niedziela, 14 października 2012

Rozdział 27

Frank

- Rose, chodźmy już do domu - westchnąłem. Byłem już zmęczony tym łażeniem po mieście. Nie przeszkadzałoby mi to, gdybym chodził z Gerardem, bo on by mnie przynajmniej przytulił, pocałował albo nawet i wziął na ręce, jeślibym się zmęczył. A Rose? Ona może mi co najwyżej zasadzić kopa w tyłek, żebym się nie ociągał.
- Nie ma mowy. Muszę sobie kupić nowe trampki, a ty mi w tym pomożesz. - odparła stanowczo i pociągnęła mnie za rękę w stronę jakiegoś sklepu obuwniczego. No pięknie. Zapowiada się, że cały dzień, a dokładniej moje urodziny, spędzę na bieganiu po sklepach razem z blondynką. Najbardziej przytłaczało mnie to, że wszyscy zapomnieli o dzisiejszym święcie, nawet Gerard. Jedyną osobą, która złożyła mi dziś życzenia, była moja matka. Kobieta już wczesnym rankiem pofatygowała się, żeby życzyć mi wszystkiego najlepszego. Prezentu jednak nie dostałem, co nawet nie jest takie ważne. Jakoś nie zależało mi, żeby coś dostać. Moim marzeniem było tylko to, żeby ktoś w ogóle pamiętał o moich urodzinach.
  Razem z dziewczyną weszliśmy do sklepu. Stało tam mnóstwo regałów z różnymi rodzajami butów. Coś mi mówiło, że szybko stąd nie wyjdziemy. Rose pociągnęła mnie za rękę i ruszyliśmy w głąb pomieszczenia. Blondynka od razu wyszukała sobie kilka par trampek i poszła do kąta, w którym stał taboret, na którym chciała sobie usiąść. Nie wiem nawet, po co zabrała tyle butów. Zbytnio się nie różniły. Jedne były jednolite czerwone, drugie białe z gwiazdką na kostce. Trzecie były tęczowe, a kolejne podobne do drugich, tylko z innymi symbolami.
  Przymierzanie zajęło Rose chyba z godzinę. Ostatecznie zdecydowała się na czarne z gwiazdkami. Zadowolona wyszła ze sklepu, a ja poczłapałem za nią niczym jej cień.
- Możemy już wracać? - spytałem z grymasem na twarzy.
- Skoro już się zmęczyłeś... - odparła, spuszczając głowę w geście udawanego rozczarowania.
- Rose, zlitujże się. Chodzimy już tak od sześciu godzin, a ty zdążyłaś kupić jedynie jedną parę trampek, bransoletkę z ćwiekami i koszulkę. Ja chcę już iść do domu.
- Oh, no dobra. - westchnęła i powolnym krokiem skierowała się w stronę mojej ulicy. Szedłem obok niej, lecz ze względu na prędkość, z jaką szła, szybko ją wyprzedziłem.
- Czemu ty wszystko spowalniasz? - warknąłem już dość zdenerwowany. Jedyne czego teraz chciałem to znaleźć się w łóżku we własnym pokoju. Niestety dziewczyna robiła wszystko, żeby mi to uniemożliwić.
- A, bo wiesz, nogi mnie już bolą. - odparła i wpakowała dłonie w kieszenie spodni. Oczywiście jej zakupy nosiłem ja. I się nawet nie deklarowałem, ona sama mi je wcisnęła.
Westchnąłem ciężko i zwolniłem tempo, dopasowując się do dziewczyny.
  Po jakieś godzinie doszliśmy pod mój dom. Jeszcze trochę, a bym nie wytrzymał i udusił Rose.
- Frank, czekaj! Nie idź! - krzyknęła blondynka, kiedy łapałem za klamkę z zamiarem wejścia do środka.
- Nie, Rose. Co ci dzisiaj odbiło?! - wrzasnąłem wkurwiony, kiedy złapała mnie za rękę. Zignorowałem to i nacisnąłem klamkę, otwierając drzwi. Dziewczyna szarpnęła mnie do tyłu, ja jednak byłem silniejszy, co skończyło się wspólnym wpadnięciem do środka. Oboje leżeliśmy na podłodze. Gdy podniosłem głowę, kompletnie mnie zamurowało. Salon, na który miałem widok, przyozdobiony w halloweenowym klimacie wyglądał przecudnie. Przyszło mnóstwo ludzi, co bardzo mnie zaskoczyło. Na środku pomieszczenia stał Gerard, wykrzykując coś do Ericy, która stała z bezradnie opuszczonymi rękami. Wybuchnąłem śmiechem na widok miny jaką zrobił, kiedy mnie zobaczył.
- Eee... cześć Frank. To ten... Niespodzianka! Wszystkiego najlepszego!  - wykrzyknął po chwili zmieszany. To chyba nie tak miało wyglądać. Ale co tam. I tak wyszło zajebiście.
Podniosłem się z podłogi, szczerząc się jak wariat. Cała reszta towarzystwa na raz krzyknęła "Wszystkiego najlepszego". Byłem tak cholernie przeszczęśliwy. A jednak nie zapomnieli. Szybkim krokiem podszedłem do Gerarda i rzuciłem mu się na szyję. Wspiąłem się na palce i wtuliłem się w niego. Chłopak od razu objął mnie ramionami w pasie i przycisnął mocniej do siebie. Z moich oczu popłynęły łzy. Tym razem były jednak spowodowane szczęściem. Uniosłem lekko głowę tak, że moje usta znalazły się tuż przy uchu czarnowłosego.
- Dziękuję. Kocham cię. - szepnąłem najciszej jak potrafiłem. Otarłem lekko wargami o jego policzek i rozluźniłem uścisk.
- No to czas na prezenty. - odparł, uśmiechając się głupkowato.
- Żartujesz sobie, nie? - spytałem, unosząc brwi. Samo to, że ktoś mi zrobił imprezę urodzinową i że tyle ludzi na nią przyszło, to już był dość spory prezent. A co dopiero jeszcze dostać parę, paręnaście upominków... Nigdy mnie tak nie rozpieszczano. Moja matka rzadko raczyła się wysilić i zrobić mi jakiś fajny prezent. Szczerze, to nie winiłem jej za to. Wiedziałem, jaka była sytuacja w domu, więc cieszyłem się z każdej rzeczy.
- Nie, kochanie. - mruknął cicho. - Ja... zostawię cię na chwilę samego. Muszę gdzieś pilnie zadzwonić - czarnowłosy ucałował delikatnie mój policzek, po czym szeptem dodał - jeszcze raz wszystkiego najlepszego.
Gdy tylko Gerard się ode mnie oddalił, od razu napadła na mnie Rose. Rzuciła mi się na szyję i wyściskała mnie.
- Wszystkiego naj, ty stary pierniku! - krzyknęła radośnie i wręczyła mi kwadratowe pudełko.
- Hej, jesteś tylko parę miesięcy młodsza. Dzięki, Rose. - uścisnąłem ją i otworzyłem kartonik. W środku znajdowała się pięknie zapakowana płyta The Misfits. - Rose, nie trzeba było! - powiedziałem i przytuliłem się do niej.
- Nie ma za co. - odpowiedziała mi promiennym uśmiechem. Następną osobą była Erica. Podarowała mi czarną koszulkę z logiem Iron Maiden. Od Jamesa i Noemi dostałem drogi zegarek na rękę. Moja dawna znajoma, Jasmine, dała mi mój wymarzony pasek, którego klamra była w kształcie "AD/HD". Od kolegów i koleżanek z klasy również dostałem jakieś tam drobne upominki, tak więc nazbierała się spora góra prezentów w moim pokoju. To był chyba najcudowniejszy dzień w moim życiu. Nigdy nie dostałem tyle rzeczy, co dzisiaj.
  Gdy wszyscy zgromadzeni zaczęli tańczyć w rytm muzyki dobiegającej z głośników, zostałem sam. Wodziłem wzrokiem po całym pomieszczeniu szukając Gerarda. Po jakiś dziesięciu minutach go dostrzegłem. Otwierał właśnie drzwi Mikey'owi, który przytaszczył ze sobą 2 wielkie pudła. Ciekawe co w nich miał?
Szybko przedarłem się przez tłum i stanąłem obok Way'ów. Oboje mieli na twarzy dziwne uśmieszki. Gerard szybko zabrał młodszemu bratu biały karton i zaniósł go do kuchni, po czym wrócił do nas.
- Wszystkiego najlepszego, Frank. - blondyn złożył mi życzenia i wręczył kolorowe pudełko. Było dość ciężkie, dlatego oparłem je na stole. Zdarłem z niego kolorowy papier i uchyliłem wieko. Na widok prezentu aż się zaśmiałem. No takiego czegoś bym się nie spodziewał. Wyciągnąłem toster z opakowania, na którym było napisane "Edycja limitowana". Z racji tego, nie był to zwykły toster. Po jego bokach widniały dwa obrazki jednorożców. Ponadto cały był w tęczowych kolorach. Po dokładnym obejrzeniu go, odłożyłem go z powrotem do pudła.
- Dzięki, Mikes. Wspaniały prezent. - powiedziałem i przytuliłem go do siebie.
- Skoro już masz porządny toster, to mogę częściej do ciebie wpadać. - stwierdził i wyszczerzył się do mnie, najpiękniej jak potrafił. Całej tej akcji przypatrywał się Gerard, który chichotał patrząc na nas, jak na debili.
- Mikey, oddasz mi Frania? - spytał po chwili, opanowując śmiech, jednak uśmiech nadal nie schodził mu z twarzy.
- Pewnie. - blondyn śmiejąc się, uwolnił się z mojego uścisku i zniknął w tłumie.
- No to Franklinie, zapraszam za mną. - rzekł czarnowłosy i pociągnął mnie do kuchni. Stanęliśmy przed kuchenny blatem, na którym stał wcześniej przyniesiony przez Way'a karton. Mój towarzysz uniósł wieko, a moim oczom ukazał się tort. Nie był to zwykł tort. Miał on kształt gitary. Gryf był obłożony czekoladą plastyczną. Jej korpus i inne elementy także, tylko z tą różnicą, że czekolada była mleczna. Na dolnej części tortu widniał napis zrobiony na jadalnym papierze; PANSY. Identycznie jak na mojej gitarze.
- Jejku. Czy jest coś, co jeszcze mnie dzisiaj zaskoczy? - spytałem, wytrzeszczając oczy na ciasto,a potem przenosząc wzrok na chłopaka, który uroczo uśmiechał się pod nosem.
- A owszem. - podszedł do mnie i objął mnie w pasie, następnie sadzając mnie na blacie, tuż obok tortu. Oparł dłonie przy moich udach i lekko się wyciągnął, żeby móc dosięgnąć moich ust. Leniwie musnął moje wargi swoimi. Po chwili jednak oboje włożyliśmy w ten pocałunek więcej uczuć. Niestety nie trwał on długo, bo Gerard szybko się ode mnie odsunął.
- Poczekaj chwilkę. - szepnął, po czym zaczął przeszukiwać kieszenie spodni. Patrzyłem na niego z zaciekawieniem, machając wesoło nogami, jak to robię małe dzieci. - Kurwa - przeklął cicho pod nosem, jednak zdołałem to usłyszeć. - Zgubiłem...
- A co takiego? - spytałem, słodko się do niego uśmiechając.
- A nic, idź sobie potańczyć czy coś... Trochę później dostaniesz. - odparł i wymusił uśmiech na twarzy.
- Ale naprawdę, już dość dzisiaj dostałem...
- Ciii. Już za późno, do sklepu tego nie oddam. - szepnął i złożył przelotny pocałunek na moich ustach.
- A.. Gee?
- Tak, kochanie?
- Czy to ty kazałeś Rose zabrać mnie na cały dzień na wycieczkę po sklepach?
- No widzisz Frank... Sytuacja tego wymagała... - powiedział cicho, spuszczając głowę i unikając mojego spojrzenia.
- Hm... A więc ta sytuacja wymaga tego, żebym się zemścił. - odrzekłem złowieszczo.
- Znowu zrobisz mi "kanapki"? - spytał z chytrym uśmieszkiem, podnosząc na mnie swoje spojrzenie.
- Jeśli będziesz głodny, to tak. - zeskoczyłem z blatu i ruszyłem do pokoju, w którym odbywały się tańce. Przed wyjściem posłałem jeszcze Gerardowi zalotne spojrzenie i zniknąłem w tłumie.

                                               

Gerard

  Po godzinie impreza była już nieźle rozkręcona. Przyszło cholernie dużo ludzi. Mimo, że cała szkoła dowiedziała się, że Frank jest gejem, to i tak go wszyscy lubili. Dziwne. A skoro już o nim mowa: GDZIE ON JEST?! Miałem zamiar wręczyć mu wreszcie prezent, a tego nie ma. Gdzie ten kurdupel się schował?! Z uwagi na jego niezbyt wysoki wzrost raczej ciężko będzie go znaleźć wśród takiego tłumu.
  Było już długo po północy, a po brunecie ani śladu. Ale mu tyłek strzaskam, kiedy go znajdę. Tak, dokładnie. Muszę odegrać rolę surowego rodzica, którego dziecko spóźnia się z powrotem do domu. Bo Frank właśnie był jak takie dziecko. Można mu mówić, tłumaczyć, produkować się, a on ciągle siedzi myślami w tej swojej bajkowej krainie i jeździ na jednorożcach. Chyba Mikey go zaraził tym jednorożcoholizmem.
   Przedzierałem się przez tłumy ludzi, w celu odnalezienia mojej zguby. Rozglądałem się na lewo i prawo. Nadal nigdzie go nie zauważyłem. Przeniosłem wzrok na stół i o! Znalazłem! Chcę medal za wykonanie tego trudnego zadania. Ale okej, nagrody zostawmy na później i skupmy się Franku. Musiał się nieźle napierdzielić, bo tańczył na stole bez koszulki. Mmm, ta jego piękna klata i lekko umięśniony brzuch. Jednym słowem: cudo.
  Nie trzeba było długo czekać, bo już po chwili spodnie chłopaka znalazły się na podłodze, co zostało przyjęte gromkimi brawami. Brunet został już w samej bieliźnie. Dodając, że była to bardzo dopasowana bielizna. Idealnie opinała jego zgrabny tyłeczek i coś jeszcze, o czym nie wspomnę. Stałem tak i wgapiałem się w niego, jak zahipnotyzowany. Frank właśnie robił te swoje wyzywające pozy. Coś w mojej głowie mówiło mi, że powinien interweniować i jak najszybciej go stamtąd zabrać. Jednak drugi głosik przekonywał mnie, żebym pozwolił chłopakowi robić to co robił. Na szczęście ten pierwszy był dużo głośniejszy. Zacząłem przedzierać się między ludźmi, aby jak najszybciej dotrzeć do naszego kochanego striptizera. O nie! Dopiero teraz zauważyłem drugiego chłopaka tańczącego koło Franka. Blond czuprynka lekko wystawała zza głowy Franka. Kto to był? Mój brat! Obiecuję, że go wydziedziczę. Ale co on tam do cholery robił? Zawsze na imprezach był przykładem. Nigdy nie pił, a dobrze się bawił. Teraz jak widać był zalany, ale nie na tyle, żeby spać gdzieś w kącie. Co to, to nie. Mikes ma za mocny łeb do tego. Ktoś tu ma zły wpływ na wszystkich. I mam wrażenie, że to nasz solenizant. Grzeczny Franiu jest dzisiaj niegrzeczny. A właśnie. Brunet musiał być naprawdę pijany, bo już złapał za czarny materiał, w celu ściągnięcia go z siebie. Szybko do niego doskoczyłem i wręcz siłą wytargałem go ze stołu na podłogę. Blat, na którym się znajdowali niebezpiecznie się zachwiał. Mikey przystanął na krawędzi i przechylił w przód, lecz po chwili złapał równowagę. Upewniając się, że blondynowi nic nie jest, albo że w najbliższej przyszłości nie ma zamiaru skoczyć na główkę, krzycząc "Geronimo!", postanowiłem poszukać Rose. Wziąłem Franka za rękę i nawet nie odszedłem kilka kroków, a usłyszałem za sobą głośny huk. Powoli odwróciłem się w tamtą stronę. Puściłem moje nieogarnięte "dziecko" i podbiegłem do brata, który teraz leżał na podłodze, o dziwo, śmiejąc się.
- Mikes? - spytałem z przerażeniem, potrząsając nim. On dalej uśmiechał się idiotycznie. - Kurwa, Mikey! Nic ci nie jest?
- Że-żerad, siema stary - bełkotał. - Cho się ze mną napić. - prawie nic nie rozumiałem z jego wypowiedzi. Zabiję go jutro! Obu!
Teraz sobie przypomniałem o Franku! Nie! Pewnie znowu robi striptiz. Nie zdziwiłbym się, gdyby robił to na dachu domu sąsiadki. Dobra, Gee. Skup się na Mikey'u.
Pomogłem blondynowi wstać. Objąłem go ręką w pasie, żeby nie upadł i zaprowadziłem na kanapę. Zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu bruneta.
Z tego, co dostrzegłem Frank właśnie przechylał kolejną butelkę wódki. Swoją drogą, skąd tu tyle alkoholu? Było tylko kilkanaście butelek, które zostały opróżnione po godzinie. Mogę się założyć, że sklep monopolowy jest teraz okupywany przez ludzi z naszej szkoły. Już miałem pójść do Franka, gdy wyprzedził mnie ktoś inny. Nie kto inny, jak Rose. Dobrze, że chociaż on była jakoś ogarnięta, bo bym sobie nie poradził. Nie mogłem zostawić brata samego.
Dziewczyna wzięła solenizanta za rękę i przyprowadziła do mnie. Wybuchnąłem śmiechem, jak zobaczyłem jej minę, gdy spojrzała na Mikey'a.
- To ja się nim zajmę. Masz, em... Jak to on się nazwał? "Miut Hehehehelmans"
- Co? - spytałem nie za bardzo wiedząc o co chodzi.
- No właśnie. - odparła krótko. - Po prostu się nim zajmij. - usiadła na kanapie obok Mikey'a coś do niego mówiąc. Nie czekając długo wziąłem Franka za rękę i przedarłem się przez tłum. Ciągle się opierał i mamrotał coś pod nosem, czego za nic nie zrozumiałem. Gdy chciałem go zaprowadzić na górę, do sypialni (nie, nie z wizją gwałtu), łapał za każdy mebel i trzymał mocno, byle tylko nie iść. No cóż, byłem zmuszony, by uprowadzić go z jego własnej imprezy. Wziąłem go na ręce i ruszyłem z nim na górę. Nawet nie protestował, wręcz przeciwnie. Poganiał mnie i mówił, że nie może się doczekać. Doczekać czego? Powoli zaczynał mnie przerażać.
Gdy doczłapałem się z moim "bardzo lekkim" misiaczkiem do jego pokoju, nawet pomógł mi otworzyć drzwi. I zrobił to z wielkim uśmiechem na twarzy. Zacząłem się go bać coraz bardziej. Wniosłem go do pomieszczenia i nie pamiętając o tym, by być delikatnym, brutalnie rzuciłem go na łóżko. Gdy chłopak zetknął się z materacem z jego ust wydobył się jęk. Zignorowałem go i ruszyłem w stronę drzwi z zamiarem zamknięcia ich. Odwróciłem się, by spojrzeć na bruneta. No tak, moje obawy przed nim się sprawdziły. Frank leżał na łóżku z mocno rozszerzonymi w moją stronę nogami i głową odchyloną w tył.
- Gee, bierz mnie. - wystękał.
- Uspokój się! - krzyknąłem na niego, a jego oczy zwróciły się ku mnie. Dostrzegłem w nich rozczarowanie. Ale chwila. Nie będę się z nim pieprzył, kiedy jest pijany.
- Nie chcesz? - spytał zawiedziony. Przybrał minę smutnego psiaczka. O nie, nie zmiękczy mnie tym.
- Nie, nie chcę. - odparłem sucho.
- Ale dlaczego? Nie jestem dla ciebie dość atrakcyjny? - powiedział, podnosząc się z łóżka i pijanym krokiem zbliżył się do mnie.
- Tu nie chodzi o twoją atrakcyjność, ale o to, że... - nie zdążyłem dokończyć, bo chłopak wpił się w moje usta. Od razu wepchnął mi język do ust i zaczął penetrować moją jamę ustną. Wiem, że nie powinien mu się poddawać, ale to było silniejsze ode mnie. Oddawałem jego pocałunki z wielkim zapałem. Po chwili poczułem jego dłonie na moich biodrach. Niespodziewanie zostałem rzucony na łóżko. Frank szybko usiadł mi na brzuchu, przygniatając mnie tym samym do materaca. O nie, to zaszło za daleko. Usiłowałem zepchnąć go z siebie, jednak ten pod wpływem alkoholu był dużo silniejszy, niż wyglądał. Ponownie agresywnie wpił się w moje wargi. Nie mając z nim najmniejszych szans sięgnąłem do kieszeni spodni. Wyjąłem telefon i szybko wystukałem numer. Przyłożyłem słuchawkę do ucha, w międzyczasie odpychając od siebie Franka. Nadal mocno przyciskał mnie do łóżka. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się zebrać sił, żeby zrzucić go z łóżka i podnieść się do pozycji siedzącej. Chłopak zbierał się z podłogi, a ja martwiłem się czy dziewczyna, do której dzwonię, odbierze. Była przecież na dole na imprezie.
- Halo? Gerard? - spytała zaniepokojona Rose.
- Błagam cię, przyjdź szybko na górę do pokoju Franka. Szybko! - krzyknąłem. Brunet w tym czasie zdążył z powrotem wgramolić się na łóżku. Kiedy ja byłem zajęty rozmową z blondynką, on naparł na mnie tak, że byłem zmuszony położyć się na brzuchu. Usiadł mi na plecach, co uniemożliwiało mi poruszania się.
- Dobra, zaraz będę. - powiedziała dziewczyna pospiesznie i rozłączyła się.
Odłożyłem komórkę, a raczej rzuciłem ją gdzieś na bok. Frank właśnie zdzierał ze mnie koszulkę.
- Frank, przestań! - zacząłem krzyczeć, ale on nie ustępował. 


 Rose

  Ten dziwny telefon od Gerarda bardzo mnie zaniepokoił. Bałam się, że stało im się coś złego, więc zaraz po tym powiadomieniu przerwałam taniec z przystojnym chłopakiem i pobiegłam na górę. Kurde, to dla nich się tak poświęcam. Oby to było coś ważnego.
  Wleciałam na wąski korytarzyk. Zaraz, zaraz. Które to były drzwi? Ostatnie? Za chwilkę to sprawdzimy. Podbiegłam do pokoju znajdującego się na samym końcu. Gwałtownym ruchem nacisnęłam klamkę i wleciałam do pokoju. Po tym co zobaczyłam od razu odwróciłam się i zamknęłam drzwi.
- I po to mnie tu wzywałeś?! - spytałam oburzona, gdy zobaczyłam ich w łóżku. Gerard leżał na brzuchu, przygniatany przez bruneta. Na szczęście czarnowłosy miał na sobie bieliznę. Na jego biodrach siedział całkiem nagi Frank, tak więc miałam okazję przez chwilę podziwiać jego zacne cztery litery.
- Zabierz go ode mnie! Ten psychopata chce mnie zgwałcić! - czarnowłosy zaczął panicznie krzyczeć i prawdopodobnie się szarpać.
- Ale co mam zrobić?! Nie podejdę do was, Frank jest przecież nagi! - wystękałam. Z takim problem nie było mi jeszcze dane się zmierzyć.
- To kurwa, zamknij oczy i pomóż mi wreszcie do cholery! - wrzasnął.
- No co kocie, nie podoba ci się? - usłyszałam za plecami głos Franka. Zdawał się wcale mnie nie zauważyć. Dzięki. Nie ma to jak uprzejmość.
  Dobra, no to zaczynamy operację "Ratowanie Way'a od gwałtu Franka". Trochę długa nazwa, ale cóż, to nie była odpowiednia chwila na dyskusje o tym.
Zamknęłam oczy i podeszłam, jak mi się wydawało, do łóżka. Rękami wyszukałam bruneta. Nie, wcale go nie macałam. Po prostu kiedy w powietrzu natknęłam się na jego głowę, szarpnęłam go w tył za włosy. Wiedziałam, że go to bolało, ale jakoś musiałam uratować Gerarda. Iero wydał z siebie cichy jęk, kiedy uderzył plecami o materac. No niestety trzeba się poświęcać. Po chwili usłyszałam, jak Way szybko zerwał się z łóżka i stał już za mną.
- Weź go ubierz, czy coś. - szepnęłam z grymasem na twarzy, nie otwierając oczu ani na sekundę.
- Mam go ubrać?! Nawet nie wiem gdzie on ma ciuchy! - Gerard krzyknął, jakby to wszystko była moja wina. Gdybym nie była zajęta przyciskaniem bruneta do łóżka, żeby nie zwiał, to już dawno by miał wymierzony policzek.
- To chociaż przykryj kołdrą czy kocem. - westchnęłam zaciskając coraz mocniej powieki, co zaczynało być już męczące.
Następne co dobiegło do moich uszu to jęk niezadowolenia Franka. Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy, aby przyzwyczaić się do panującej tu jasności. Gerard stał tuż obok, ubrany już w swoje ciuchy. Zauważyłam, że brunet leży na plecach przykryty do pasa kołdrą. Na jego twarzy malowało się zniesmaczenie. Na mojej pewnie było podobnie.
- Mogłabyś sobie stąd pójść i zostawić nas samych? - spytał Iero.
- Mogłabym, ale tego nie zrobię. - odparłam z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy.
- Gerard, przynieś mi kawę. - powiedziałam siadając brunetowi na brzuchu, na co cicho jęknął. - Ja go popilnuję. - dodałam z uśmieszkiem.
- Na pewno sobie tu z nim poradzisz? - spytał, chwytając za klamkę.
- A czy wyglądam na kogoś, kto by sobie z tym potworem nie poradził? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, dodając do tego przekonujący uśmiech.
- Okej, zaraz wrócę. - rzucił wychodząc.
- Mi też przynieś! - wtrącił się brunet.
- Nie, ty nie dostaniesz! Byłeś niegrzeczny i nie zasługujesz na kawę! - Way zwrócił się do Franka jak do małego dziecka. "Nie dostaniesz zabaweczki, bo byłeś niegrzeczny. Jak się poprawisz to może, ale nie obiecuję."
- No ej. - Iero mruknął coś pod nosem, a potem skrzyżował na piersi ręce i zrobił obrażoną minkę. Urocze.
Gdy drzwi się zamknęły spojrzałam na Franka, który głupkowato szczerzył do mnie zęby.
- No i czego się tak cieszysz jak głupi do sera? - powiedziałam chłodno schodząc z niego i siadając na skraju łóżka.
Chłopak wziął sobie pod głowę poduszkę i nie przestając się uśmiechać powiedział:
- Gerard ma fajny tyłek. - stwierdził, po czym głośno się roześmiał. Wyglądał jak jakiś zbiegły psychol. - I taki jędrny. Fajnie się go maca.
- To.. świetnie... Gratuluję... - odrzekłam lekko zmieszana. Temat Gerardowego tyłka raczej mało mnie obchodził, a nie zapowiadało się, żeby Frank chciał rozmawiać o czymś innym. No to mam przesrane.
                             
Gerard

  Szedłem korytarzem z dwoma kubkami pełnymi gorącej kawy. Cholernie się bałem, czy Frank znowu nie zrobił czegoś głupiego. I czy Rose tam jeszcze nie została przez niego zgwałcona, chociaż bardzo w to wątpię. Te jej jasne włosy, piękne błękitne oczy i delikatnie różowe usta, wygięte w ciągłym uśmiechu to tylko zasłona. Kryje ona pod sobą nie aniołka, jakby się mogło wydawać, tylko jakiegoś diabła rodem z piekła. Jak na dziewczynę bardzo szybko biega, jest silna i przykłada dużej wagi do swojego wyglądu. Z nią jest coś nie tak. Ale nie, wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Gdyby nie ona, to nie wiem co by było teraz ze mną i z Frankiem.
  Podszedłem do drzwi i nie mając jak ich otworzyć dłońmi, gdyż trzymałem w nich kubki z kawą, nacisnąłem łokciem na klamkę. Ostrożnie wszedłem do środka. Zauważyłem, że brunet zamaszyście gestykuluje i o czymś opowiada, a blondynka tylko potakuje z uśmiechem. Położyłem napoje na biurku, przysłuchując się ich rozmowie.
- I ma taaaaakieego dużego. - powiedział, dokładając do tego gest rękami. Ej chwilka. O kim rozmawiali? I co ten ktoś miał dużego? - O cześć Gee, właśnie o tobie rozmawialiśmy. - rzekł i wyszczerzył się do mnie najmocniej jak tylko mógł. A więc to ja byłem tym szczęściarzem z dużym "czymś". Cholera. Na moich policzkach zapewne pojawiły się dwa duże czerwone placki.
- Frank, ubierz się. - rzuciłem krótko, po czym wygrzebałem z szafy jakieś czyste ubrania i podałem je brunetowi. Chłopak grzecznie podreptał do łazienki. Oczywiście z kocem na biodrach. Dziękowałem Rose, że o tym pomyślała. Nie miałem odwagi spojrzeć w jej stronę. Przed chwilą usłyszała zajmującą opowieść o... Kurde! Musiałem wejść w najmniej odpowiednim momencie...
Po chwili do pokoju wszedł zadowolony Frank. Niestety bez koszulki. Co ja gadam?! Na szczęście bez koszulki. Mogłem sobie spokojnie podziwiać jego ciało i tatuaże.
Uwielbiałem wodzić po nich dłonią. Podziwiać najdrobniejszy szczegół. Za każdym razem poznawać go na nowo. Starałem się zapamiętać każdy fragment Franka, by potem móc przelać wszystko na papier. Moje biurko było wypchane jego rysunkami.
- I co się cieszysz? - spytałem niby od niechcenia.
- Wiem coś czego wy nie wiecie! - wykrzyknął radośnie i zaczął biegać w kółko. Zaraz się pewnie wywali. Nie myliłem się. Chłopak teraz zbierał się z podłogi. Żadne z nas nie miało zamiaru mu pomóc. Patrzyliśmy z politowaniem na to małe głupiutkie coś, próbujące podnieść się z podłogi.
- No dajesz. - odparła nieśmiało Rosalie. - Co takiego? - widać było, że ciekawiło ją, co nasz pijany Frankie wie, czego my nie.
Chłopak stanął przy mnie i wyszeptał mi do ucha:
- Nie mam bielizny, Gee. - zaśmiał się krótko i znowu chciał się przebiec po pokoju, jednak przyciągnąłem go do siebie i odchyliłem jego luźne spodnie.
- Rzeczywiście! - wyrwało mi się. Nie wiem dlaczego to zrobiłem... Ciekawe jak to wyglądało... Pewnie się zaraz dowiem.
Blondynka siedziała na łóżku z szeroko otwartymi ustami. Już miałem coś powiedzieć, gdy usłyszałem melodyjny głos.
- Nic nie mów. Domyślam się... - lekko się uśmiechnęła i wyszła z pokoju.
To wszystko jego wina! Na szczęście ja niczego nie wypiłem, bo wtedy byłaby już całkowita masakra. Na pewno Rose nie dałaby rady nas obu upilnować.
  Frank głupkowato chichotał i znowu zaczął latać po pomieszczeniu. Niestety musiałem z nim coś zrobić. Złapałem go za ręce i rzuciłem nim na łóżko. On popatrzył na mnie zdezorientowany.
- Będziemy robić seks? - spytał po chwili, po czym znowu się roześmiał. Walnąłem się ręką w czoło, gdy usłyszałem jego słowa.
- Nie.
- Opowiedz mi bajkę, mamo! - Boże, co on brał?! No dobra, Way. Postaraj się, to może zaśnie i będziesz mieć go z głowy. Skup się. Próbowałem wymyślić jakąś bajeczkę na poczekaniu. Tylko bez podtekstów.
Położyłem się obok niego i objąłem delikatnie ramieniem, tylko tak, żeby sobie czegoś nie pomyślał.
- Dawno, dawno temu... -  ukradkiem spojrzałem na Franka, który wlepiał we mnie wzrok. - Żyły sobie niebieskie małe ludziki - smerfy. Pewnego dnia poszły na polanę odprawić coroczny rytuał. I wtedy do ich wioski wkradł się zły Gargamel, przebrany za smerfa. Poszedł do chatki Papy-smerfa, by ukraść tajne mikstury... - A co niby miałem wymyślić?! Przynajmniej słuchał z zaciekawieniem.
- I zgwałcił Klakiera! - wciął mi się w słowo Frank i wyszczerzył jak głupek. Że co?! Ja się pytam, skąd w tej ślicznej główce biorą się takie pomysły?! Zabierzcie mnie od tego zboczeńca! Nie no, on we wszystkim znajdzie podtekst...
Przysięgam, że już nigdy nie opowiem mu bajki! Muszę to wpisać na listę. Dużo tego, ale jednak najważniejsze jest wydziedziczenie brata. A właśnie, ciekawe co z Mikey'em... Potem się dowiem. Teraz trzeba ogarnąć jedno dziecko.
- Koniec tego! - wstałem z materaca i skierowałem się w stronę drzwi. - Dobranoc! - krzyknąłem, po czym zgasiłem światło i wyszedłem. Usłyszałem płaczliwy głos bruneta "boję się ciemności, mamo!".
Westchnąłem i wróciłem do pokoju Franka.
- Frankie... - zacząłem cicho. Hm.. Żeby coś zrozumiał, trzeba było mówić jego zboczonym językiem. - Frank, jeśli pójdziesz grzecznie spać... to w nocy przyjdą smerfy i cię zgwałcą.
- Serio?
- Tak. - powiedziałem zdecydowanie.
-  Dobra. - odparł i obrócił się na bok. Nie sądziłem, że pójdzie tak łatwo. Po chwili usłyszałem ciche pochrapywanie.
Odwróciłem się na pięcie i cicho wyszedłem z pokoju. Byłem cholernie zmęczony, a jeszcze trzeba pilnować "gości". Jedno wiem na pewno: nigdy więcej takich imprez. Ledwo powlokłem się na dół. I tak po jakiś pięciu minutach zasnąłem na kanapie w salonie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz