niedziela, 14 października 2012

Rozdział 35

 Frank

- No proszę, proszę. Kogo my tu mamy - powiedział blondyn, po czym roześmiał się. Rozpoznałem w nim tego, który parę tygodni temu zachłannie wpijał się w moje usta na szkolnym korytarzu. Ugh. Na samo wspomnienie tego mnie zemdliło. Jednak nie poruszyłem się ani o milimetr, nie zaprzestając obserwowania ich. Stałem wyprostowany, cały czas opierając dłonie o umywalkę. Nie odwracałem się do nich. Wystarczyło, że doskonale widziałem ich w odbiciu.
  Po krótkiej chwili zanotowałem, że Jack, bo tak miał na imię blondyn, nieznacznie się do mnie zbliżył. Dostrzegłem w lustrze jego spojrzenie przepełnione agresją. Nie minęło kilka sekund, a już mogłem poczuć na karku jego gorący, a zarazem i palący oddech. Jego dłonie zawędrowały na moje pośladki, które po chwili mocno ścisnął, na skutek czego jęknąłem. Ale nie był to jęk podniecenia. Wcale mi się to nie podobało, a nawet mnie brzydziło. Gdy poczułem jego mokry język na moim karku, wywołało to u mnie odruch wymiotny. Gwałtownie się odwróciłem, wyrywając jednocześnie z uścisku chłopaka.
- Hej, suczko, ile bierzesz za nockę? - spytał, łapiąc mnie za nadgarstki i przygniatając tym samym do ściany. Nasze twarze znalazły się niebezpiecznie blisko. Czułem na sobie jego oddech, jego wrogie spojrzenie. Odwróciłem głowę na bok, spuszczając wzrok na białą podłogę.
- Po co pytasz skoro i tak nie wiesz co do czego służy - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, nie zaszczycając go spojrzeniem. No i masz. Powinienem bardziej uważać na słowa. Szczególnie, że tydzień wcześniej pokłóciłem się z mamą i otrzymałem karę, właśnie za takie głupie gadanie. Od tego momentu przestała się do mnie odzywać. Zachowywała się, jakbym w ogóle nie istniał. Nie odpowiadała mi, kiedy o coś pytałem, przestała upominać mnie z byle powodu i nawet nie dostaję już żadnego posiłku. Wszystko sam muszę robić. Ale przecież należało się. Sam jej powiedziałem, że jej nie potrzebuję, a ona wzięła sobie to do serca. Frank, kretynie, co ty robisz ze swoim życiem?
  Poczułem gładko przesuwając się pięść na moim policzku. Pod wpływem siły uderzenia upadłem na kolana, ledwie podpierając się rękami.
- Nadal jesteś taki odważny? - jego głos dudnił mi w głowie. Zaraz po tym blondyn kopnął mnie z całej siły w brzuch, po czym całkowicie osunąłem się na zimne podłoże. Zwinąłem się w kłębek, trzymając za miejsce, w które przed chwilą kopnął Jack. Oplotłem się ramionami, jakby to miał uśmierzyć ból, jednak nic to nie pomagało. Uchyliłem dotąd przymknięte powieki i zobaczyłem nad sobą czterech chłopaków. Pozostałych dwóch stało pod ścianą. Najwyraźniej nie chcieli się mieszać w tę całą "zabawę". Jeden stał opierając się niedbale o umywalkę, oglądając z daleka tę akcję. Drugi natomiast trzymał w ręku komórkę, nagrywając to zdarzenie.
- Naprawdę nie boicie się tego nagrywać? Przecież może to dojść do nauczycieli, a nawet i policje. Naprawdę chcecie tak zaryzykować? - nagle wszyscy zgromadzeni, oprócz mnie oczywiście, wybuchnęli śmiechem. Ale o co im chodziło? Czy to takie śmieszne, że ich zgarną?
- Nie zawracaj tym sobie swojej małej główki, suczko. Myślisz, że kogoś zainteresuje los takiego czegoś jak ty?
- Nie jestem przedmiotem, żebyś mnie tak nazywał - warknąłem, próbując się podnieść. Jednak kolejny kopniak szybko przywrócił mnie do dawnej pozycji, abym mógł kontynuować zapoznawanie się z kafelkowaną podłogą.
- Śmieszne! Jak możesz tak myśleć, skoro wszyscy traktują cię jak swoją zabaweczkę, hm? - powiedział Jack, po czym po raz kolejny się roześmiał, odchylając głowę w tył. - A jak tam ten twój... Gerard? Przeleciał parę razy i zostawił, tak? Biedny Frankie. Nawet nie wiesz, jak mi przykro. - dodał z udawanym współczuciem i pogłaskał mnie lekko grzbietem dłoni po policzku. Już nawet nie miałem siły, żeby go od siebie odepchnąć.
- Przecież my nadal jesteśmy razem! - wystękałem. Co prawda, sam już dawno zwątpiłem w ten nasz związek, ale słowa same ze mnie wylatywały.
- Czyżby? To dlaczego twój książę nie przyjedzie tu na białym rumaku i cię nie uratuje? Chcesz wiedzieć? Bo siedzi sobie na stołówce i flirtuje z Lindsey. - zarechotał, a cała reszta zawtórowała mu tym samym. Po części miał rację. Dlaczego on nie za mną nie poszedł?! Nie musiałbym teraz tak cierpieć...
- Czego wy ode mnie chcecie? - szepnąłem ledwo słyszalnie. Nie miałem siły, żeby wstać, obronić się, a nawet cokolwiek powiedzieć.
- Wszystkiego, co masz do zaoferowania. - odpowiedział brunet, śmiejąc się przy tym.
- Nie mam nic... - odszepnąłem i zakasłałem, wypluwając przy tym odrobinę krwi na białą podłogę.
- Zaraz to sprawdzimy. - zaśmiał się i nachylił do mnie. Nie miałem na nic siły, więc po prostu oparłem głowę w najwygodniejszej pozycji i próbowałem zignorować cały ten ból i upokorzenie. Poczułem jak dłonie chłopaka przeszukują moje spodnie. Nie miałem przy sobie nic dużo wartego, oprócz komórki. Brunet szybko pozbawił mnie i tej jednej rzeczy. Podniósł się do pozycji stojącej. Najprawdopodobniej teraz przeglądał sobie moje zdjęcia, filmiki i SMS-y. Nie myliłem się. Usłyszałem śmiechy, poprzedzające odczytywanie moich wiadomości.
- Siema skarbie, co tam u ciebie? - spytał blondyn melodyjnym głosem, kierując go wprost do telefonu, który to wszystko było nagrywane. Następnie podał moją własność brunetowi.
- Cześć kiciu. Nudzę się bez ciebie... - odpowiedział mu równie "uroczo", po czym oddał komórkę.
- A wiesz... kocham cię, misiaczku.
- Uroczo. Wyobrażam sobie twoją śliczną buzię, kiedy pisałeś tego sms-a. - nadal odgrywali swoje przestawienie, udając mnie i Gerarda.
- Oh, jak dobrze, że pozwoliłeś mi zrobić sobie zdjęcie.
- Dlaczego?
- Bo gdy ciebie nie ma obok, to mogę chociaż przelizać się z telefonem. - te słowa dostatecznie mnie wkurwiły. Przecież ja nigdy czegoś takiego nie pisałem! Resztką sił podniosłem się na nogi i podszedłem do blondyna, próbując mu przy tym wyrwać rzecz należącą do mnie. Mój wysiłek na nic się jednak nie zdał, bo po chwili ponownie oberwałem pięścią w twarz. Skuliłem się i opadłem na podłogę, uderzając o nią głową. Wszystko tak cholernie mnie bolało. Dlaczego tu nie ma Gerarda? On by mi pomógł... na pewno by to zrobił. Teraz jest pewnie zajęty ślinieniem się z tą suką, podczas gdy ja jestem żywcem rozszarpywany.
- Masz co jeszcze? - zwrócił się do mnie jeden z chłopaków. Nie miałem już ani siły, ani ochoty na otwieranie oczu. Potrząsnąłem lekko głową w przeczącym geście. Skuliłem się jeszcze bardziej, próbując w ten sposób stłumić ból. Tak bardzo marzyłem teraz o tym, aby był ze mną Gee. Żeby mnie obronił przed tymi gnojami. I przytulił do siebie, kiedy by już poszli i zostawili nas samych. Żeby szeptał mi do ucha, że mnie kocha i że wszystko będzie. A na koniec pocałował... z czułością i miłością. Ale widocznie nie zasłużyłem nawet na jego obecność.
- Jeszcze zobaczymy. - warknął, po czym przykucnął przy mnie. Odwrócił mnie tak, abym leżał płasko na plecach. Zaczął dokładnie mnie przeszukiwać. Chociaż... ciężko to było nazwać przeszukiwaniem. To zaczynało podchodzić bardziej pod obmacywaniem. Czułem wszędzie jego dłonie. To było straszne. Nie miałem jednak siły, żeby go odepchnąć lub w jakikolwiek inny sposób temu zapobiec. Zanotowałem, że jego ręka przesuwa się po mojej szyi i zjeżdża na moją klatkę piersiową, poprzez otwór na głowę w koszulce. Zgrabnie ujął palcami wisiorek, który otrzymałem od Gerarda w rocznicę moich urodzin. Chłopak jednym silnym ruchem zerwał mi go i zaczął dokładnie oglądać.
- Twój na zawsze - przeczytał, po czym zaśmiał się głośno. - Urocze. Normalnie rzygam tęczą.
Otworzyłem oczy i spojrzałem wzrokiem przepełnionym agresją na szatyna, który nadal nade mną klękał. Nie wiem nawet skąd wziąłem siłę, no i odwagę oczywiście, ale podniosłem się i z wściekłością rzuciłem się na niczego nie spodziewającego się chłopaka. Zacząłem się z nim szarpać o ten niby nic nie ważny łańcuszek. Dla mnie jednak znaczył bardzo wiele. Miał tę wartość sentymentalną.
Nim się obejrzałem, pozostali zdążyli do nas doskoczyć i odciągnąć mnie siłą od mojej ofiary.
- Oj, nasz malutki Frankie się wkurzył. Może dać ci buzi na uspokojenie? - Oddaj to, gnoju! - wrzasnąłem i zacząłem się szarpać, próbując uwolnić się z objęć. Trzymali mnie tak mocno, że o mało nie zgnietli mi kości.
- Chcesz? To sobie bierz! - krzyknął i zwrócił się w kierunku kabiny. Otworzył drzwi i wsunął się do środka. Posłał mi ostatni, złośliwy uśmieszek i pomachał naszyjnikiem. Następnie wisiorek wylądował w muszli klozetowej. Z moich ust wydobył się krzyk. Trzymający mnie małpiszony rozluźniły nieco uściski, że mogłem łatwo się im wyrwać. Szybko podbiegłem do bruneta, który stał nadal w tym samym miejscu, opierając się o ścianę kabiny. Szybko uklęknąłem przed muszlą i zacząłem wyławiać naszyjnik. Jakie szczęście, że ten palant nie spuścił wody. Po kilku chwilach znów miałem go w swoich mokrych rękach. To by chyba najbardziej obrzydliwa rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Ale czego się nie robi dla
prezentu od osoby, która i tak ma cię w dupie...
  Gdy wycierałem przemoczone dłonie w swoje własne ubrania, zostałem powalony na ziemię, dodatkowo uderzając w coś głową. Już nawet nie próbowałem wstawać  czy się bronić. Chciałem po prostu mieć już to z głowy. Niech się pobawią i zostawią, żebym zgnił w szkolnym kibelku. Przestało już do mnie cokolwiek docierać. Odczułem tylko kilka uderzeń. Możliwe, że krzyczałem imię czarnowłosego, ale nie jestem pewien. Może były to tylko moje myśli...
Świat powoli zaczął zanikać. Ostatnie, co dotarło do mnie to polecenie któregoś z chłopaków, żeby zwiewali stąd. Chwilę potem wszystko zniknęło.

***
  Ledwo otworzyłem oczy. Powieki miałem ciężkie, jak po nieprzespanej nocy. A tak w ogóle to co się stało? I gdzie ja jestem? Z niemałym trudem podparłem się na łokciach i niemrawo rozejrzałem po pomieszczeniu. Ciemno, ale moje oczy powoli się przyzwyczaiły. Bez problemu wiedziałem, że to mój pokój. Przesiadywałem tu tyle czasu, że mógłbym go rozpoznać z zamkniętymi oczami.Tylko jak ja się tu znalazłem? I to wcale nie dlatego, że wszędzie rozchodził się zapach moich, delikatnie mówiąc, zużytych skarpet.
  Jedyne co pamiętam to biel, łazienka. Ból... który czułem nawet teraz. Mimo upływu czasu, wcale się nie zmniejszył, a wręcz przeciwnie, był jeszcze gorszy. Wszystkie wspomnienia uderzyły o moją głowę i rozbiły się echem, złożyły się w logiczną całość. Syknąłem, po czym opadłem na poduszki. Za cholerę nie mogłem przypomnieć sobie, co było po tym, jak zamknąłem oczy, leżąc na zimnej, kafelkowanej podłodze. Skojarzyło mi się to z dniem po pamiętnej imprezie. Pustka w głowie. Nienawidziłem tego uczucia. Zrobiło mi się niedobrze. Miałem ochotę zwymiotować tu i teraz, a do łazienki za daleko. Dobra, muszę tam pójść. Choćby po wodę, czy jakieś tabletki.
  Powoli wstałem z łóżka. Miałem lekki problemy z oddychaniem. Zakręciło mi się w głowie, przed oczami pojawiły się ciemne plamy. To był odruch. Nie wiem czego się złapałem, ale przynajmniej nie upadłem. Skąd miałem tyle siły? Podtrzymując się różnych mebli, powoli wtoczyłem się do jasnego pomieszczenia. Światło raziło mnie w oczy. Stanąłem przy szafce i podniosłem lekko koszulkę. Na tak małym skrawku skóry było widać liczne zadrapania i siniaki. Już wolę nie sprawdzać, co jest wyżej. Dopiero teraz zauważyłem, że mam na sobie inne ciuchy i że nie ma nigdzie śladów krwi. Odruchowo spojrzałem w lustro. Nie wspominając o rozwalonej wardze, to jeszcze podbite oko, trzy wielkie, czerwone krechy na policzku i nic poza tym. Nic poza tym?! Czy mnie do reszty popieprzyło?! Dobrze, że tylko to. Czułem jakbym wypalił ze trzy skręty i wypadł przez balkon. Wyglądałem, a przede wszystkim zachowywałem się jak naćpany. Byłem na pół przytomny, więc ochlapałem twarz zimną wodą. Przyjemne mrowienie rozeszło się po moim ciele. Prawy bok bolał niemiłosiernie. To właśnie w to miejsce byłem najwięcej razy uderzony. Skuliłem się i jęknąłem cicho. W jakiej pozycji bym się nie znalazł i tak będzie tak samo. Nawet leżeć nie potrafiłem. Czułem wtedy, jakby w każdy milimetr skóry wbijała mi się ostra igła.
  Zsunąłem się po ścianie w dół. Znowu ta fala mdłości. Wykrzywiłem usta w grymasie i po chwili zwróciłem zawartość żołądka do toalety. Nie, wcale nie było lepiej. Oparłem się plecami o zimne kafelki i ukryłem twarz w dłoniach. Moim ciałem wstrząsały dreszcze. Wolałbym już umrzeć. Nikomu nie życzę tego... No może Lindsey, ale to wyjątek... Albo nie! Ją wolałbym zabić gołymi rękami, jeśli jeszcze raz choćby dotknie Gerarda. Gerard - to imię huczało mi w głowie. Czemu nic nie zrobił? Czemu nie protestował? Czemu nie poszedł za mną? Czy on mnie w ogóle kocha?
  Usłyszałem cichy głos wołający moje imię z sąsiedniego pomieszczenia. Nie chciałem, żeby oglądał mnie w takim stanie. Ale i tak przyszedł w bardzo odpowiednim czasie. Inaczej zadręczyłbym się własnymi, chorymi myślami.
 Drzwi łazienki uchyliły się, a zaraz potem ujrzałem blond czuprynkę.
-  Frank? Wszystko dobrze? - spytał z troską. Włosy przysłoniły mu jedno oko.
Nic, kurwa, nie jest dobrze! Moje życie sypie się jak jakiś pieprzony domek z kart! Mój chłopak, choć nie jestem pewien, czy mogę go tak nazwać, całował się z dziewczyną i ogólnie każdy ma mnie w dupie! W sumie zdziwiła mnie obecność JEGO brata.
- Tak. - rzuciłem krótko, podnosząc się. No, Frank. Wysiliłeś się. Na pewno go przekonasz. Z moich ust po raz kolejny wydobył się dziwny dźwięk. On nie jest taki głupi, jak inni. którzy nabierają się na tekst typu: jest ok. Potrafi przejrzeć człowieka na wylot. Z nim nie ma zabawy typu "jutro ci opowiem", ma być teraz i już.
  Mikey chwycił mnie za ramię. Był dość silny, jak na drobną postawę. I dzięki bogu. Przynajmniej nie upadłem.
  Chłopak nie odezwał się nawet słowem. Lubiłem ciszę, która teraz mnie przytłaczała. Chciałem się komuś wypłakać i powiedzieć o wszystkim,a tym kimś mógł być Mike. Miałem całkowitą pewność, że nie powiedziałby nic Gerardowi, gdybym tylko poprosił.
Jeszcze raz ochlapałem twarz zimną wodą, po czym ostrożnie wstałem i spojrzałem w lustro. Podkrążone oczy, zaczerwienione tęczówki, rozedrgane usta. Jednym słowem koszmar! O mało co, to sam bym się siebie przestraszył. Kurde, no! Za co mnie to spotyka?! Zawsze jakaś głupia baba musi wtrącić się w NASZE życie! Miałem ochotę coś rozwalić. Ogarnij się! Nie chcesz chyba, żeby Mike cię zabił. Założyłem na siebie tylko bieliznę i spodnie. Ledwo poszedłem do łóżka. Walnąłem się na nie z całej siły, aż zabrakło mi powietrza. Tyle tu wspomnień. Mój pierwszy raz... Głośno przełknąłem ślinę.
- Mikey... - nie umiałem nic powiedzieć, bo po chwili z moich oczu popłynęły kolejne łzy.
Chłopak natychmiast podszedł do mnie i objął ramieniem. - Oni...oni... Ja... - zacinałem się, próbując coś wykrztusić z siebie, ale marnie mi to wychodziło.
- Wiem, Frank. - skąd on wie? Czyżby to on mnie znalazł w tej cholernej łazience? - Gdybym tylko przyszedł ciut wcześniej... - przytulił mnie jeszcze mocniej. Cicho syknąłem, na co chłopak blado się uśmiechnął i rozluźnił uścisk. To on mnie znalazł? On?! Byłem mu wdzięczny, bardzo wdzięczny, jednak to ostatnich kilku sekund miałem nadzieję, że jednak to był Gerard. I znowu wspomnienia... Nasze rozgrzane ciała, ocierające się o siebie, języki walczące o dominację. Zabiłbym kogo trzeba, żeby tylko móc znów tego doświadczyć. I nawet dobrze się składa, że jedyną osobą, której należy się pozbyć jest Lyn-z.
- Nie twoja wina. Dziękuję. - wydusiłem w końcu i spojrzałem na bladą twarz Mikey'a. Jego oczy... Tak bardzo przypominały mi Gerarda. Znowu... moje policzki zrobiły się mokre. Szybko otarłem je wierzchem dłoni.
Mikey z pewnością był moim najlepszym, z resztą jedynym, przyjacielem, nie licząc Gerarda i Rosalie. On był przy mnie, nawet wtedy jak robiłem striptiz, chociaż wolę o tym nie wspominać. Nawet własny pies mnie olał i woli się wygrzewać przy kominku, zamiast mnie pocieszyć. Chciałbym, żeby było jak dawniej. Mieć Gerarda tylko dla siebie i olewać cały świat, gdy tylko z nim byłem. Nie obchodziłoby mnie nawet, jakby się coś paliło, czy coś. Liczył się tylko on, a teraz... Nie jestem pewien, czy w ogóle go coś obchodzę. Jęknąłem i zwinąłem się w kłębek. Wszystko paliło mnie żywym ogniem, a ja nic nie mogłem na to poradzić. Jedynym rozwiązaniem było wziąć jakieś cholernie mocne tabletki i spróbować zasnąć.
- Wszystko dobrze? - spytał blondyn z troską, uważnie obserwując każdy mój ruch.
- Nie, nic nie jest dobrze. Każda część ciała mnie cholernie boli, jestem wkurwiony i w dodatku krwawię! Mikey... Czy to nie okres? - nie miałem nawet siły, żeby się uśmiechnąć, za to blondyn wyszczerzył się jak debil. Właśnie tego potrzebowałem. Miałem dosyć siedzenia w szkole, w jednej klasie z bandą debili, który nie umieli dodawać. Kto ich w ogóle na następny rok przepuścił? Naprawdę, nie miałem ochoty o tym teraz myśleć. Jest tyle ciekawych rzeczy do roboty, a ja tu leże i użalam się nad sobą. Ale to mi w pewnym stopniu pomagało, o ile nie dotyczyło Gerarda.
- Odpocznij. Jutro przyjdę. - pocałował mnie lekko w policzek i skierował się w stronę wyjścia. Gdy już prawie zamykał drzwi, wyrwałem się z osłupienia i krzyknąłem za nim:
- Mikey, nie mów nic Gerardowi! - w odpowiedzi dostałem tylko ciche westchnienie i w pokoju znów zapanowała ciemność. Byłem zbyt zmęczony, żeby móc coś zrobić. Jedynym odpowiednim wyjściem było pójść spać.
Sen. Zmrużyłem oczy. Mam tylko nadzieję, że jutro będę miał dość siły, żeby wstał do szkoły, chociaż lepiej nie wspominać nic o tym Mikey'owi. Matka się tak o mnie nie martwi tak jak on...Ale nie mogę im pokazać, że się boję, bo wtedy oberwałbym jeszcze bardziej. Co ja bym dał, żeby z powrotem nic nie pamiętać... Gdyby tylko można było cofnąć czas. Gdym wiedział, to nie dopuścił bym do spotkania Gee i Lyn-z. Razem pewnie ucieklibyśmy z lekcji i wszystko byłoby po staremu. Teraz największym moim problemem była właśnie ONA. Jedna myśl... Zniszczyć ją. Dobra, to było dziwne. Zabrzmiało, jakbym był seryjnym mordercą. Ale odkąd on się z nią przyjaźni, to się już nikt nie czepia. Przynajmniej Gerarda. Może to jednak dobrze, że się poznali. Nie, Frank - skarciłem się w myślach. To z przemęczenia i bólu, który rozrywał moje ciało przy każdym, najmniejszym ruchu. Ułożyłem się w najwygodniejszej pozycji, sen jednak nadal nie przychodził. Zrezygnowany wstałem z łóżka, ignorując cały ból, który mi przy tym towarzyszył. Podpierając się wszystkiego, co znalazło się na mojej drodze, zwlokłem się do kuchni. Dorwałem się do lodówki i wyciągnąłem z niej butelkę soku pomarańczowego. Nalałem sobie trochę do szklanki, opierając się o blat kuchenny.
Sączyłem sobie soczek, gdy nagle do kuchni weszła moja matka z siatkami zakupów. Mimo, że wszystko mnie bolało, podszedłem do niej i odebrałem siatki, uprzednio odkładając szklankę.Już miałem odejść w stronę blatu, żeby położyć zakupy, ale nagle stały się tak jakby cięższe.
- Nie, Franiu, sama zaniosę. Nie przemęczaj się. - posłała mi zatroskany uśmiech, wyrywając z ręki reklamówki. Nie przejąłem się tym za bardzo i kontynuowałem to, co zacząłem. Z matką czy bez. Nie jestem jakimś pieprzonym kaleką! Potrafię sobie poradzić z głupimi zakupami. Jezu... Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego wszyscy uważają mnie za jakiegoś niedorozwiniętego, czy coś. "Franuś, daj, ja to zrobię", "Franuś! Bo spadniesz i co wtedy?" Wtedy spadnę, okropna kobieto... Rzygam już tym na kilometr. Tylko Poison jakoś nie zwraca uwagi na to, czy coś mi jest, czy nie i chce się ze mną bawić. Dziękuje ci, Gerardzie za takiego psa! Właśnie... "Gerard". Jako jedyny do mnie nie przyszedł, ani nie zadzwonił. A jeszcze niedawno mówił, że mnie kocha... Widać, jak się o mnie troszczy. Ale i tak wybaczę mu wszystko, nawet najgorszą rzecz. Za wiele dla mnie znaczy, żebym z niego zrezygnował. A może by tak do niego pójść? Dobra, cofam to. Po pierwsze: kiepski pomysł, a po drugie: szlaban. No chyba, że... Szybko, Frank, wybieraj. Przeprosić, nie przeprosić. Trzy, dwa, jeden... A co mi tam, raz się żyje.
- Mamusiu, mamusiu, mamusiu! - rzuciłem się kobiecie na szyję i zacząłem całować ją po policzkach. Poczułem piekący ból na całym ciele, jednak nie oderwałem się od niej. - Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam. Obiecuję, że się poprawię i już nigdy nie zniknę bez słowa! - nie pomyślałem, że wtedy mogła się o mnie martwić. Byłem zajęty Gerardem, jego seksownym tyłkiem i miękkimi wargami. Co ja robię? Wspominam jak niedawno pieprzyłem się ze swoim chłopakiem, przepraszając matkę. Oj, źle z tobą, Frank, źle... Odepchnąłem od siebie te myśli i powróciłem do "duszenia" mojej matki. Po jakiś  kilku sekundach Linda odepchnęła mnie od siebie, patrząc tym swoim dziwnym spojrzeniem. Przyłożyła mi rękę do czoła, po czym stwierdziła:
- Ty chyba masz gorączkę, kochanie. Idź się położyć. Zaraz przyniosę ci ciepłej herbatki.-odwróciła się na pięcie, w celu zagotowania wody. W międzyczasie nuciła sobie piosenkę. Nie wiedziałem, że nawet przy nuceniu idzie fałszować... Co do śpiewania, czy w ogóle czegoś związanego z muzyką, moja matka to kompletne beztalencie. Wiele razy próbowałem ją nauczyć grać intro "Nothing else matters", ale toż to nawet nie potrafiło uderzyć w odpowiednie struny. Nie, żeby mi zależało, czy coś, bo wtedy mógłbym pożegnać się z moją ukochaną gitarą. Znając życie matka nie oddałaby mi jej przez najbliższy miesiąc. Jak ona się czegoś uczepi, to...Strach o tym wspominać.
- Ale mamo, no! Ja cię tu przepraszam, a ty mówisz, że mam gorączkę! Czy ty nigdy nie możesz wysłuchać do końca swojego syna?! - no to się wkurzyłem. Jak tak można? Poświęcam się, a ona na mnie centralnie w dupie. Zobaczymy...Jeszcze będzie chciała, żebym coś naprawił. Wtedy jej powiem, że mam gorączkę i nie mogę. Zemsta jest słodka. I teraz czas na mój szatański śmiech. Albo nie... Bo naprawdę pomyśli, że jest ze mną nie tak.
- Ale ty tak na serio? - w jej głosie było słychać wielkie niedowierzanie. Co jest w tym dziwnego? Oprócz tego, że robię to dla własnej korzyści, to nic... Jesteś zły, Frank! Bardzo zły! Za karę pójdziesz do Gee i go zgwałcisz! O...Podoba mi się ten pomysł. Czy ja prowadzę rozmowę sam ze sobą? Dobra, nieważne. - Obiecaj mi.
- Obiecuję. - wyszczerzyłem się jak szczerbaty do suchara. - I mamo... Mam jeszcze ten szlaban?
Kobieta pokręciła ze zrezygnowaniem głową, uśmiechając się.
- Nie, nie masz. Idź już. - pomachała ręką, żebym się ruszył i wróciła do robienia herbaty. I kto tu jest chory? Ona odpuściła? Ha, dobre. Jeszcze nigdy, przenigdy nie skróciła mi kary. Nie wydaje mi się, żebym miał aż taki dar przekonywania... A może to przez to pobicie? Kolejne, z resztą. Nie będę się teraz nad tym zastanawiał. Ważniejsze rzeczy mam na głowie, na przykład myślenie o najpiękniejszej osobie na świecie. Swoją drogą to dziwne, że Linda nie zabroniła mi iść do szkoły. Jeszcze... Nawet nie spytała jak się czuję. I dobrze. Może w końcu zobaczyła, że mam tego serdecznie dość. Wkurza mnie to jak nic innego. Ale teraz mam zamiar zając się Gee.

0 komentarze:

Prześlij komentarz