niedziela, 14 października 2012

Rozdział 20

Frank

Było już dość późne popołudnie. Po wyjściu Rose poczułem się cholernie samotnie. Potrzebowałem kogoś, z kim mógłbym pogadać.  Na matkę nie miałem co liczyć, gdyż nie było jej obecnie w domu. W takich chwilach jak ta, potrzebne by było rodzeństwo, najlepiej starsze. Takie, które w trudnych momentach umiało by pocieszyć, przytulić czy coś w tym stylu. Niestety ja nie mogłem się kimś takim poszczycić.
Potrzeba wygadania się komuś okazała się jednak silniejsza. Nie zastanawiając się długo chwyciłem za telefon i wybrałem numer. Przyłożyłem go do ucha, po czym usłyszałem znajomy sygnał. Pierwszy, drugi, trzeci…
- Słucham? – odezwała się osoba po drugiej stronie.
- Mikey? Masz teraz wolny czas? Może wpadniesz do mnie? – powiedziałem, z trudem jeszcze hamując łzy. Wciąż nie mogłem się pozbierać. Zużyłem już chyba z dziesięć opakowań chusteczek, a strumienie łez nadal płynęły po moim policzku.
- Frank, czy coś się stało? – spytał, a w jego głosie słychać było troskę. Mikey był po prostu wzorem na mojego młodszego brata. Mieszkając chwilowo u Way’ów zdążyłem go całkiem nieźle poznać. Na co dzień  był dość szalonym chłopakiem, jednak w trudnych momentach potrafił mnie wesprzeć i poprawić mi humor.
- Nie, po prostu trochę mi smutno. – odpowiedziałem słabym głosem. Nie chciałem go zamartwiać przez telefon swoimi problemami. Zdecydowanie lepiej jest to zrobić siedząc twarzą w twarz. – To jak, wpadniesz do mnie?
- No dobrze. Postaram się być jak najszybciej, ale najpierw wezmę mój zestaw do pocieszania. – odparł, po czym przerwał połączenie.
Odłożyłem komórkę na biurko i usiadłem na łóżku. Siedziałem nieruchomo, zastanawiając się co ze sobą zrobić. Dopiero po chwili dotarły do mnie słowa chłopaka. Mówił coś o jakimś zestawie do pocieszania. Znając życie i Mikey’a , to nie wróży nic dobrego.

Po piętnastu minutach w drzwiach mojego pokoju pojawił się blondyn z wypełnionym po brzegi plecakiem. Nawciskał tam tyle rzeczy, że jego torba była ledwie zamknięta. Ciekawe jakim cudem przytaszczył ją tutaj, nie gubiąc ani jednej rzeczy.
- Cześć, jak tam? - wysapał, ledwo nabierając powietrza. Domyślam się, że tak mu zależało na tym, żeby jak najszybciej mnie pocieszyć, że przybiegł tutaj.  - Opowiesz mi w końcu, co się stało? Czemu wyprowadziłeś się nic nie mówiąc? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? A Gerardowi? Czy on nic dla ciebie już nie znaczy? A ja? Liczę się dla ciebie chociaż trochę?
No tak, znowu się chłopak rozkręcił. Miałem ochotę mu coś wcisnąć w usta, żeby w końcu się zamknął. Mówiąc "coś" mam namyśli jaką skarpetkę, gdyby ktoś sobie coś pomyślał...
- E.. ja... poproszę jedno pytanie na minutę. - wystękałem, nie wiedząc kompletnie co powiedzieć.
- No dobrze. - odparł siadając obok mnie na łóżku. - Dlaczego uciekłeś?
Niechętnie mu wszystko opowiedziałem. Nie chciałem tego ciągle wspominać, ale widziałem, że stara się mi pomóc. Powtórzyłem mu z pamięci cały nasz dialog, opowiedziałem o każdym moim i Gerarda ruchu. Pamiętałem to, jakby wydarzyło się to niespełna minutę temu. Każde jego słowo.... Z moich oczu, po raz setny dzisiaj, pociekły słone łzy. Mikey uśmiechnął się pocieszająco.
-A wiesz co...?
-Nie, nie jestem jasnowidzem.-chociaż czasami moje przypuszczenia się spełniają...
Chłopak zaśmiał się cicho, po czym zaczął wygrzebywać coś ze swojej torby. Gdy tylko ją otworzył, wyleciało z niej kilka...pluszaków?! Po chwili blondyn znów spojrzał na mnie, chowając coś za plecami i szczerząc się przy tym jak wariat. Pochyliłem się trochę w bok, żeby zobaczyć "niespodziankę" Nagle oberwałem czymś w twarz.
-Co do...
-Niech moc króla jednorożców spłynie na ciebie!-wrzeszczał chłopak No normalnie WTF?!-I niech smutki cię opuszczą! Magiczny pyle z odchodów tego jakże szlachetnego zwierzęcia, spraw by Frankie znów był szczęśliwy.-powiedział z powagą, już spokojniejszym głosem. Że co?!
Siedziałem na łóżku wpatrując się w Miki'ego. Nie mogłem wydusić z siebie słowa, tylko cały czas wytrzeszczałem gały. Wiedziałem, że Mikey jest dziwny, ale nie do tego stopnia... Ah, to tym dostałem w twarz. Dopiero teraz zauważyłem różowego jednorożca w ręce chłopaka. Fu! Wszędzie sypał się brokat. Mimo tego, iż ciągle moje myśli krążyły koło Gerarda, to jednak teraz zacząłem się śmiać, jak głupek. Mikey jest mistrzem w pocieszaniu. Miałem zajebistego przyjaciela! Jedyny w swoim jednorożcowym rodzaju. Taaa, już powoli przechodzi na mnie.
 Posiedzieliśmy razem dosyć długo. Czułem się wtedy,jakbym nie miał żadnych problemów, ale nie, nie zapomniałem. Na samą myśl o moim Gerardzie robiło mi się słabo. Jeszcze niedawno przekonywał mnie, jak on to mnie mocno kocha, a teraz... Zapewne lizał się z tą dziewczyną na jakiejś imprezie. Przeszedł mnie dreszcz, jak se to wyobraziłem. Nawet nie zauważyłem, a moje policzki znów stały się wilgotne.
-Ej! Nie płacz...-powiedział cicho i otarł mi ręką mokre plamy.-Frank, nie obraź się, ale muszę już lecieć. Matka pewnie się martwi...
-Ta, spoko. Idź.
-Ale poradzisz sobie?-w jego głosie wyraźnie słychać było troskę i zmartwienie.
-Mikey...
-Dobra, tak tylko pytam. Nie bij,mamo.-zakrył sobie twarz... czym? JEDNOROŻCEM!
-Poszedł! Już! - powiedziałem wskazując drzwi, po czym zaśmiałem się pod nosem.
-Narka.-pomachał mi na pożegnanie.
-Cześć.-odparłem cicho, tak, że chyba tego nie usłyszał.
Tylko czekałem, aż wyjdzie, żeby móc rzucić się na łóżko i wypłakać w poduszkę. Frank, jesteś żałosny... Ale ja go NADAL kocham!
Nie wiem, ile czasu tak spędziłem, sądząc po porze dnia, długo. Może z trzy godziny...
Nie wiem. W każdym razie potrzebowałem teraz tylko jednego. Kawy. Tylko ona mi została.
Leniwym krokiem poszedłem do kuchni w wiadomym celu.
Już po kilku minutach siedziałem na oknie popijając gorący napój, który przyjemnie drażnił moje podniebienie. Wpatrywałem się w bezchmurne niebo, pełne gwiazd. Jak byłem mały też siadałem na oknie i podziwiałem wspaniały księżyc. Moja matka wpadała do pokoju i wielka panika, bo jej jedyny syn siedzi na oknie i zaraz spadnie. No, w sumie raz tak było. Trochę się wystraszyłem, jak wpadła do pokoju i zaczęła wrzeszczeć i noga zsunęła mi się z belki pod oknem. Nie było wysoko, więc nic sobie nie zrobiłem, ale był tego jeden plus. Już nigdy się nie czepiała, że siedzę na parapecie.Tu by było troszkę gorzej z lądowaniem...
Zamknąłem,spuchnięte od płaczu, oczy.

Gerard


 Vicki dawno już poszła do domu, a ja nadal stałem jak słup soli w tym parku. Sam nie wiem czemu. Po prostu nie mogłem się ruszyć. Krążyłem tą samą drogą już któryś raz, że chyba wydeptałem w tym miejscu własną ścieżkę. W mojej głowie była tylko jedna postać. Frank. Dlaczego stałem jak idiota i patrzyłem na niego, zamiast mu pomóc?! Dobrze wiedziałem, że to noga mojej „dziewczyny” była przyczyną wypadku. Wiedziałem też, że zrobiła to celowo. Ale czy ja ją powstrzymałem? Czy zainterweniowałem, kiedy Frank leżał na ziemi ze zmasakrowaną twarzą? Nie. Mogłem coś zrobić, ale nie zrobiłem. Stałem po prostu zszokowany, a on świdrował mnie na wylot tymi swoimi biednymi, brązowymi ślepkami.  Chyba jednak nie było prawdą, że aż tak mnie nienawidził. Wywnioskowałem to z jego z spojrzenia. Gdy przez kilka sekund patrzył na Victorię, można by stwierdzić, że gdyby wzrokiem można było kogoś zabić, ona leżała by już trupem.  Jednak kiedy zwrócił swoje piękne tęczówki ku mnie, całkiem zmienił nastawienie. W jego oczach dostrzegałem ból i cierpienie. Zraniłem tą małą, kruchą istotkę. Mimo to, że Vicki podstawiła mu nogę, przyczyniając się do upadku, to i tak wszystko było moją winą.  To właśnie przeze mnie leżał na tej brudnej ziemi i płakał. Gdybym wtedy nie poszedł na tę durną imprezę, to nic by się takie nie wydarzyło i Franka nie spotkałyby te wszystkie przykrości. Siedzielibyśmy sobie u mnie na kanapie, oglądając różne filmy. Co ja gadam? Nie oglądalibyśmy telewizji tylko, jak to mamy w zwyczaju, zignorowalibyśmy to i obdarowywalibyśmy się nawzajem całusami. Ale wystarczył jeden pieprzony wieczór, żeby zniszczyć życie sobie, jak i jemu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że kompletnie nic  z tamtego dnia nie pamiętałem.
Po bardzo długiej chwili rozmyślań postanowiłem, że za wszelką cenę muszę się dowiedzieć, co minionego wieczoru zaszło między mną ,a Frankiem. W tym celu udałem się wąską uliczką wprost do miejsca zamieszkania Victorii. Nie lubiłem tamtędy chodzić. Tymi drogami zazwyczaj spacerowała najgorsza patologia w mieście. Ale cóż, musiałem się poświęcić. Z racji, że chciałem szybko dotrzeć do Vicki i wszystko wyjaśnić, musiałem udać się tą, najkrótszą, drogą.
W końcu doszedłem do drzwi Vicki. Zapukałem – nic. Powtórzyłem działanie, jednak to nic nie zmieniło. Nadal cisza.
- Victoria! Wiem, że tam jesteś! – krzyknąłem, trochę już zdenerwowany. Co ja pieprzę, jakie trochę?! Byłem wściekły. Na nią, jak również i na siebie.
Ku mojemu zdziwieniu, drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazała się dziewczyna. Nie czekając na zaproszenie wszedłem do środka i zwróciłem się do niej.
- Powiesz mi wreszcie prawdę?!  - znowu zacząłem krzyczeć. Na twarzy Victorii malowało się zakłopotanie i coś na miarę przerażenia.
- G...Gee, jaką prawdę? – spytała, jakby naprawdę nie wiedziała o co chodzi. Jednak tak nie było.  
- Nie udawaj! Wiem, że wiesz, co się tam wydarzyło!  
Ona jednak nic nie odpowiedziała.  Na jej twarzy błądził zalotny uśmieszek. Z każdą chwilą była coraz bliżej mnie. Gdy nasze usta dzieliły centymetry, dziewczyna gwałtownym ruchem wpiła się w moje wargi. Dłonie oparła na mojej klatce piersiowej i coraz mocniej na mnie napierała. Przygniotła mnie do ściany, zarazem zamykając drzwi nogą.  Błagam, niech to będzie tylko koszmar! Ale nie, niestety to była rzeczywistość. Całowałem się z dziewczyną, której nawet nie lubiłem! W sumie to ona mnie całowała, a ja stałem jak debil. Przed oczami stanęła mi scenka, w której Frank upada na ziemię, a następnie patrzy na swoimi ślepkami, jakby błagał o pomoc. A ja wtedy także stałem jak ostatni idiota i się temu wszystkiemu przyglądałem.
Po chwili opamiętałem się i jednym silnym ruchem odepchnąłem ją od siebie. Przez moją siłę o mało nie runęła na podłogę. Szkoda. Byłoby niezłe widowisko.  
- Co ty odwalasz? - krzyknąłem na nią, ona jednak pozostała niewzruszona.
- Całuję cię.- odparła jak gdyby nigdy nic, dodając do tego wszystkiego głupawy uśmieszek. Miałem ochotę rozwalić jej tę twarzyczkę.  
-Jesteś chora! - wygarnąłem jej, czym mało się przejęła.
- Może... - w jej oczach dostrzegłem dziwny blask.
- Powiedz mi, co się tam działo i po sprawie.
- Ok, ale potem obiecaj, że potem mnie pocałujesz. - odparła i zaśmiała się jak jakaś psychopatka.  
Nie miałem zamiaru jej pocałować. Brzydziłem się nią, ale jeśli za to miałem się wszystkiego dowiedzieć, to musiałem zaryzykować. Dla Franka. Dla mojego małego, kochanego Frania. Chociaż to, że całuję inną dziewczynę chyba nie bardzo by mu się spodobało.
- Niech ci będzie. - powiedziałem cicho.
- A więc... najpierw buziak.  
Masakra. Gerard, skup się. Zamknij oczy i wyobraź sobie, że to Frank. Tak, wmów sobie, że twoje usta dotykają tych miękkich i ciepłych Frankowych warg.
Przymknąłem powieki i ostrożnie przysunąłem się do niej. Lekko musnąłem jej usta. W żaden sposób nie przypominały ust bruneta. Głównie dlatego, że nie nakłada na nich tony szminki. Do tego usta chłopaka zawsze smakują jak czekolada, i właśnie z tego powodu tak cholernie uwielbiam go całować.
Gdy chciałem odsunąć się od dziewczyny, ona uniemożliwiła mi to, przyciągając mocniej do siebie. Pogłębiła pocałunek. Nie no, tego już za wiele. Czym prędzej się od niej oderwałem.  
- Mów. - powiedziałem stanowczym tonem.
- No to... Nic takiego! Powiedziałam ci już wszystko - roześmiała się już na dobre.
Cholera! Gdyby nie była dziewczyną, już dawno leżałaby zmasakrowana na podłodze.
Szybko skierowałem się w stronę wyjścia. Na pożegnanie
rzuciłem tylko "dziwka" i trzasnąłem drzwiami.
  Pozostało mi tylko jedno wyjście. Pójść do Franka, albo odnaleźć tamtą blondynkę. W końcu się zdecydowałem. Może mnie wyrzuci z domu albo... Nie, to nie w jego stylu. Co ja mu powiem? " Hej Frank, możesz mi wyjaśnić co zaszło ostatnio, bo byłem tak nawalony, że nic nie pamiętam." To nie przejdzie!
Szedłem drogą rozmyślając. Nawet się nie spostrzegłem, kiedy wylądowałem na ziemi. Przede mną siedziała dziewczyna. Szybko się ogarnąłem, wstałem i wyciągnęłam do niej rękę. Gdy tylko spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczami, od razu wiedziałem kto to.
- Ugh, to ty...  -powiedziała obojętnie i również podniosła się z podłoża. Nie była zbyt zadowolona, spotykając mnie.
-Jestem Gerard. - przedstawiłem się, co było zresztą niepotrzebne.
- Wiem. Rosalie, ale możesz mi mówić Rose.
- Rose. Ładnie imię.- wysiliłem się na uśmiech- Więc może ty mi powiesz, co się zdarzyło kiedy... no wiesz. Frank zapewne ci mówił.  
Dziewczyna popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem.
- To... to ty nic nie pamiętasz, czy sobie robisz żarty? - powiedziała, jakby to była moja wina, że... chociaż nie, to była moja wina.
- Kompletnie nic. - odparłem krótko.
- Chodźmy tam usiąść. - wskazała na ławkę niedaleko nas.
  Po chwili byliśmy na miejscu. Rosalie opowiadała mi wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Z każdym słowem rosło we mnie przerażanie. Ja?! Zrobiłem coś takiego mojemu Frankowi? Przestałem już słuchać dziewczyny. Powoli docierało do mnie to, co zrobiłem. Wszystko wracało w kawałkach. Obrazy, każda scena po kolei stawały mi przed oczami. Nie, nie, nie! Jak on się wtedy czuł?! Co ja zrobiłem?! Idiota! Idiota! Idiota!
- Słuchaj Rose, nie obraź się, ale ja muszę iść.
- Same przeprosiny nie wystarczą... - jakby czytała mi w myślach. Zaczynam coraz bardziej się jej bać. Dziwna jakaś. Ubiera się na luzie, jest mądra, pomocna i czyta w myślach. To z pewnością kosmita.
- Nawet nie wiesz jak jestem ci wdzięczny. - powiedziałem i już miałem iść, ale ona zatrzymała mnie.
- Wiem, że go kochasz i on ciebie też. - uśmiechnęła się promiennie.
- To tobie nie przeszkadza, że... wiesz.... że jesteśmy gejami? - spytałem cicho. Poczułem się niezręcznie, zadając to pytanie.
- Wręcz przeciwnie. Uważam, że to słodkie. - no i proszę! Kolejny powód, żeby uważać ją za kosmitkę.
Moje oczy powiększyły się. Wgapiałem się w nią jak w nienormalną.
- No co? - spytała obojętnie.  
- N...nic - odpowiedziałem zmieszany. - Jeszcze raz, dziękuje.
- Nie ma sprawy. - posłała mi uśmiech. Odpowiedziałem jej tym samym, po czym skierowałem się w stronę domu chłopaka.
Gdy dotarłem na miejsce, zadałem sobie dziwne pytanie. Wejść po prostu drzwiami? To byłoby takie zwykłe. Mam pomysł! Obszedłem dom dookoła i stanąłem przed jego oknem.  Nikt nie może pojąć, jak ja bardzo kocham Franka. Tylko on i ja... Na zawsze. Oby mi wybaczył. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. Moje życie straciłoby sens. Nie miałbym dla kogo żyć... Otworzyłem załzawione oczy i cały czas wgapiałem się w jego okno, na którym (na całe szczęście) siedział z kubkiem jakiegoś napoju. Słowa same płynęły z moich ust. Z mojego serca...

Terrified of what I'd be
As kid from what I've seen
Every single day when people try
And put the pieces back together
Just to smash them down
Turn my headphones up real loud
Don't think I need them now
'Cause you stop the noise and

If you stay
I would even wait all night
Or until my heart explodes
How long?
Until we find our way
In the dark and out of harm
You can runaway with me...

Don't walk away...

0 komentarze:

Prześlij komentarz