niedziela, 14 października 2012

Rozdział 21

Frank

 Mikey wyszedł dawno temu, a ja, nie mogąc znaleźć sobie zajęcia, przeogromnie się nudziłem. Moja matka też gdzieś wybyła wraz z tym swoim "kolegą". Ale okej, nie wnikam w to.
   Z braku zajęcia zrobiłem sobie kawę. Wziąłem kubek i ruszyłem na górę, do mojego pokoju.
   Postawiłem napój na biurko, po czym sięgnąłem po leżące tam rysunki Gerarda. Wystarczyła jedna chwila, aby wszystkie były porwane w drobne części. Byłem tak na niego wściekły, że nie kontrolując już złości, zniszczyłem jego dzieła. Te, które dla mnie tyle znaczyły. Te, które jako jedyne zostało mi po nim. A teraz nie mam już nic. Nie mam osoby, którą bezgraniczne kochałem. Której ufałem. Która była dla mnie wszystkim, i nadal jest. Osoby, dla której za jedno jej słowo, mógłbym skoczyć w ogień. Zostały mi tylko wspomnienia i łzy, gorzkie łzy.
   Wziąłem kubek i usadowiłem się na parapecie, w otwarty oknie. Był już późny wieczór. Na niebie można było dostrzec księżyc i jego przepiękną poświatę. Wokół niego błyszczały jasno miliony gwiazd. Cudowny widok.
     Napawałem się wieczornym krajobrazem, sącząc powoli gorący napój. Ani na chwilę nie przestawałem myśleć o Gerardzie... o tej jego dziewczynie. O tym, co teraz robi.. co oni teraz robią... Tak, ta cholerna zazdrość. Łzy napłynęły mi do oczu, a ja nadal przyglądałem się niebu, nie zwracając na nie większej uwagi.
  Z rozmyślań wyrwał mnie ten znajomy głos, dochodzący spod okna, na którym właśnie siedziałem. Lekko się przestraszyłem i o mały włos, a zleciał bym z parapetu i najprawdopodobniej połamał sobie wszystkie kości. To dziwne, że ktoś tu przyszedł i to o tej porze. Zwykle wiele ludzi tutaj nie przychodzi, oprócz jednej osoby…
  Spuściłem głowę i próbowałem doszukać się jego właściciela. Było dość ciemno, więc podjęte przeze mnie wyzwanie było nie lada wyczynem.
  Po chwili spostrzegłem znajomą sylwetkę. Stał z głową skierowaną do góry. Najwyraźniej patrzył na mnie swoimi prześlicznymi oczami. I śpiewał tę cudowną piosenkę... prawdopodobnie napisaną dla mnie.
   Do moich oczu ponownie napłynęły łzy. Tym razem były one jednak wywołane szczęściem. Zależało mu na mnie. Musiało mu zależeć i to bardzo. No bo przecież gdyby miał mnie gdzieś, nie stałby pod moim oknem i nie śpiewał.
- If you stay... I would even wait all night... Or until my heart explodes... - gdy wyśpiewywał te słowa, odwróciłem głowę, żeby nie mógł dostrzec, że płaczę. - How long? Until we find our way. In the dark and out of harm. You can run away with me... - po tym zdaniu zamilkł. Spojrzałem w jego stronę. Domyślam się, ze patrzył na mnie wyczekująco.
- Anytime you want... – dokończyłem. Czułem, że się uśmiecha. Co prawda nie mogłem tego zobaczyć, ale byłem pewien, że to zrobił.
- Frankie, kochanie.  - zaczął dosyć głośno, a że był wieczór i panowała grobowa cisza, jego echo roznosiło się wszędzie. - Naprawdę przepraszam, że cię tak skrzywdziłem. Nie powinien się wtedy tak upijać. Wszystko zniszczyłem. Żałuję tego wszystkiego, że przeze mnie tak cierpiałeś. Błagam cię, wybacz mi. Bardzo mi na tobie zależy i... - zawahał się przez chwilę, po czym dokończył - kocham cię.
  Szybko zeskoczyłem z okna (nie, nie na Gerarda, tylko do pokoju) i wyleciałem z pomieszczenia, by zaraz po tym zbiec ze schodów i skierować wprost do wyjścia. Na zewnątrz czekał na mnie mój Gerard, więc musiałem się pośpieszyć. Zamknąłem za sobą drzwi i szybko pobiegłem do chłopaka. Rzuciłem się na niego i mocno go przytuliłem. Wziął mnie na ręce i mocno zaczął mocno przyciskać do siebie. Oplotłem go nogami w pasie i wtuliłem twarz w jego szyję.
- Kocham cię. - wyszeptał wprost do mojego ucha i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Po moim ciele rozszedł się przyjemny dreszcz. Tak bardzo brakowało mi jego szeptu, dotyku, bliskości...
- Przejdźmy się na spacer. - zaproponował.
- Teraz? Jest późno i do tego ciemno. - odparłem zaskoczony.
- No proszę, chodźmy na przykład do parku.
-O tej godzinie...?-zrobił maślane oczka. No nie mogłem mu odmówić. Gerardowi Way'owi się nie odmawia. Szczególnie kiedy ma na ciebie taki wpływ...-Dobra, ale na chwilę.
- Dopsz, mamo.-wyszczerzył się do mnie jak wariat. Nie no! Ten się nawet ze spaceru cieszy. Weźcie mi go... Albo nie! Lepiej nie... Wolę, żeby został. Przynajmniej będę mógł się na niego napatrzeć. Dokładnie przyjrzeć roziskrzonym zielono-brązowym oczom,delikatnym włosom w nieładzie, rysom twarzy, chociaż w takich ciemnościach trudno coś dostrzec. Nigdy nie zmienię zdania, że to najpiękniejszy chłopak na świecie.
 Już po chwili szliśmy, trzymając się za rękę, alejką parkową do "naszego" miejsca.
Usiadłem sobie spokojnie na ławce, a tu nagle coś się na mnie rzuciło. Już miałem krzyczeć, ale to "coś" zamknęło mi usta namiętnym pocałunkiem. Ten smak rozpoznałbym wszędzie. Taki delikatny, a zarazem taki... nie wiem jak to nazwać. Było tak przyjemnie. Chociaż było chłodno, to ja byłem rozpalony, aż musiałem ściągnąć kurtkę. Mhm... Mój Gerard. Nie mogę pozwolić mu na coś więcej. Nie teraz. Muszę mu to kiedyś powiedzieć. Ale póki co, cieszmy się chwilą. Pieścił moje podniebienie językiem, na co ja cicho jęknąłem. Uśmiechnął się delikatnie.
Po chwili chłopak się ode mnie oderwał i zaczął gapić się w ziemię, jakby czegoś szukał. Chodził to tu, to tam, nadal patrząc się w trawę.
-Zgubiłeś coś?-spytałem. Spojrzał na mnie tylko, po czym powrócił do szukania. Czego on szuka? Nagle zrobiło mi się zimno. Narzuciłem kurtkę na ramiona i przechyliłem głowę. Niebo było piękne tej nocy. Takie gwieździste... Zupełnie jak w oczach Gerarda, miliony tańczących iskierek.
-Mam!-zawołał entuzjastycznie, po czym usiadł na ławce. Matko! Ale mnie wystraszył...
W ręce trzymał kamyk z ostrym zakończeniem i zaczął coś dłubać na oparciu.
-Gee? Dobrze się czujesz? Może pójdziemy do domu?
-Cśśś.-uciszył mnie. Co on odwala? Zaczynam się go bać...- Patrz. -wskazał ręką na kawałek drewna.
Ah, to dlatego tak się zachowywał. Był tam napis, otoczony serduszkiem "G+F=WNM*" Ooo... To słodkie.
-Dziękuje, Gerard.-nie mogłem nic więcej powiedzieć. Czułem, jakbym zapomniał o tym wszystkim, co nas spotkało. Kochałem go... Ale nie mogłem... Musze to zrobić. Tak będzie lepiej dla nas obu. Gee przeszedł dreszcz.
-Wiesz co Frankie... Chodźmy już może do domu?
-Taa, też mi zimno.
-Czytasz w myślach, czy jak? - spytał, bo czym roześmiał się krótko.
-Można tak powiedzieć... -zaśmiałem się i objąłem go ramieniem.
Wtuleni w siebie udaliśmy się w stronę domu.
                                ***
  Weszliśmy do domu i od razy skierowaliśmy do mojego pokoju. Gdy tylko przekroczyliśmy jego próg, Gerard wybuchł niekontrolowanym śmiechem. Trudno mu się dziwić, gdyż cały pokój połyskiwał od rozsypanego tam brokatu.
- Hahah, a co to?! W księżniczkę się bawiłeś? - powiedział i po raz kolejny roześmiał się głośno.
- Nie - mruknąłem pod nosem. - Twój brat rozsypał tu to gówno "na szczęście". I na serio, nazwał to odchodami jednorożca. - mimowolnie się skrzywiłem.
- Oh, Frankie. - powiedział i objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. - Ale jednak to coś pochodzące od jednorożca podziałało. - uśmiechnął się i czule pocałował mnie w skroń.
Eh. Muszę w końcu mu to powiedzieć No dalej Frank, teraz albo nigdy.
- Gerard, ja.. to znaczy my... - nie potrafiłem tego powiedzieć, ale jednak musiałem - zostańmy przyjaciółmi.
  Serce mnie zabolało, kiedy zobaczyłem ten jego wzrok. Pełen smutku i żalu. Wiem, zachowałem się jak ostatni dupek, odrzucając jego miłość, której ostatnimi czasy bardzo pragnąłem. No ale co mogłem zrobić? Wokół niego ciągle się ktoś kręci, ciągle ktoś chce nas rozdzielić. A ja później cierpię. To oczywiste, że nie chciałem być tylko jego przyjacielem. Chciałem czegoś więcej.
- A-ale jak to p-przyjaciółmi? - wyjąkał z trudem.
- Po prostu. Nie chciałbym cię stracić, a raczej nie zaufam ci już TRZECI raz. - odparłem beznamiętnie. Nie wiem dlaczego to powiedziałem. Przecież ja mu bezgranicznie ufam. Te wszystkie afery to nawet nie były do końca jego winy, tylko tych zdzir.
Było mi okropnie źle. Miałem straszną ochotę go przytulić, ale nie mogłem. Żałowałem, że powiedziałem mu to dopiero teraz... po tych wszystkich pocałunkach i po tym, co wyrył w tej ławce. W naszej ławce. Ale niestety. Stało się. I muszę pogodzić się z tym, że teraz mogę go ponownie stracić. Już na zawsze. Jestem idiotą.

0 komentarze:

Prześlij komentarz