niedziela, 14 października 2012

Rozdział 39

Frank

  Czy kiedykolwiek zwątpiliście w miłość? W miłość drugiej osoby do ciebie? Na początku wszystko się układało pięknie, pomijając kilka szczegółów, a potem całe twoje życie posypało się jak domek z kart? No to teraz wyobraźcie sobie, że jestem tego idealnym przykładem. Było pięknie...Za pięknie. To oczywiste, że musiało się kiedyś skończyć. Ale nie myślałem, że w taki sposób. Nigdy nawet nie wpadło mi do głowy, że mój chłopak rzuci mnie dla jakiejś dziewczyny. Tak, dziewczyny. Spełnił się mój najgorszy koszmar. Mimo, iż wiedziałem, że prędzej, czy później któryś z nas się zakocha, to nie wyobrażałem sobie, że będzie to ktoś płci żeńskiej. Nie... Ja bym nigdy nie zostawił Gerarda. Wiem, może brzmi trochę irracjonalnie, ale to prawda. Nie mogę normalnie funkcjonować bez tego chłopaka...Dla niego, tylko i wyłącznie dla niego ciągnę to popieprzone życie, które i tak nie ma sensu. Chociaż dokładnie widać, że mu już na mnie nie zależy, to gdzieś głęboko we mnie pali się jeszcze jakaś nutka nadziei, że jeszcze się wszystko naprawi...Jednak jak na razie jest zero szans na spotkanie się, a co dopiero coś więcej. Był moim chłopakiem przez prawie rok. Przywiązałem się do niego jak szczenię do swojego pana i po prostu muszę codziennie chociaż usłyszeć jego głos... Nie musimy się całować, dotykać, czy cokolwiek innego. Wystarcza mi sama jego obecność, że jest przy mnie. Uczucia tak łatwo idzie odczytać z jego gestów i słów. To mi w zupełności wystarcza. Pozostałe rzeczy są tylko dodatkiem do wspaniałej miłości, jaką darzę tego chłopaka.  Ale przyszedł taki dzień, kiedy pojawienie się jednej dziewczyny zmieniło mój różowy świat. Przygotowywałem się na to, może nieświadomie, ale myślałem, że nie będzie tak bolało. Tymczasem czuje się, jakby moje wnętrzności płonęły żywym ogniem, gdy widzę ich razem. Wtedy mam ochotę tam podejść i wytargać siłą mojego Gerarda, co będzie dość trudne, ze względu na moją drobną budowę ciała.
  Skoro wspomniałem już o tym, jaki jestem mały, to właśnie w tej samej chwili zostałem pociągnięty za rękaw mojej bluzy. Prawie się wywaliłem, czując mocne szarpnięcie. Szok nie pozwolił mi na zareagowanie, więc pozwoliłem się ciągnąć, potykając o własne nogi. Miałem nadzieję, ze to Gerard, który zaciągnie mnie gdzieś, żeby nikt nas nie widział i zacznie mnie całować, mówiąc, że kocha tylko mnie. Zostawi Lyn-z na boku, żeby na to patrzała, a my zatracimy się w tym słodkim pocałunku. Nieźle, Frank. Mógłbym zostać reżyserem komedii romantycznych. Na pewno zajęły by pierwsze miejsce w top 10. Ja to mam talent do wymyślania takich bajeczek... Dlaczego bajeczek? Dlatego, że ten kto ciągnął mnie w niewiadome mi miejsce miał długie blond włosy. Już chciałem się wyrwać i drzeć wniebogłosy o pomoc, gdy dziewczyna zatrzymała się i stanęła ze mną twarzą w twarz. Może nawet za blisko... Wstrzymałem oddech i nagle zrobiło mi się słabo. Co ona tu robi? Ze mną... Mierzyłem Jenne morderczym wzrokiem. Czyżby chciała mi coś zrobić? W tym złym znaczeniu tego słowa. W takim razie gdzie są jej chłoptasie na posyłki? Co jak co, ale z dziewczyną bym sobie poradził. No chyba, że byłaby bardziej napakowana, niż kolesie z drużyny. Wtedy byłby mały problem. Ale blondynka wyglądała jak inne dziewczyny z tej szkoły. Niczym szczególnym się nie wyróżniała, chyba, że paskudnym charakterkiem. Chociaż i tak te bezmózgi leciały tylko na jej cycki i wymalowaną buźkę.
-Czego? - warknąłem, zaciskając dłonie w pięści. Nie miałem zamiaru jej uderzyć, czy coś. Tak już po prostu robię, jak jestem zdenerwowany. Jenna zrobiła wystraszoną minę i cofnęła się o krok. Spuściła głowę i wbiła spojrzenie w swoje buty, co wydało się być bardzo dziwne. Normalnie to już bym dostał piękny tekst na dzień dobry w stylu "Odwal się od mojego Gerarda." Skoro tak jej zależy, to niech sobie weźmie. Tylko pamiętaj głupie dziewczę, że będziesz narażona na straszliwą śmierć z rąk Franka Anthony'ego Iero! I teraz mój psychiczny śmiech idealnie by się nadawał do tej sceny.
- Frank. - powiedziała cicho, łamiącym się głosem. Nie brzmiał złośliwie, jak zwykle.-Ja chciałam przeprosić...Za wszystko. - co? Okej, rozumiem, że dzisiaj jest taka pogoda i tak dalej, ale żeby aż tak na łeb komuś padło? To nie jest Jenna, którą znam. Wątpię, żeby zmieniła się przez niecałe dwa dni. Jeszcze wczoraj śmiała się ze mnie, poniżając przed wszystkimi, a dzisiaj tak od niczego przeprasza? Mamusiu, ja chcę do domu. Boję się tych ludzi...
- Ja...Eee...Nie rozumiem. - byłem zmieszany i nie do końca wiedziałem jak się wysłowić. No bo co? Mam ją przytulić i powiedzieć, że jej wybaczam, a potem odjechać na wspaniałym rumaku? Jeszcze czego. Nigdy w życiu nie dotknę tej dziewczyny. Za wiele związanych z nią złych wspomnień.
- Czekaj, daj mi dokończyć. - spojrzała w moje oczy, zagryzając "niewinnie" wargę.-Jest mi bardzo przykro...Że tu jesteś taki samotny, krzywdzony przez najbliższą ci osobę. - zrobiła małą pauzę, żeby, w moim przekonaniu, dodać trochę dramatyzmu. - Tak, twój Gerard właśnie obściskuje się z Lyn-z, całując ją namiętne. - oblizała usta, po czym przysunęła się w moją stronę.- Ale jak chcesz, to mogę ci dotrzymać towarzystwa. - przywarła do mnie. Teraz żałuję, że przed wyjściem do szkoły nie obłożyłem się teflonem, żeby to "coś" się tak do mnie nie lepiło. Dobra, już nie mam pretensji do Jenny. Ja też byłem trochę... Nazwijmy to inteligentnie: Niedysponowany umysłowo. Ale chwila! Co ona sobie wyobraża?! Odepchnąłem ją od siebie. Ma szczęście, że nie założyła swoich dwu-metrowych szpilek, bo pewnie teraz leżałaby jak długa na szkolnym korytarzu. A jakoś nie wyrażałbym chęci pomocy...
-On cię już nie kocha!-krzyknęła, gdy powoli oddalałem się od tej psychopatki. Jej słowa dźwięczały mi w głowie. I nagle miałem ochotę odpowiedzieć, chociaż nie mam pojęcia, czy aby na pewno powiem prawdę.
- Kocha mnie. Kocha mnie bardziej niż kogokolwiek innego, tylko ty jesteś ciągle sama. Rozejrzyj się... Czy ktoś w ogóle chciał z tobą rozmawiać?! - drobnymi krokami wycofywałem się do tyłu.
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. - ton, którym do mnie mówiła, jak kiedyś był przesączony jadem,a  zaraz potem w uszach rozbrzmiał mi jej śmiech. Przerażające...
- Pieprz się. - tylko tyle zdążyłem powiedzieć, zanim wybiegłem stamtąd, kierując się do stołówki, gdzie i tak byłem już mocno spóźniony na lunch z Mikey'em.  Jak...Ona chciała mnie...Boże. Nie, nigdy nie zdradziłbym Gerarda. Jestem głupi, wiem to, ale jakoś nie umiem... Nie umiem przestać o nim myśleć. Jenna próbowała zrobić to samo ze mną, co z Gerardem kilka miesięcy temu. Ale jednak cieszyłem się. Dziękowałem, że mam taki wstręt do tej baby. Wątpiłem, czy bym się powstrzymał, gdyby to był ktoś inny. Nie dla samej zdrady, bo tego nie chciałem, ale dla...Zemsty. Znowu. Jeszcze jakby Gee na to wszystko patrzył. Aż się samo prosi, żeby takie coś wypróbować. I nie, ja byłbym niewinny. W końcu wolno mi się trochę "zabawić", gdy on mnie olewa, prawda? Stop, Frank! Nie! Nie wolno ci!
Z trudem powstrzymałem cisnące się do moich oczy łzy i wbiegłem do jasnego pomieszczenia. Usiadłem, a raczej wleciałem w pędzie na ławkę naprzeciwko Mikey'a, który patrzył się na mnie, jakby ducha zobaczył. Jego usta były rozchylone, a widelec zawisł w powietrzu, koło jego ucha.
- Frank? Co się stało? - zapytał spokojnie, odkładając wszystko i uważnie się mi przypatrując.
- Nic - warknąłem, ale pod koniec załamał mi się głos. Niech to szlag. Odwróciłem wzrok, ukrywając słone łzy, spływające mi po twarzy. Szybko starłem je rękawem, udając, że nie było ich tam wcześniej i zapatrzyłem się w punkt obok Mikey's. Ciut się zdziwiłem, gdy zamiast jakiejś odległej brudnej ściany, albo grypki dziewczyn szepczących między sobą, zobaczyłem czarną, rozczochraną czuprynę i dobrze znane mi rysy twarzy.  Takie piękne, takie idealne...Nigdy bym ich nie zapomniał. Przez to miałem ochotę rozryczeć się tu i teraz. Jenna miała rację, muszę to jej przyznać. Gee mnie ranił, choć może nie zdawał sobie z tego sprawy.
- No przecież widzę, że coś się dzieje. - podsunął mi tacę z jedzeniem, tym samym wyrywając mnie z rozmyśleń. Czasem naprawdę dałby mi święty spokój i wszyscy byli by zadowoleni. Zwłaszcza Gee, który nawet nie zwrócił uwagi na całą tą sytuację. Powiedziałby chociaż "cześć". Chwila, ja też tego nie zrobiłem. - Mów. - rozkazał głosem, nieprzyjmującym sprzeciwu.
- Jenna. - szepnąłem cichutko, mając nadzieje, że tylko Mikey to usłyszy i zabrałem się za odpakowywanie kanapki. Nie było sensu kłócić się z blondynem. Prędzej, czy później sam by to ze mnie wyciągnął. Ja bym wolał później, bez Gerarda. Ale już nie było odwrotu.
- Co ona ci zrobiła?! - no wszystkiego można było się spodziewać, ale tego, że Gee się odezwie to raczej nie. Czarnowłosy skutecznie uciszył Mikey'a swoim "wybuchem", a wyżej wspomniany skulił się na swoim miejscu, cierpliwie czekając, aż jego brat skończy. Dlaczego on się nie odzywa? Przecież to właśnie ten cichy chłopak, który siedzi naprzeciwko mnie kłócił się ze wszystkimi i, o zgrozo, to on wygrywał w tych rozmowach. Jakby na to nie patrzeć, Mikey zawsze miał milion argumentów i w końcu nikt nie mógł go pokonać. No, stary, uratuj mnie...
- Nic. - nie patrząc na niego dalej męczyłem się z papierkiem.
- No jak to nie?! - wstał, gwałtownie przysuwając się w moją stronę. Odruchowo odchyliłem się do tyłu, zwracając przestraszony wzrok na chłopaka. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. No dobra, może trochę się wystraszyłem reakcji Gerarda. Ludzie dookoła umilkli, rzucając nam pytające i zlęknione spojrzenia. Tak, uważajcie lepiej na pana Way'a Wielkiego, bo jeszcze wam krzywdę zrobi. A tak w ogóle co się z nim ostatnio dzieje? Najpierw nie chce mnie widzieć, a potem tak nagle przejmuje się mną i jakąś głupią dziewuchą. To jest oczywiste, że tylko udaje. Przecież musi stwarzać jakieś pozory, żeby nadal okłamywać mnie na każdym kroku. Tyle, że, mój drogi Gerardzie, ja już dawno się domyśliłem... Może zechciałbyś już stąd pójść do swojej ukochanej?
Czarnowłosy powoli usiadł z powrotem, a salę znów wypełnił gwar rozmów. Te dzieciaki doprowadzają mnie do szału. Potrzebuję ciszy, a na nią się na razie nie zapowiada.
- No powiedziałem, że nic. - warknąłem na tyle spokojnie, na ile umiałem utrzymać swoje emocje. Błagam cię, Gee, idź już! Ale niestety chłopak nie poruszył się ani o milimetr, tylko patrzał na mnie ze skrzyżowanymi rękami. Zacząłem spokojnie jeść przyniesiony mi lunch. Nikt z nas więcej się nie odezwał. I w takiej oto ciszy, tylko przy naszym stoliku, spędziłem następne pięć długich minut. Mikey wydawał się być w zupełnie innym świecie, jakby mało go obchodziło to, co się dzieje. Nigdy taki nie był, więc postanowiłem z nim pogadać.
- Mikes? Co się dzieje?-spytałem, posyłając mu delikatny uśmiech.
- Co? Ja?! - zrobił chwilę przerwy, żeby zorientować się gdzie jest. Miał przy tym taką słodką minkę. - Nie, nic...
- Widzę. Nie oszukasz wszystkowidzących Frankowych oczu. - wyszczerzyłem się jak wariat, a złu humor przepadł i chyba dzisiaj już nie wróci. To dobrze. Nie mam zamiaru krzyczeć na wszystkich.-A właśnie... Gdzie jest Lindsey? - Gee odwrócił się tyłem i raczej mi nie odpowie, a Mikey pokrył się rumieńcem. Ta, żeby to był tylko rumieniec. Jego twarz płonęła na czerwono. Hm... Czyżby aż tak się zawstydził na samo wspomnienie o Lyn-z? Tylko mi nie mówcie, że on też z nią kręci.
- Au. - blondyn złapał się za ramię, kiedy Gerarda uderzył go w nie łokciem.
- Ty coś wiesz! - krzyknąłem nagle, pokazując palcem na chłopaka. - Gadaj! - pokręcił przecząco głową. Wpadłem na genialny pomysł. Takie dwa w jednym. Zrobię, żeby Gerard był zazdrosny. Właśnie to miała być moja zemsta, ale nigdy nie było okazji, ani osoby do tego. Przecież nie zacznę flirtować z jakąś obcą dziewczyną, kiedy każdy tutaj wie o mojej orientacji. No to wykorzystam jego uroczego braciszka. Nie, Mikey wcale mi się nie podoba w TEN sposób. Jest ładniutki i słodki, ale tak naprawdę nigdy nie pokocham go tak jak Gee. Nawet jeżeli chciałbym się z kimś związać, to nie potrafiłbym. Moje serce należy do tego jedynego, co siedzi prawie przede mną.
  Wstałem, okrążyłem stolik i stanąłem za Mikey'em. Położyłem mu ręce na ramionach, powoli oplatając je wokół niego. Nachyliłem się i przybliżyłem usta do ucha blondyna, który cały zesztywniał. Oczywiście zadbałem, by Gee doskonale wszystko widział.
- No powiedz, kochanie. - wymruczałem uwodzicielskim głosem, całując go delikatnie i czule w policzek. Przejechałem wargami po twarzy chłopaka, zatrzymując się prawie przy ustach. - Powiesz? - starałem się go przekonać.
- Nie. - odparł sztywno, próbując mnie odepchnąć. Jak on mógł się mi oprzeć?! Jeszcze nikt nigdy tego nie zrobił. Zranił moje serce. Idę się popłakać. Okej, żartuję. Może wziął to na serio, czy coś i nie chciał, żeby Gerard to widział. Ale muszę przyznać, że czarnowłosemu się należało. już wystarczająco satysfakcjonowało mnie to, jak mocno zaciska pięści i stopniowo się uspokaja. Czas skończyć to przedstawienie z zazdrosnym chłopakiem.
- Nie to nie. - wróciłem na swoje miejsce, w spokoju dokańczając jedzenie.    Skoro nie chce po dobroci, to mam jeszcze kilka sposobów. Ewentualnie można posunąć się do czegoś bardziej brutalnego. Wiem! Zagrożę, że wezmę mu jednorożce, a potem co do jednego wyrzucę do śmieci, tak, że nigdy ich nie zobaczy. Tak, to okrutne. To tak jakby ktoś mi oznajmił, że już nigdy więcej nie zobaczę Gee, bo...Wyrzucił go do śmieci. Ale Mikey ma jakiś wybór...
Wstałem, posprzątałem po sobie i z udawanym fochem poszedłem na resztę lekcji, przespać się trochę na twardej ławce.
***


  Teraz Mikey na pewno mi nie odmówi. Nie może, nie oprze się mi... a raczej temu, czym mam zamiar go w pewnym sensie przekupić.
  Szedłem sobie do domu Way'ów, podgwizdując pod nosem wesołe melodyjki. W rękach trzymałem dość spore, różowe pudło. Mimo rozmiaru było niewiarygodnie lekkie, ale niestety przykuwało uwagę wszystkich przechodzących obok mnie, lub po drugiej stronie ulicy. Tak jakby widok chłopaka z jakimś różowym kartonem był tak niesamowity, jak zobaczenie ufo.
  Doszedłem do drzwi i zatrzymałem się na chwilę przed nimi. Oparłem karton, który dotąd niosłem w dwóch rękach, na zgiętym kolanie i przytrzymałem go jedną dłonią. Nie mogłem położyć go na ziemi, ponieważ gdzieniegdzie było jeszcze wilgotno po ostatnim deszczu i mógłby trochę przemoknąć. Wolną dłonią przycisnąłem dzwonek. Nie musiałem długo czekać bo po kilku sekundach w progu stanęła pani Way. Nie można było ukryć, że jest zszokowana. Zastanawiałem się, dlaczego. Przecież mnie zna ponad pół roku, więc nie jest jej aż tak bardzo obcy, a ona zachowywała się jakby zobaczyła co najmniej ducha. Jestem aż taki straszny, dziwny...? Czy to może przez to różowe pudło?
- Dzień dobry. - przywitałem się z wielkim uśmiechem na ustach. Miałem jakieś dziwne obawy, że zaraz ten wyszczerz mi zniknie. Cały czas obserwowałem twarz zaskoczonej kobiety. - Jest może Mikey?
- Frank? A co ty tu robisz? - spytała, nie dowierzając w to, że stoję przed nią. No o co chodzi, ludzie?! Dlaczego wszyscy tacy dziwni się dzisiaj zrobili? I w ogóle co to za pytanie? Gdyby to nie była wyjątkowo okazja, bo akurat muszę pilnie pogadać z Mikey'em, to pewnie przyszedłbym odwiedzić swojego chłopaka. - A Mikey jest, w swoim pokoju. Możesz do niego pójść. - dodała, po czym usunęła mi się z przejścia.
- Dziękuję. - posłałem jej promienny uśmiech i wsunąłem się do pomieszczenia. Szybko zdjąłem trampki metodą "but o but" i już ruszyłem m stronę schodów, by dotrzeć do pokoju pana M, gdy nagle zatrzymała mnie jego matka.
- A ty jesteś teraz z Mikey'em? - spytała, przyciągając moją uwagę. Albo się przesłyszałem, albo jestem głupi i o czymś nie wie. A no tak, głupi jestem. Przecież właśnie idę do blondyna, aby dowiedzieć się czegoś, czego nie wiem.
  Kobieta stała przez chwilę nieruchomo, bacznie mi się przyglądając, po czym dodała - Bo z Gerardem zerwaliście, prawda?
- Że co proszę? - gwałtownie obróciłem się w jej stronę, otwierając szeroko usta. Można by rzec, że kopara i do ziemi opadła. - Przecież my nie...
- Ah, ja głupia. Nie słuchaj mnie, ja tam czasem sobie lubię głupoty pogadać... - powiedziała szybko, po czym odwróciła wzrok, nie patrząc na mnie. To było dziwne, nawet bardzo. Ale skoro powiedziała, że podobno zerwaliśmy z Gerardem, a Mikey też coś przede mną ukrywa... A skoro oboje czegoś nie chcą mi powiedzieć, to najwyraźniej kogoś kryją. Gerard...
  Szybko wycofałem się w stronę schodów. Zacząłem wspinać się po nich w górę, o mało się nie wywalając. Ta, ja już chyba zawsze będę taki pokraczny. Idąc do innego pokoju jestem w stanie złamać sobie wszystko. Ale zostawmy już ten temat w spokoju.
  Jak dziki, opętany i tak dalej, wleciałem do pokoju blondyna. Chłopak, który akurat przeglądał coś na laptopie o mało nie zleciał z krzesła, przez to moje wielkie wejście. Szybko się podniósł i stanął na równe nogi z zaskoczoną miną. Oh no, czy moje przyjście jest aż takie szokujące?
- Frank! Co ty tu... robisz? - niemalże krzyknął. W końcu spuścił wzrok z mojej twarzy nieco niżej, dostrzegając różowe pudło. No tak, większe ode mnie, a mimo to i tak go nie widać.
- Mam dla ciebie preeezent! - zaświergotałem i podszedłem do jego łóżka - Mogę? No pewnie, że tak. - odpowiedziałem sam sobie, co tylko mogło utwierdzić go w przekonaniu, że jednak coś mnie opętało.
  Postawiłem zajebiście różowy karton na prześcieradle, które oczywiście ozdobione było wielgachnym jednorożcem. Ładnie pachniała. Trochę jak jednorożec. O ile jednorożce nie "pachną" tak jak przeciętne konie.
  Uchyliłem wieko i powoli zacząłem wyciągać jego zawartość.
- Werble proszę. - powiedziałem, gapiąc się na Mikey'a z tajemniczym uśmieszkiem. Gdy jednak nie usłyszałem niczego, oprócz tykania małego zegarka na komodzie, z motywem jednorożca oczywiście, westchnąłem głośno. - Ok, nie to nie.
  Wyjąłem tego przepięknego, cudownego i nadzajebistego jednorożca, a z moich ust wydobyło się coś w stylu "ta dam!". Blondyn stał oniemiały, w tym samym miejscu, w którym stanął w chwili, kiedy wparowałem do pomieszczenia.
- Daaaj - wyjęczał, wyciągając łapki po pluszaka, zabawkę czy czym to tam było. Szybko jednak trzepnąłem go, podnosząc konia nieco wyżej, aby nie mógł go dosięgnąć. Mimo, że nie różniliśmy się wzrostem aż tak bardzo, chłopak nie mógł się do niego dobrać.
- Dam, ale najpierw coś dla mnie zrobisz. A ty już wiesz co...
  Nagle chłopak z wystraszoną miną wycofał się na drugi koniec pokoju.
- Frank... Jestem za młody na seks... - wyszeptał, kuląc się. Poczułem się, jakbym dostał twarz. Czy na serio, kiedy mówię, że coś od kogoś chcę, wszyscy zaraz pomyślą o czymś zboczonym? Czy ja jestem jakimś miejscowym zboczeńcem?
- Nie o to mi chodzi... - westchnąłem, podchodząc do niego. - Rano, w szkole. Dokładniej na stołówce, najwyraźniej czegoś nie chciałeś mi powiedzieć. Co przede mną ukrywasz? Tylko błagam, chociaż ty mnie nie okłamuj...
- Wybacz, ale nie mogę... - wlepił wzrok w ziemię, unikając mojego błagalnego spojrzenia. Czyli mogę być w stu procentach pewny, że chodzi o Gerarda.
- Ale dostaniesz jednorożca... Nie chcesz? Jest z limitowanej edycji. Już nigdzie i nigdy identycznego nie znajdziesz, jeśli ode mnie nie weźmiesz. - zachęcałem.
- Frank, nie mogę...
- No, ale spójrz! - zacząłem wymachiwać pluszakiem - Jest taki mięciutki, a jego futerko takie miłe w dotyku. I zobacz, jakie śliczne kopytka! A gdy naciśniesz na jedno z nich, zaświeci mu się róg. - gadałem i gadałem, prezentując mu zabawkę. Na początku udawał, że go to nie rusza, ale z każdą chwilą coraz bardziej mi ulegał. - O spójrz na jego kolorki! Biała sierść idealnie kontrastuje z tą mieniącą się na tęczowo grzywą i ogonem. No jak możesz nie chcieć takiego cuda?
- Dobra, powiem! Wszystko powiem! Ale obiecaj, że nikt się nie dowie, że ci powiedziałem. Szczególnie Gerard...
- Dobrze, obiecuję. - odparłem, a Mikey wziął mnie za rękę i pociągnął na łóżko. Oboje usiedliśmy na jego skraju. Blondyn spojrzał na mnie niepewnym wzrokiem.
- Na pewno chcesz wiedzieć? - spytał słabo, upewniając się, czy aby nie podejmuje złej decyzji.
- Tak, chcę wiedzieć. - coraz bardziej bałem się tego, co usłyszę. Przerażało mnie to, co zaraz dojdzie do moich uszu, ale i tak nie rezygnowałem. Chciałem w końcu poznać prawdę.
- Więc... Frank, nie wiem, jak ci to powiedzieć. Możesz mnie znienawidzić za to...
- Mikey, po prostu mów. Nie znienawidzę cię, nawet jeśli miałbyś z tym coś wspólnego.
  Westchnął i zamknął oczy. Wziął parę głębokich wdechów, żeby się pewnie uspokoić i ponownie wlepił we mnie swój wzrok.
- Kiedy Lindsey ostatni raz tu była, to oni... się całowali. I to nie było tak po przyjacielsku, tylko... inaczej. Wybacz, że musisz się o tym dowiadywać w taki sposób.
  Dobra, może jednak nie powinien prosić, żeby mi powiedział. Chociaż... może dobrze, że tak się stało. I naprawdę cieszę się, że chociaż Mikey, on jeden jest ze mną szczery, jeśli chodzi o poważne sprawy.
  Nie mogłem już wytrzymać. Nie byłem wściekły na blondyna, bo przecież dobrze zrobił, mówiąc mi o tym. Zacząłem płakać tylko dlatego, że mój chłopak, który przyrzekał mi wierność, zdradza mnie z jakąś suką i w dodatku okłamuje. Jestem ciekaw, czy chociaż raz powiedział mi prawdę, czy jego "kocham cię" było prawdą...
  Mikey objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Od razu wtuliłem się w niego, płacząc. Przy okazji wcisnąłem mu jednorożca w rękę, którego od razu odrzucił za siebie. Przytulał mnie mocno, gładząc po plecach i szepcząc słowo "przepraszam". Ale dlaczego? Czemu mnie przepraszał, skoro nic nie zrobił, a jako jedyny był ze mną szczery?
  Gdy trwaliśmy w takiej pozycji, kątem oka zauważyłem niedomknięte drzwi, a za nimi Gerarda. Nie patrzył na nas, po prostu stał oparty dłonią o ścianę, przypatrując się korytarzowi. Nie mam pojęcia, jak długo tam stał, ale dam sobie głowę uciąć, że słyszał wyznanie Mikey'a. Jestem też pewien, że błagam młodszego brata, żeby mi o niczym nie mówił, a ten właśnie złamał obietnicę.
  Po krótkiej chwili czarnowłosy się oddalił, najpewniej udając się do swojego pokoju.
  Jakimś cudem udało mi się oderwać od młodszego Way'a. Sądząc po jego minie, wyglądałem co najmniej masakrycznie. Zgaduję, że miałem podpuchnięte, czerwone oczy i policzki całe mokre i śliskie od łez.
- Dzięki Mikey. Za wszystko... - przybliżyłem się do niego i przytuliłem go ostatni raz, składając czuły pocałunek na jego policzku. Nie miałem zamiaru go poderwać ani nic tym w stylu, to miał być taki przyjacielski buziak. Takie małe podziękowanie...
  Wstałem z łóżka, ciągle trzymany przez blondyna za rękę. Odwróciłem się i posłałem mu smutne spojrzenie, które on odwzajemnił tym samym. Lekko wyszarpnąłem dłoń z jego uścisku i wyszedłem z pomieszczenia, a następnie z domu. Tak bardzo miałem ochotę być już w swoim łóżku, by móc wszystko przemyśleć...


Gerard

  Szedłem, można nawet powiedzieć, że niemalże biegłem w stronę jego domu. Okropnie mi się spieszyło. Tak bardzo chciałem już być przy nim, przytulić go i przeprosić. Nie wiem jednak, czy by mnie nie odepchnął i czy w ogóle wpuściłby mnie do środka. Ale trzeba mieć nadzieję...
  Niemal całą drogę rozmyślałem o tym wszystkim. Tak bardzo żałuję tego wszystkiego, tych wszystkich złych decyzji, podjętych przeze mnie. Przez moją głupotę, ten drobny i delikatny chłopak musiał tyle wycierpieć. Nawet nie mogę sobie wyobrazić tego, co on musiał przeżywać. W bardzo małym stopniu podzielałem jego uczucia, gdy on się lepił do Mikey'a na stołówce. Ale to była tylko zabawa, a ja... ile razy ja go zdradziłem i okłamałem? Nawet sam już nie pamiętam. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że dopiero Mikey mi to uświadomił. Tak, właśnie ten, którego tak wyzywałem i nienawidziłem.
  Doszedłem do drzwi domu Franka i nacisnąłem dzwonek. Czekając, aż ktoś mi otworzy zacząłem rozmyślać, czy robię dobrze. Błagam, niech mi ktoś powie, że to dobry wybór, że tak powinno być i chociaż raz w życiu zrobię coś dobrze...
  W drzwiach pojawiła się sylwetka bruneta. Nie namyślając się długo, rzuciłem się na niego, oplatając go ramionami tak, że nie mógł się ruszyć.
  Nie zdążyłem zobaczyć jego twarzy, ale byłem pewny, że płakał, i to przeze mnie... Jak zwykle zresztą... Gerard, dlaczego jesteś takim idiotą i ciągle ranisz innych? A w szczególności jego...
- Gerard? - wyszeptał nieco zdziwionym tonem. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz