego świata pełnego
jednorożców? - Mikey zaśmiał się tylko, przytulając mnie mocniej do
siebie. Nie twierdzę, żeby mi to przeszkadzało, bo było bardzo
przyjemne.
- No bo... przez miesiąc będziesz mieszkać u Gerarda -
powiedział szybko, może nawet za szybko. Przez pierwsze chwile nie
dochodziło do mnie, co powiedział.
- Co proszę?! - wykrzyknąłem przez łzy, kiedy w końcu wszystko do mnie dotarło. Nie, jednak nie dotarło. Nic nie rozumiałem.
- Nie zostawię cię samego, wiesz o tym. A miesiąc u Gee wydawał się najodpowiedniejszy.
-
Nie traktuj mnie jak dziecko, Mikey! Poradziłbym sobie sam! -
wykrzyczałem, jednak uspokoiłem się, napotykając jego karcący wzrok. -
Ja nie chcę u niego mieszkać. Ja w ogóle nie chcę go widzieć - załkałem.
- Frank, zrób to dla mnie. To tylko jeden miesiąc. - poprosił,
ujmując moja twarz w dłonie. Spojrzał mi głęboko w oczy, przez co
całkowicie uległem. Jego spojrzenie było takie... piękne. I ten
uśmiech... tak bardzo przypominał mi Gerarda.
- Dobrze, zrobię to.
Ale tylko dlatego, że ty o to poprosiłeś. - powiedziałem cichutko,
spuszczając wzrok. Jego usta rozciągnęły się w pięknym uśmiechu.
- Dziękuję - ucałował mnie delikatnie w policzek - to teraz grzecznie się spakuj.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz