Frank
Gdy tak stałem osłupiały na środku korytarza, podeszła do
mnie Rose ze swoją przyjaciółką. Ericą.. chyba. Złapała mnie za ramię i
lekko potrząsnęła. Nadal stałem bez słowa w jednym i tym samym miejscu.
Chciałem zostać sam. Przemyśleć to wszystko. Ale co tu do myślenia?
Straciłem go. Tym razem na zawsze. Byłem na sto procent pewny, że się
nie nie naćpał, ani nic z tych rzeczy. Widziałem, jak na nią patrzył, w
inny sposób niż na mnie. Czulej, z miłością... Kiedy pomagał jej się
podnieść w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Przestałem dla niego
istnieć. W tamtej chwili liczył się tylko on i Lyn-z. A ja byłem nikim. W
jego oczach pewnie wcale mnie tam nie było. Coraz bardziej przytłaczała
mnie jedna myśl. On się chyba w niej zakochał. Myślałem o tym czasami,
że przecież może spotkać swoją "jedyną". Przecież nie będzie ze mną na
zawsze. Układałem w głowie scenariusze, jak to będzie, ale teraz...
Żaden z nich się nie sprawdził. Czułem w środku pustkę. Straciłem
najważniejszą mi osobę. A może nie miałem racji? Może po prostu chciał
być dla niej miły, bo jest nowa w szkole? Frank, nikogo nie oszukasz.
Nawet sam w to nie wierzysz...
- Frankie? Frank, co się stało? - spytała z troską i objęła mnie ręką.
Byłem
spokojny, nie wyrażałem żadnych uczuć, do czasu. Z moich oczy popłynęły
łzy. Rzuciłem się jej w ramiona, tak że o mało się nie przewróciła, i
zacząłem płakać jak niemowlę. Chociaż obie próbowały mnie pocieszyć, czy
coś, to ja nadal nie potrafiłem się uspokoić. Moczyłem rękaw bluzki
Rose, a ona nadal mocno mnie do siebie przytulała. Machinalnie głaskała
mnie po plecach. Na pozór przyjemna kojąca rzecz, teraz mnie okropnie
wkurzała. Ale wiedziałem jedno. Nie jestem sam. Mam przyjaciółkę, jedyną
w swoim rodzaju. Na niej zawsze mogłem polegać. Mogłem pójść do niej z
najgłupszą sprawą, a ona i tak mnie wysłucha. Kocham ją, ale tak po
przyjacielsku. Moje serce należy tylko do jednej osoby. I chociaż
roztrzaskał mi je na miliony kawałków, to nadal go kochałem. Gdzieś tak
głęboko w sobie czułem, że można to wszystko jakoś odkręcić, ale nie
wiem, czy w to wierzyłem. Ten ból... Rozrywał mnie od środka. Nawet
jakbym chciał to nie powstrzymałbym tych emocji, które wypływały ze mnie
litrami. Ba! Można by powiedzieć, że to był cały wodospad. Ale Rose
mnie zawsze rozumiała. Była przy mnie w najgorszych chwilach. Jej mogłem
wszystko powiedzieć.
Teraz jakoś nie miałem ochoty na zwierzanie się
jej. W jednej chwili ogarnęła mnie niepohamowana wściekłość. Miałem
ochotę rozwalić wszystko, co się znajdowało dookoła mnie. Albo rozładuję
się na jakiejś rzeczy, albo na Lindsey. Ta druga opcja bardziej
przypadła mi do gustu, chociaż dla mnie była to rzecz. Nic niewarty
przedmiot, jak szmaciana, zepsuta lalka.
- Zabiję ją - warknąłem, po
czym szybkim krokiem udałem się do.. no właśnie, gdzie? Nie miałem
pojęcia, gdzie teraz może znajdować się dziewczyna. I dobrze, bo gdybym
ją teraz spotkał, to rozszarpałbym ją na miejscu.
Ktoś nagle złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w tył.
- Frank! Co ty chcesz zrobić?! - wrzeszczała Rose.
- Nic. - odepchnąłem ją od siebie i wręcz pobiegłem wąskim korytarzem.
Zatrzymałem
się, gdy przez przypadek wpadłem na jakiegoś chłopaka, który
przytrzymał mnie przy sobie. Zwykle kończy się na jakimś ciekawym
tekście skierowanym w moją stronę i nic poza tym. Spojrzałem w górę i
zobaczyłem parę niebieskich, oczu, które, jak potem się okazało, nie
należały do nikogo znajomego. To znaczy prawie nieznajomego. Pamiętam go
aż za dobrze. Jeden z "bandy" Jenny mocno trzymał mnie za ramiona.
-
Gdzie tak lecisz, słońce? - spytał przesłodzonym głosem blondyn, aż
przeszedł mnie dreszcz. Uśmiechnął się do mnie uroczo, lecz nie zrobiło
to na mnie większego wrażenia.
- Nie twoja sprawa. - warknąłem,
obróciłem się na pięcie szybkim krokiem poszedłem w przeciwną stronę.
Dziwiłem się, że tak łatwo mi ustąpił.
Szybko wybiegłem z budynku
szkoły. Nie przeżyłbym tych wszystkich lekcji z myślą, że Gee za Lindsey
łazi jak pies za swoim panem. Byłem wkurzony do granic możliwości.
-
Frank! - usłyszałem za sobą dobrze mi znany, dziewczęcy głos. -
Poczekaj! - krzyknęła Rose, zanim całkowicie opuściłem teren szkoły.
Zdyszana dziewczyna podbiegła do mnie i rzuciła mi się na szyję. A miałem ją za taką opanowaną.
- Przepraszam... - wyszeptała, odrywając się ode mnie. Wzruszyłem tylko ramionami. - Idziemy.
Gdzie? Jacy my?
-
Musisz mi wszystko opowiedzieć. - odpowiedziała na moje pytanie,
którego nie zdążyłem zadać. Mimo, iż Rose mogłem zawsze się ze
wszystkiego zwierzyć, to teraz nie miałem ochoty wspominać ostatnich
kilkudziesięciu minut. Jednak wiedziałem, że ona nie da mi spokoju.
Zwykle nie byłem aż tak wkurzony, prawie nigdy. Wyraz mojej twarzy mówił
sam za siebie. Od razu było widać, że coś się stało. No nic... Może
jakoś uda mi się tego uniknąć.
***
Siedziałem właśnie w łazience, a dokładniej skulony pod ścianą, kiedy
Rose nalewała wody do wanny. Byłem wściekły i nie miałem nawet
najmniejszej ochoty na kąpiel. Niestety blondynka strasznie nalegała, a
jej nie można odmówić.
- No to gotowe - powiedziała odwracając się
do mnie. Podparła się pod boki. - Pamiętaj, masz dwadzieścia minut.
Jeśli w tym czasie stąd nie wyjdziesz to ostrzegam, wparuję tu i zrobię z
tobą porządek. - zagroziła, po czym opuściła pomieszczenie.
Westchnąłem
ciężko i podniosłem się z podłogi. Czy ona naprawdę myśli, że jestem
zdolny do tego, żeby zrobić sobie jakąkolwiek krzywdę? Zgoda, jestem
całkowicie wkurzony i gdyby mi coś odwaliło, to mógłbym nawet i to
głupie lustro zbić, no ale bez przesady. Nie posunąłbym się chyba do
czegoś więcej.
Jednym płynnym ruchem ściągnąłem koszulkę.
Odwróciłem się i spojrzałem na swoje odbicie, które widniało w gładkiej
tafli szkła.
- Jaka z ciebie brzydka, chuda pokraka, Iero - mruknąłem sam do siebie - aż żal dupę ściska.
Zwróciłem
się z powrotem w stronę wanny. Nie miałem ochoty dłużej siebie oglądać.
Tak cholernie się w tej chwili nienawidziłem. Zresztą nie tylko siebie.
Miałem dość wszystkiego, całej ludzkości, całego pieprzonego świata.
Miałem walnąć w coś głową albo zrobić cokolwiek innego, byleby tylko
wyładować tę złość.
Pozbyłem się szybko reszty ubrań i wszedłem do
wanny. Woda była gorąca, co mnie bardzo odprężyło. Zapach truskawkowego
płynu uderzył w moje nozdrza. Rose miała rację. Kąpiel była
relaksująca, więc szybko zapomniałem o wszystkim i się uspokoiłem.
Wziąłem głęboki wdech i oparłem głowę o brzeg. Zamknąłem powieki i
starałem się o niczym nie myśleć. Marnie mi to szło, bo po chwili przed
oczami stanął mi obraz Gerarda. Wszystkie te wspomnienia wróciły.
Zacząłem myśleć jak to teraz będzie. Przecież nie może mnie tak
zostawić. On taki nie jest. Przynajmniej powiedziałby mi. Chociaż nie
wiem co bym zrobił, słysząc te słowa z jego ust. Za bardzo go kocham. Na
samo wspomnienie tych zielono-brązowych oczu robiło mi się ciepło.
Z każdą chwilą coraz bardziej chciało mi się spać. Powinienem był wyjść
dawno temu, ale woda była taka ciepła i przyjemna. Wygodnie się
ułożyłem i zamknąłem powieki. Nie miałem zamiaru zasypiać. Chciałem
jeszcze przez moment poddać się tej rozkoszy. W ogóle o niczym nie
myślałem. Nawet czarnowłosy na jakiś czas wyparował z mojej głowy.
Leżałem tak rozkoszując się tą błogą chwilą. Nim się obejrzałem, ogarnął
mnie głęboki sen.
***
Głośny huk drzwi sprawił, że zerwałem się z miejsca jak oparzony, tyle,
że nadal leżałem w wannie. Głowa zsunęła mi się z brzegu i po chwili
cały znalazłem się pod powierzchnią wody. Zdezorientowany nie zdążyłem
zareagować, ani złapać się czegoś.
Niska temperatura, na całe
szczęście sprawiła, że szybko się opamiętałem i chciałem krzyknąć. Jak
tylko otwarłem usta do moich płuc dostała się woda. Nie wiedziałem za
bardzo, co mam robić, nikt mnie przecież nie usłyszy. Kiedyś myślałem,
że umrę godnie ze starości, a tu się okazuję, że miałbym się utopić w
wannie? Nie bardzo mi to odpowiadało. Co by sobie pomyśleli wszyscy,
jakby usłyszeli, że nawet wykąpać się nie potrafię? Sierota - którą i
tak bez wątpienia byłem.
Panicznie machałem rękami, próbując się
wydostać i zaczerpnąć powietrza, gdy nagle poczułem ostre szarpnięcie za
włosy. Nie minęła sekunda, a ja siedziałem oparty o krawędź wanny,
ciężko dysząc i co jakiś czas krztusząc się. Załzawionymi oczami
spojrzałem na swojego "wybawcę", choć i tak uważałem, że mógł uratować
mnie w bardziej delikatny sposób. No, ale nie będę się czepiać.
Jak
przez mgłę dostrzegłem lekko zarysowaną postać, mówiąca do mnie szybko,
ledwie zrozumiale. Otwarłem szeroko oczy i ujrzałem Rose, pochyloną
nade mną i szepczącą coś energicznie. Chwila... Rosalie?!
Szybkimi
ruchami rąk zacząłem przygarniać do siebie pianę, usiłując zakryć co
nieco, lecz nie było jej zbyt dużo. Zrezygnowany, na tyle ile ilość wody
mi pozwalała, zwinąłem się w kłębek. Wydałem z siebie cichy jęk, chcą
dać Rose do zrozumienia, że wszystko jest ok i że może już iść, lecz
dziewczyna zdawała się tego nie rozumieć.
- Frank, w porządku? -
dopytywała się nie spuszczając ze mnie wzroku. Pewnie byłem czerwony jak
burak, mimo, iż wiedziałem, że wcześniej widziała mnie już nagiego.
-
Taa. - powiedziałem przeciągle. - Możesz już pójść? - to zabrzmiało
raczej jak rozkaz, a nie pytanie. Zresztą miało to tak brzmieć. Nie
wyobrażam sobie, żeby mi tu siedziała, podczas kiedy ja będę się
ubierał. To trochę krępujące. Sam fakt, że nadal stoi koło mnie jest
ciut niezręczny. - A, i Rose? Dzięki.
Dziewczyna tylko się
uśmiechnęła, po czym rzuciła mi ręcznik i wyszła z łazienki.
Spodziewałem się zdania typu: "Nie zabij się przypadkiem", ale nie
usłyszałem niczego w tym rodzaju.
Ostrożnie wyszedłem z lodowatej
wody i zabrałem się za wycieranie mokrego ciała. Następnie założyłem na
siebie ciemnozielone bokserki, czarną koszulkę z krótkim rękawkiem i
długie spodnie od piżamy, po czym wyszedłem z dusznego pomieszczenia.
Cicho wślizgnąłem się pod kołdrę, zamykając oczy i rozkoszując się przyjemnym ciepłem.
-
Powiesz mi, o co chodzi? - usłyszałem damski głos. W kącie, na fotelu,
siedziała blondynka, bacznie mi się przypatrując. Wykrzywiłem usta w
grymasie i nakryłem kołdrą.
Dziewczyna podeszła do mnie i zaczęła gładzić po jeszcze mokrych włosach.
- Chodzi o Gerarda, prawda? - spytała beznamiętnie. Już wiedziała, o co chodzi. Prawie niezauważalnie przytaknąłem.
-
Zostawił mnie dzisiaj i poszedł z tą nową... Potraktował mnie jak
powietrze. - powiedziałem cicho. Nie mogłem powstrzymać łez, więc
pozwoliłem im swobodnie płynąć po moich policzkach.
- Ej, to że raz się z nią spotkał, nie znaczy, że cie oleje. - roześmiała się. - Będzie dobrze.
Skąd
na świecie biorą się takie osoby?! Normalnie to jest anioł! Komu jak
komu, ale jej nie można nie uwierzyć. Jest taka przekonująca. Nie wiem,
czy zależy to od wesołej, promiennej twarzy, czy od melodyjnego głosu.
Chociaż byłem przykryty po sam czubek głowy i nie wiedziałem dziewczyny,
mogłem ją sobie wyobrazić z najdrobniejszymi szczegółami.
- M-myślisz? - spytałem, zacinając się przez kolejne fale łez.
-
Ja wiem! - ponownie się roześmiała i jeszcze szczelniej okryła mnie
pościelą - On taki nie jest... - ściszyła głos. - Śpij, Frankie. Jutro
będzie lepiej.
Chociaż miałem już totalną nerwicę od mówienia w
kółko, że wszystko będzie dobrze, to jednak działało to na mnie
uspokajająco w tamtej chwili.
Czułem jak moje powieki robią się
coraz cięższe. Tylko jedno nie dawało mi zasnąć. Mianowicie pewna
osoba... Gee. Dlaczego mi to zrobił? Moje powieki znowu zrobiły się
wilgotne. Dobrze, że byłem odwrócony plecami do Rose, bo pewnie by już
dzisiaj mnie nie zostawiła. Lubiłem jej towarzystwo, ale teraz wolałem
być sam, przemyśleć to wszystko...
- Muszę już iść, Frankie... - w
jej głosie można było usłyszeć, że się martwiła. Pewnie gdyby mogła, nie
zostawiła by mnie ani na sekundę. Poczułem, jak głaszcze mnie po
głowie. Następnie wstała i wyszła z mojego pokoju. Znowu zostałem sam.
***
Leżałem bez ruchu, wpatrując się w sufit. Nagle usłyszałem kroki.
Czyżby Rose się wróciła? A może matka skończyła wcześniej pracę? Raczej
to niemożliwe. Więc kto miał na tyle odwagi, żeby zakłócać mi mój
spokój?
Drzwi cicho skrzypnęły przy otwarciu. Do środka weszła
jakaś postać. Mocno zacisnąłem powieki i starałem się nie ruszać. Ów
osoba powoli zbliżyła się do mnie. Łóżko lekko ugięło się pod ciężarem
czyjegoś ciała. Ręka oplotła mnie w pasie. Czy to możliwe? Ta sama blada
skóra, subtelny dotyk.
- Frankie... - chłopak położył się za mną i
bardzo mocno do siebie przytulił. Praktycznie siedziałem mu na kolanach,
tyle że w pozycji leżącej. Poczułem jak przejeżdża nosem po mojej szyi i
zbliża się do mojego ucha - Frankie, śpisz?
- Mhm... - mruknąłem, nie otwierając oczu.
Czarnowłosy
złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Złapał mnie za podbródek i
lekko przekręcił moją głowę, by móc spojrzeć na moją twarz. Rozchyliłem
powieki i niemalże od razu napotkałem zielono-brązowe tęczówki.
-
Płakałeś? - spytał. Musiał zauważyć moje opuchnięte oczy i smugi po
łzach. Przełknąłem głośno ślinę i spuściłem głowę, nie odpowiadając mu
na zadane pytanie. Chłopak nie dawał jednak za wygraną. Szybkim ruchem
obrócił mnie całego do siebie, także mógł podziwiać moją twarz. Ujął ją w
dłonie i spojrzał mi w oczy. - Kochanie... - wyszeptał, patrząc na mnie
z troską. Gee przybliżył się do mnie. Zamierzałem mu coś odpowiedzieć,
ale okazało się to niemożliwe, gdyż usta chłopaka przygniotły te
należące do mnie. Nie chciałem, aby teraz mnie całował. Jedyne czego
pragnąłem, to wydrzeć się na niego i zrobić awanturę, że tak po prostu
mnie zostawił, lecz jego pocałunki skutecznie mi to uniemożliwiały.
Gdy
w końcu udało mi się dojść do siebie, odsunąłem od siebie Gerarda.
Chłopak spojrzał na mnie zawiedzionym wzrokiem. Wbijał we mnie swoje
smutne ślepka, że aż mi się jakoś źle zrobiło w środku. Czułem poczucie
winy, a nawet nic nie zrobiłem.
- Coś się stało? - spytał słabo.
Jeszcze się pyta! Czy on niczego się nie domyśla?! "Nie, Gee. Wszystko
okay. Nie przeszkadza mi to, że masz mnie w dupie, przez jakąś
dziewczynę... I w dodatku teraz całujesz mnie jak gdyby nigdy nic!"
-
Co ty tu robisz? - spytałem drżącym głosem. Ledwo powstrzymywałem się,
żeby nie rzucić mu się na szyję i nie wyrzucić z siebie wszystkiego, jak
to ja tęskniłem. Jak myślałem, że mnie olał...
- Przyszedłem do
swojego chłopaka. Czy to jest zakazane? - spytał z lekką kpiną.
"Przyszedłem do swojego chłopaka"... Wcześnie sobie o mnie przypomniał.
Miałem ochotę dać mu w twarz.
- Frank, o co ci znów chodzi? -
szepnął zrezygnowanym tonem. Popatrzył mi błagalnie w oczy. Nie
odpowiadałem mu przez długi czas.
- O tą dziewczynę. - odparłem beznamiętnie i usiadłem na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, podpierając się z tyłu rękami.
- Ej... - pocałował mnie czule w policzek. - To tylko przyjaciółka, nic więcej.
Super.
Ledwie się znają, a ona już jest jego "przyjaciółką". Nie wiem
dlaczego, ale mam wrażenie, że Gerard nie mówi mi wszystkiego. Ale ja mu
przecież ufam... On nigdy by mnie nie okłamał, nie zdradziłby mnie...
-
Nie wierzysz mi. - szepnął, bardziej do siebie niż do mnie. Po chwili
usłyszałem jego ciche westchnienie. Już otwierałem usta, żeby coś
powiedzieć, lecz jego język skutecznie mi to uniemożliwił.
Najdelikatniej jak tylko mógł, wniknął w moje rozchylone wargi. Na
początku nie reagowałem. Siedziałem osłupiały i przyglądałem się
chłopakowi. Miał zamknięte oczy, a kosmyki jego kruczoczarnych włosów
niedbale opadały mu na twarz. Zrobił uroczą minkę, kiedy całował mnie z
takim zaangażowaniem. Wyglądał tak pociągająco. Nie mogłem mu się dłużej
opierać. Przymknąłem powieki i zacząłem odwzajemniać pocałunki. Z każdą
chwilą stawały się one coraz bardziej agresywne. Toczyliśmy wojnę o
dominację, której nie miałem wygrać. Czarnowłosy mocno na mnie naparł,
tak że byłem zmuszony się położyć. Zaraz po tym poczułem na sobie ciężar
chłopaka. Zarzuciłem na niego jedną nogę, opierając ją o jego pośladek,
na co uśmiechnął się szatańsko. Raczej mu się to spodobało, a myślałem,
że to ja jestem taki niewyżyty.
Wdychałem lekki zapach jego perfum
oraz samego Gerarda, rozkoszując się nim. To jest właśnie ta chwila, w
której czas mógłby się zatrzymać. Przez cały dzień mógłbym się z nim
całować, macać i może jeszcze coś... W każdym bądź razie teraz miałem go
dla siebie i mogłem z nim robić co chcę. I miałem zamiar dobrze to
wykorzystać, oczywiście, z umiarem. Nie, nie dlatego, że nie chciałem,
tylko dlatego, że sam już nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć.
Chociaż temu debilowi nie można nie ulec. Działa na mnie jak magnes i
jak tylko zdarzy się okazja, trzeba z tego korzystać. Zanim znowu pojawi
się ta głupia dziewucha... Dobra, Frank, nie myśl o niej, bo jeszcze
się porzygasz. Na samo jej wspomnienie wykrzywiłem twarz w grymasie, co
nie uszło uwadze Gerarda.
- Co jest? Nadal mi nie wierzysz? - był z lekka zirytowany. Nie odpowiedziałem, tylko odwróciłem głowę.
- Frank... kto jest moją kicią? - spytał, lekko dysząc po tym jakże wyczerpującym pocałunku.
- Ja. - odparłem bez zastanowienia, zwracając wzrok ku jego przepięknych tęczówkach.
- Kogo kocham ponad życie?
- Mnie... - sapnąłem cicho i spuściłem wzrok. Nie wytrzymywałem już jego spojrzenia.
- No więc w czym masz problem?- chłopak prawie na mnie krzyknął. Zaczynałem się go bać.
-
Ja.. ja.. ja nie wiem... - wyszeptałem, leżąc nieruchomo jak
sparaliżowany. Bałem się, czy mi przypadkiem nie zrobi krzywdy.
Spodziewałem się najgorszego, ale jak widać, zawiodłem się. Gerard
pochylił się i ponownie złączył nasze usta w pocałunku. Tym razem był on
jednak delikatniejszy i nie trwał zbyt długo. Czarnowłosy powoli
odsunął swoją twarz od mojej. Zaraz po tym uśmiechnął się do mnie
uroczo.
- Frank... masz jakieś plany na jutro? - uśmiech nie schodził mu z twarzy. On coś kombinuje. Czuję to.
- Nie, a co? - odparłem, marszcząc brwi.
- No więc jutro zabieram cię na randkę. - wyszczerzył się jeszcze bardziej.
- Że co? - spytałem, nie wierząc w to, co usłyszałem. Jesteśmy ze sobą dość długo, a jeszcze nigdy nie byliśmy na randce.
-
Przyjdę po ciebie. A teraz śpij. Widzę, że zmęczony jesteś. -
powiedział i ucałował mój policzek. Następnie podniósł się i wstając z
łóżka szepnął - Do jutra, kochanie.
Odprowadzałem go wzrokiem do
drzwi, aż w końcu całkiem zniknął mi z oczu. Spojrzałem na zegarek i
odnotowałem, że było już całkiem późno. Ułożyłem się wygodnie na łóżku i
zacząłem śmiać się jak idiota. Przynajmniej wiem, że nie ma nic
pomiędzy Gee a tą okropną dziewuchą. Na samą myśl o niej robiło mi się
niedobrze. Nie wiem, jak mój chłopak mógł się zaprzyjaźnić z takim
"czymś". Wredne to jest. Może całkiem ładne, ale w końcu Gerard to gej.
Chyba, że mi o czymś nie mówi. Ale to nie w jego stylu. Rozmyślając o
wielu głupich rzeczach, zwinąłem się w kłębek i zasnąłem.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz