niedziela, 14 października 2012

Rozdział 2

Frank

- A Poison?
- Co z nim? - spytał blondyn lekko marszcząc brwi.
- Nooo... On pojedzie ze mną, prawda? - spytałem cichutko z nutką nadziei w głowie. Naprawdę mi zależało, aby mój czworonożny przyjaciel mi towarzyszył. Nawet jeśli jest świniakiem, je swoje rzygi, ciągle sra na dywan mimo że wychodzi się z nim pięć razy dziennie... to i tak go kocham i brakowałby mi go przez ten miesiąc.
- Frankie wybacz, ale piesia zostanie u sąsiadki - mruknął, głaszcząc mnie po długich, ciemnych włosach. Co to miało znaczyć?! Poison może zostać sam z jakąś miłą starszą panią, a ja jadę do mojego byłego, który ma żonę - potwora i dziecko, które z pewnością nie jest lepsze od matki. No czym ja sobie na to zasłużyłem?!
Westchnąłem i kontynuowałem pakowanie torby. Wziąłem do ręki swojego misia. O ile mnie pamięć nie myli, to dostałem go od Gerarda podczas "przeprosinowej" randki. Tamten dzień chyba nigdy nie wyleci mi z głowy. Może to i dobrze.
Już chciałem pakować pluszaka do torby, ale Mikey chwycił mnie za nadgarstek.
- Frank, ty masz 25 lat... - szepnął.
- No i? Zostawiasz mnie z tym debilem i jego debilną żoną, zabierasz mi w dodatku Poisona... Albo z misiem, ale nigdzie nie jadę - odpowiedziałem stanowczo, na co blondyn wywrócił oczami i westchnął teatralnie.
- Frankie, ja cię proszę, nie zachowuj się jak dziecko...
- No przepraszam bardzo! Traktujesz mnie jak dziecko, to tak też będę się zachowywać! - krzyknąłem na niego już lekko poirytowany. Kto jak kto, ale on powinien mnie zrozumieć.
Dostrzegłem złość w oczach blondyna. Wiedziałem, że gdyby mógł, to chętnie przywaliłby mi z całej siły w twarz, ale skoro jestem jego "małym dzieciątkiem" to nie mógł tego zrobić. Pomińmy jeszcze fakt, że jestem od niego o rok starszy... No i co, że on jest większy ode mnie? Nie jestem dzieckiem, które trzeba niańczyć. Potrafię sam o siebie zadbać!
- Frank, błagam cię...
- Ja nie chcę do niego jechać, zrozum! Dlaczego mi to robisz? Aż tak bardzo mnie nienawidzisz?! - załkałem. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Miałem cichą nadzieję, że płaczem przekonam go, żeby nie jechać. Mój plan się jednak nie powiódł. Chłopak podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. Zaczął gładzić mnie dłonią po plecach. Chciał mnie pocieszyć i uspokoić, ale wcale mu to nie wychodziło. Mnie to wręcz wkurzało. Najchętniej wziąłbym i urwał mu tą rękę, ale skoro to Mikey, to bym tego nie zrobił...
- Frank, to tylko miesiąc... Dasz radę... Dla mnie... - wyszeptał, bo czym złożył czuły pocałunek na moim policzku.
- Dobrze Mikey, ale tylko dla ciebie - poddałem się w końcu. Nie było sensu już robić scen, bo to by wcale nie pomogło. I tak ten wyjazd był nieuchronny, więc po co to przedłużać?
Blondyn uśmiechnął się do mnie czule i ostatni raz mocno wyściskał. Bez słowa schyliłem się po swój bagaż i skierowałem w stronę drzwi.Popychany przez Mikey'a powoli wyszedłem z pokoju, cały czas ściskając w rękach pasek torby. Za chwilę nadejdzie ostateczna minuta... zostanę z nim sam na sam, bez Mikey'a, bez Rose, bez nikogo... I tak już zostanie przez nadchodzący miesiąc. Naprawdę pytam, czym sobie na to zasłużyłem? Przecież byłem grzeczny. Słuchałem moich "rodziców", nie kłóciłem się z nimi, nie pyskowałem, zjadałem wszystko co mi dali, a nawet sprzątałem swój pokój! Więc za jakie grzechy mnie to spotyka?!
Objąłem wzrokiem pomieszczenie. Gerard zawzięcie dyskutował o czymś z blondynką, energicznie wymachując ręki. W sumie to oboje nimi wymachiwali. Tak, jakby nie można było rozmawiać, trzymając ręce przy sobie.
Po krótkiej chwili dwie pary oczu zwróciły się ku mnie. Zauważyłem, że na twarzy czarnowłosego pojawił się lekki uśmiech. Nie przyglądałem mu się zbyt długo, bo po sekundzie speszony spuściłem wzrok. Chociaż może nie byłem speszony? Po prostu nie chciałem na niego patrzeć, ok? Przecież ja go nie lubię. Wręcz nienawidzę. I wcale nie mam ochoty spędzić z nim samotnie długiej podróży. No wcale. Mi na nim nie zależy.
- Gotowy? - spytał promiennie starszy Way. Urodziłem się gotowy. Zapewne tak odpowiedziałbym w każdej innej sytuacji, ale w tej... nie odzywałem się i wciąż wlepiałem wzrok w podłogę. Gdyby się tak trochę poprzyglądać, to wydaje się ona bardzo interesująca. Tu jakieś brudne rysy, tu sierść Poisona. Po prostu nie ma bardziej interesującej rzeczy niż podłoga w naszym salonie.
- Tak, możecie już jechać. - odparł blondyn, popychając mnie w stronę Gerarda. Ale kiedy ja nie chciałem! Z całych sił zapierałem się piętami, ale jemu i tak udało się mnie przepchnąć do czarnowłosego. Chłopak od razu wyciągnął do mnie rękę. Nie chwyciłem jej, bo po co? Potrafię sam chodzić i nie trzeba mnie trzymać za rączkę.
- Daj torbę. - powiedział po chwili, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Ah, więc po to ta ręka... Bez wahania podałem mu torbę. Odprowadzałem go wzrokiem, kiedy poszedł wsadzić ją do bagażnika swojego samochodu. Gestem dłoni pokazał mi, żebym do niego podszedł. Pewnie chciał już jechać. Zrobić mu tą przyjemność czy... nie. Odwróciłem się do Mikey'go i mocno go przytuliłem. W końcu to ostatnie chwile przed długą rozłąką.
Stanąłem na palcach i sięgnąłem do jego ust. Delikatnie przycisnąłem swoje wargi do tych należących do blondyna. Czy byłem z siebie zadowolony? Owszem, byłem. A to dlatego, że parę metrów za nami stał Gerard i wszystkiemu się przyglądał. Ich dobrze, niech podziwia.
Po upływie jakiś pięciu sekundach blondyn dał mi do zrozumienia, że mam już przestać. Niechętnie oderwałem się od jego słodkich ust, jednak nie przestawałem go przytulać. Nie miałem ochoty go puszczać. Gdybym puścił, musiałbym już jechać... A dzięki temu przedłużałem to o jakieś kilkadziesiąt sekund.
Mikey zawzięcie próbował mnie od siebie odepchnąć, jednak za mocno do niego przylgnąłem. Gdybym mógł, stałbym z nim tak przez całą wieczność... jednak nie mogłem. I w tym cały mój problem.
Po jakimś czasie, kiedy młodszy Way był już mocno zirytowany, odpuściłem. Odsunąłem się od niego i spojrzałem smutno w jego oczu. Mimo, że wiedziałem że nie ma już dla mnie nadziei, nadal próbowałem. Na darmo... Odwróciłem się plecami i powoli ruszyłem w stronę samochodu. Widząc, że już idę, Gerard otworzył mi przednie drzwi. Oczywiście zachciało mi się zrobić mu na złość, więc wsiadłem do tyłu. Może go wkurzyłem, może nie. Po prostu zamknął drzwi i usiadł na miejsce kierowcy. Spuściłem wzrok na swoje kolana i zatopiłem się w swoich myślał. Teraz miałem ochotę jedynie wziąć i umrzeć. Miałem jechać do niego na miesiąc... i do Lyn-z, której szczerze nienawidzę. Już po raz trzeci dzisiaj: ZA CO?!
Zacząłem bawić się swoimi palcami, nie zwracając na nic uwagi. Nie miałem pojęcia gdzie już jesteśmy, jak długo jedziemy i ile jeszcze będziemy jechać, chociaż chciałem, żeby to trwało jak najdłużej.
Mniej - więcej się domyślałem, że przejechaliśmy już spory kawałek. Przez cały ten czas Gerard nie odezwał się do mnie ani słowem i ja do niego także. No chyba, że coś mówił, a ja tego nie usłyszałem... a potem już sobie odpuścił... Dobra, nieważne. Jeszcze będziemy mieć czas na rozmowę.
Zatrzymaliśmy się na podjeździe jakiegoś dużego domu. O nie, to chyba już. Mam plan. Posiedzę tu sobie i poudaję, że mnie nie ma, to może sobie pójdzie i zostawi mnie w spokoju. Tak, to na pewno wypali.
Czarnowłosy wysiadł z samochodu i skierował się do bagażnika. Wyjął moją dość sporą torbę, a ja nadal się nie ruszałem. Heh, chyba mnie nie zauważył. Może mój plan jednak wypali, a on pójdzie beze mnie?
W tym samym momencie drzwi się otworzyły. Podniosłem głowę i spojrzałem Gerardowi w oczy. Na jego twarzy widniał promienny uśmiech. Niech się tak nie cieszy, imbecyl jeden, bo mu zaraz zetrę ten głupi uśmieszek z twarzy.
- Jesteśmy na miejscu, możesz wysiadać. - powiedział, jednak nie ponaglał mnie, grzecznie czekał aż wyjdę. No, może jednak nie będzie tak źle.
Odpiąłem pasy i wysiadłem z samochodu. Usłyszałem trzask drzwi, a po chwili poczułem dłoń Gerarda na moich plecach. Delikatnie popchnął mnie do przodu. Ruszyliśmy w stronę drzwi, które czarnowłosy przede mną otworzył. Będzie mi tak wszędzie je otwierał? Fajnie.
Powoli wsunąłem się do środku. Zbadałem wzrokiem całe pomieszczenie. Średnich rozmiarów hol, po lewej wejście do kuchni. Po prawej znajdował się salon, nie oddzielony żadną ścianą od holu. Po prostu tam gdzie się zaczynał, podłoga i ściany były inne. Wyglądało to dosyć ładnie. Obok salonu umieszczone było jeszcze dwoje drzwi, ale nie miałem pojęcia, co za nimi było.
Wróciłem wzrokiem w stronę kuchni i o... Lyn-z. Czy ja przypadkiem nie jestem grze Slender Man? Albo Lynder Women? What the fuck, co ja za porypane nazwy wymyślam? Ale mniejsza o to.
- O, nasze gejałke - pedałke już przybyło - zaśmiała się, na swój wredny sposób i zmierzyła mnie ostrym spojrzeniem. No i się zaczęło. Będzie się teraz czepiać o moją orientację? Swoją drogą, ciekawe czy wie, że je mąż kiedyś sypiał z płcią męską. Nie? To może ją o tym uświadomić?
- Lyn-z... - mruknął czarnowłosy, na co jego WSPANIAŁA żona się ogarnęła. Ojej, broni mnie. Jakie to miłe, szlachetne, że aż rzygam tęczą. - Chodź Frank, pokażę ci twój pokój - szepnął mi do ucha, nachylając się trochę w moją stronę. Chwycił mnie za ramię i poprowadził na schody. Ciągle patrzyłem pod nogi, uważając, żeby nie zaliczyć gleby. Jakoś nie miałem ochoty dawać Lyn-z powodów do naśmiewania się ze mnie.
Jakimś cudem doczłapaliśmy się na górę. Pierwsze co zobaczyłem, to długi korytarz. No cholera, czy ten dom musi być taki duży? Większego się nie dało? Na trzy osoby? No chyba, że o czymś nie wiem.
Poszliśmy do drzwi, którego Gerard oczywiście mi otworzył przed nosem. Uh, zaczynam się czuć jak księżniczka.
- To tutaj - powiedział i wszedł pierwszy, wnosząc moją torbę do środka. Zauważając, że nadal stoję w miejscu, podszedł do mnie i chwycił mnie za biodra, prowadząc do przodu. Wszedłem niepewnie do pokoju, wodząc rozproszonym wzrokiem po pomieszczeniu. Szybko przerzucałem spojrzenie na przedmioty, które się tam znajdowały. Biurko, obok niego moja torba, jakaś lampa... Nie mogłem skupić się na niczym. Po pierwsze: ON stał za mną, co mnie najbardziej rozpraszało, a po drugie...Wszystko tutaj było tak obrzydliwie jasne. Kremowe ściany biły blaskiem odbijanego, dziennego światła po oczach, wywołując u mnie mdłości. Zupełnie jak w szpitalu... Zakręciło mi się w głowie i mimowolnie cofnąłem się krok do tyłu. Niestety, natrafiłem na czyjeś ciepłe ciało, więc jak najszybciej odskoczyłem od niego, potykając o własne nogi. Gdyby nie Gerard pewnie leżałbym już jak długi na drewnianej podłodze. Mężczyzna złapał mnie w pasie w ostatniej chwili przed upadkiem, przyciągając do siebie. Oparłem dłonie na jego klatce piersiowej, czując wyraźnie bicie serca. W końcu był tak blisko mnie. Ale nie należał do mnie. I właśnie to w tym wszystkim najbardziej bolało. Mieć go na wyciągnięcie ręki, a nie móc nic zrobić. Mikey, dlaczego...? Czemu mi to zrobiłeś? Zasłużyłem na tak potworną karę? Mieszkałem z blondynem już tyle czasu... Powinien się domyślić, że po prostu nie przeżyję tego miesiąca. Co ja mówię... Dwa dni będą istną katorgą. Choć miałem spuszczoną głowę, dokładnie czułem aromat jego perfum, pomieszany z własnym zapachem Gee. Według mnie była to świetna mieszanka. Mogłem jeszcze przez chwilę cieszyć się tym wspaniałym doznaniem, bo zaraz potem czarnowłosy odsunął mnie na całą długość swoich ramion.
- Frank... - szepnął cicho, miękkim tonem, charakterystycznym dla Gerarda. Brakowało mi tego, jak cholera. Kiedy ostatni raz słyszałem jego głos? No właśnie... Oprócz koncertów i prób tak naprawdę rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Zamieniliśmy kilka słów na temat Bandit i na tym koniec. Chociaż wiele razy zabierałem się za kontynuowanie rozmowy, jednak nie stać mnie było na grosz odwagi. Milkłem, próbując wydusić z siebie jakiś dźwięk, ale po prostu nie potrafiłem. Sama jego obecność onieśmielała mnie za bardzo, żebym to ja pierwszy się do niego odezwał. Ale teraz, w tej chwili znowu mam szansę. Modliłem się w myślach, żeby tego nie spaprać, co całkiem dobrze mi wychodzi. Otworzyłem usta, szukając w głowie odpowiednich słów. Wysunąłem język, bawiąc się kolczykiem w wardze. Wsuwałem i wysuwałem go spod srebrnego kółeczka, przyglądając się dokładnie moim podniszczonym trampkom. A właśnie... wspaniałomyślna Mikey'owa mamusia pozwoliła mi na zrobienie sobie kolczyków w wardze i nosie oraz kilku tatuaży. Dobre tyle. Oczywiście wszędzie poszedł ze mną. Nawet do sklepu po papierosy wychodził i trzymał mnie za rękę, przechodząc przez ulicę. Szkoda, że mu się nie wyrywałem... Sąsiedzi mieliby niezły widok.
Odsunąłem się od niego na jeszcze bezpieczniejszą odległość, idąc powoli do tyłu. Nie obyłoby się bez małego potknięcia o biały, puszysty dywan, w wykonaniu a'la Frank. A jak... Efektowny foch musi być. Wymachując panicznie rękami upadłem z głuchym jęknięciem na szanowny tyłek. Syknąłem, kiedy moje cztery litery uderzyły w podłogę. Jakże by inaczej, Gerard natychmiast znalazł się przy mnie, łapiąc dość mocno za ramię i ciągnąc w górę. Szarpnąłem się mocno, ledwo łapiąc równowagę. Z mojego gardła wydobyło się ciche warknięcie. Nawet nie wiem, dlaczego to zrobiłem. No tak, przecież nie chciałem być traktowany jak małe, nieporadne dziecko. Przynajmniej w tym domu niech każdy zostawi mnie w spokoju! Chcę być sam! Już, teraz!
Nie zwracając na nic uwagi rzuciłem się na ciemno-fioletową pościel, zanurzając twarz w poduszce. Jedna rzecz, która była nie była w tym pomieszczeniu przesadnie jasna. Zdecydowanie muszę to zmienić, bo prędzej wyjdę przez ścianę, niż zostanę tu minutę dłużej. Ale nie teraz... Teraz marzę o ciepłym łóżeczku i śnie... Jak dobrze, że wziąłem swoje plakaty...
Ziewnąłem przeciągle i zwijając się w kłębek zamknąłem oczy. Nie obchodziło mnie, czy Gerard tu zostanie, czy też nie. Niech robi co chce, mam to gdzieś. Tak jak wszystko inne... Poczułem jeszcze, jak ktoś głaszcze mnie delikatnie po głowie, a potem próbowałem zasnąć. Jak na złość, mój mózg wolał chyba, żeby było inaczej, bo ciągle się rozpraszałem. Usłyszałem, jak Gee podnosi się z materaca i wychodzi. Przez cały ten czas starałem się nie ruszać. Straciłem ochotę na poznanie Ban. Nie mam tu nikogo... Nikogo bliskiego. Jeszcze Poisona mi zabrali... Po prostu świetnie! Zabierzcie mnie stąd... Ktokolwiek...

0 komentarze:

Prześlij komentarz