niedziela, 14 października 2012

Rozdział 18

Narrator

   Gerard obudził się rano z mocnym bólem głowy. Nie pamiętał, co się wydarzy i co robił minionego wieczoru. Jak przez mgłę, widział tylko tańczących w rytm muzyki ludzi i alkohol. Dużo alkoholu. Cóż, to wszystko wyjaśnia.
   Zwlókł się z łóżka i chwiejącym krokiem wyszedł z pokoju. Ciągle kręciło mu się w głowie. Gdyby nie podpierał się o ścianę, na pewno dawno by upadł z hukiem na podłogę. 
   Szedł powoli wzdłuż korytarza. Nagle przed oczami stanął mu obraz pewnego chłopaka o przepięknych czekoladowych oczach. Frankie. Bujając się, niczym statek na wzburzonym morzu, doszedł do pokoju chłopaka.
- Fraaaanczeesko! - krzyknął wesoło, otwierają drzwi i niemalże wlatując do środka. Nie zastał jednak swego ukochanego, lecz nieskazitelnie czysty pokój. Zaniepokoiło to go trochę, gdyż rzeczy Franka także nie znalazł. Jednak, aby się upewnić, zajrzał do szaf. Szybkimi ruchami otwierał szuflady komody, lecz wszędzie było pusto. Wszystkie półki był opróżnione.
   Wyszedł z pokoju, a raczej wybiegł, ignorując całkowicie ból głowy, który dotąd nie ustał. Zbiegł szybko, o ile było to możliwe, ze schodów wlatując do kuchni. Zauważył krzątającą się tam jego matkę.
- Mamo, widziałaś Franka? - spytał niepewnie.
- Nie, kochanie, dzisiaj jeszcze nie. Nie ma go w jego pokoju?
- No gdyby tam był, to chyba bym się ciebie nie pytał! - nie kontrolował już swoich emocji i zaczął krzyczeć na niczemu winną kobietę.
- Słońce, uspokój się. - próbowała załagodzić nieco sytuację. - Na pewno go tam nie ma?
- Wybacz mamo, przepraszam. - odparł cicho. - Nie, nie ma go. Jego rzeczy też nie ma - dodał smutnym głosem.
  Wtem do pomieszczenia wszedł Mikey trzymając różowego pluszowego jednorożca pod pachą.
- Dobry. - powiedział wesoło.
- Nie taki dobry. - odpowiedział cicho jego brat. - Frank zniknął.
- Ale jak to?
- No tak... Wstałem rano i jego już nie było.
Nagle rozległ się dźwięk komórki Gerarda. Piosenka Iron Maiden rozbrzmiewała głośno po kuchni. Chłopak zbliżył się do telefonu, nacisnął zieloną słuchawkę i przyłożył do ucha.
- Halo? - zaczął.
- Cześć Gee. Tu Vicki. - usłyszał cienki głosik osoby po drugiej stronie. Z trudem rozpoznał, kim jest ów dziewczyna. - Chciałam spytać jak się czujesz? Może wyjdziemy Gdzieś razem?
- Wybacz, nie mam czasu. Muszę iść poszukać Franka.
- Franka? Po co? Nie pamiętasz jak cię wczoraj zwyzywał?
- Zwyzywał? Ale jak to? - chłopakowi zaczął drżeć głos.
- No tak. Odprowadziłam cię wczesnym ranem do domu i zastaliśmy jego w drzwiach. Wykrzykiwał coś, że jesteś... - zawiesiła głos - możemy pominąć tę kwestię, bynajmniej te słowa nie były zbyt miłe. To skoro jesteś wolny... wyskoczymy gdzieś? - głos dziewczyny po chwili zmienił ton na wesoły i pewny siebie.
- Jasne, za godzinę w parku? - chłopak nie myśląc zbyt wiele, umówił się z Victorią.
- No, więc jesteśmy umówieni. To na razie. - w komórce zabrzmiało ciągłe pikanie, co oznaczało, że dziewczyna się rozłączyła.



Frank
 
- Kochanie, a nie mówiłam? - powiedziała moja matka,  która nadal siedziała ze mną na kanapie i wręcz mnie dusiła tymi swoimi uściskami. - Mówiłam, żebyś darował sobie tego Gerarda, ale ty nie. Musiałeś się z nim widywać. Przecież on miał na ciebie taki zły wpływ!
- Mamo, ale on nigdy taki nie był. - szeptałem, zanosząc się ogromnym płaczem. - Nie wiem, co mu tak nagle odbiło.
- No już, kochanie. Nie płacz. Wszystko będzie dobrze. - pociągnęła moją głowę na swoje ramię i zaczęła gładzić mnie po głowie. - I nareszcie jesteś już w domu. Ze swoją troskliwą mamusią. - dodała z promiennym uśmiechem.
- No tak, ale... ja chyba pójdę do swojego pokoju. Chcę pobyć trochę sam. - uwolniłem się z jej uścisku i powoli ruszyłem w stronę schodów.
- Dobrze, skarbie. - odpowiedziała, gdy byłem już w drodze na górę. - A może zrobić Ci kawy?
- Nie, dzięki. Nie mam ochoty... - bąknąłem, znikając na piętrze.
Zamyślony szedłem wąskim korytarzykiem. W mojej głowie wciąż siedział Gerard. Nie mogłem pozbyć się wspomnienia ubiegłego wieczoru, co doprowadzało do kolejnych łez.
  Stanąłem przed dużymi ciemnobrązowymi drzwiami. Nacisnąłem klamkę i pchnąłem je lekko, wchodząc do środka, a następnie zamknąłem je za sobą. Rozejrzałem się po pokoju. Wyglądał tak samo, jak jakiś miesiąc temu, kiedy go opuściłem. Był niemal nietknięty. Zadziwiającym faktem było jednak to, że mimo wielu starań, nie można by w nim było znaleźć kurzu ani innych zabrudzeń. Pewnie moja matka przychodziła tu i sprzątała z nadzieją, że wrócę. Cóż, nie myliła się.
  Podszedłem do komody i otworzyłem szufladę, po czym zacząłem wyrzucać  znajdujące się tam ubrania na podłogę. Gdy była prawie pusta, zauważyłem na jej dnie to, czego szukałem. Wyciągnąłem stertę kartkę i usiadłem z nimi na łóżku. Każdą z nich dokładnie obejrzałem, po czym położyłem obok siebie i zabierałem się za następną. Były to rysunki autorstwa Gerarda. Większość z nich przedstawiała mnie, jednak na niektórych widnieliśmy obaj. Na jednej kartce znajdowałem się ja, siedzący na kolanach Gerarda. Na drugim byliśmy przedstawieni podczas spaceru. Na kilku następnych chłopak narysował mnie w rozmaitych pozach. Lecz tylko jedna kartka wyjątkowo przykuła moją uwagę. Była na niej moja twarz. Moje lekko przymrużone powieki, spod których można było zauważyć brązowe tęczówki. I włosy wyglądające, jakby rozwiewał je wiatr. Jednak najbardziej z tego wszystkiego podobał mi się mały podpis w dolnym rogu kartki... "Kochanemu Frankowi, Gerard."
Po przeczytaniu tego przywołały się wspomnienia z dnia, kiedy mi to wręczał. Uparcie wtedy twierdził, że bezgranicznie mnie kocha. A wczoraj? A wczoraj tak po prostu nawrzeszczał na mnie, nawet nie wiem dlaczego, i pocałował na moich oczach tamtą dziewczynę. Tak, zabolało mnie to.
  Z łzami w oczach rzuciłem rysunki gdzieś w kąt. Nie mogłem już dłużej na nie patrzeć. Pozostawał jeszcze ten bałagan na podłodze.
  Zsunąłem się z łóżka na dywan, pozbierałem stertę ciemnych ubrań i niezgrabnie upchnąłem je z powrotem do komody. Otarłem wierzchem dłoni łzy, płynące mi z oczu i wyszedłem z pokoju. Zszedłem po schodach na dół i od razu skierowałem się do drzwi wyjściowych.
- Mamo, wychodzę! - rzuciłem, zakładając moje czarne trampki.
- A gdzie idziesz, kochanie? - z kuchni wyłoniła się kobieta z delikatnym z dziwieniem wymalowanym na twarzy. - Mam nadzieję, że nie do Gerarda?
- Nie mamo, nie idę do niego. Po prostu chcę się przewietrzyć.
- No dobrze, skarbie. Ale nie wracaj późno i uważaj na siebie.
- Przecież nie jestem już dzieckiem! - powiedziałem lekko oburzony.
- Słońce ty moje, oczywiście, że nie jesteś. Ale uważaj na siebie. - odparła z uśmiechem.
Czym prędzej wyszedłem z domu. Słońce chowało się za chmurami. Co prawda było ich trochę, ale na deszcz się raczej nie zapowiadało. Jak zwykle skierowałem się do parku.
Ciepły wiaterek owiewał moją twarz. Było to dość przyjemne. Spacerowałem sobie ścieżkami w cieniu koron wielkich drzew. Wtem do moich uszu dobiegł delikatny, melodyjny dźwięk gitary. Po chwili szedłem jak zahipnotyzowany w tamtą stronę.
Po chwili spaceru, zauważyłem siedzącą pod drzewem szczupłą dziewczynę. Jej falowane blond włosy w nieładzie opadały na twarz. Ubrana była w biała, zwiewną tunikę, krótką kurteczkę i jeansy. Na nogach miała czarne baleriny.  Na kolanach trzymała biało-czarną gitarę akustyczną. Siedziała skupiona, z zamkniętymi oczami. Grała jakąś nieznaną mi melodię.
  Gdy ją pierwszy raz zobaczyłem, zaczęło towarzyszyć mi jakieś dziwne uczucie. Dokładnie takie samo, kiedy Gerard pierwszy raz zagadał mnie przy ognisku. Nie, nie zakochałem się w niej. Po prostu wydawała mi się inna niż inni, wyjątkowa.
  Nieśmiało podszedłem do niej i przykucnąłem obok. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, przecież nawet nie wiedziałem co powiedzieć. Tak naprawdę to nigdy nie lubiłem poznawać nowych osób, ona była jednak wyjątkiem. Za wszelką cenę chciałem zamienić z nią chociaż dwa słowa. Miało w sobie coś takiego, co mnie do niej przyciągało. Sam się sobie dziwię, że tak myślę. Przecież nigdy żadna dziewczyna nie była w stanie mnie chociaż trochę zainteresować.
- Eee, cześć - powiedziałem prawie niesłyszalnie, po czym zapewne się zaczerwieniem. Szybko spuściłem wzrok na ziemię, by po chwili spojrzeć na nią z pod zasłony długiej grzywki. Dziewczyna gwałtownie otwarła oczy, jakby ktoś ją brutalnie wyciągnął z głębokiego snu. Spojrzała na mnie pytająco swoimi niebieskimi tęczówkami.
- Cześć... znamy się? - posłała mi wyczekujący wzrok.
- N-nie, ale... słyszałem jak grasz na gitarze... Ja też gram, więc pomyślałem, że moglibyśmy się poznać i ten no... - zacząłem plątać się w swojej wypowiedzi. To te jej dzikie spojrzenie mnie rozpraszało. Dzikie, ale piękne.
- Tak, rozumiem. Jestem Rosalie, dla przyjaciół Rose. - zaśmiała się i wyciągnęła dłoń w moją stronę. Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast ujrzeć półkilometrowe tipsy, ujrzałem zadbane paznokcie, pomalowane jedyne jasny lakierem.
Uścisnąłem ją i spojrzałem na twarz dziewczyny. Ani grama tapety. Zero, nic. Jaki ona miała piękny i naturalny wygląd. Po prostu ideał.
- To grałaś przed chwilą, co to było? - spytałem, przerywając niezręczną ciszę.
- To? A, sama to wymyśliłam. Nic wielkiego. - odpowiedziała wzruszając ramionami.
- Żartujesz? To było piękne. - gdy to mówiłem, na twarzy Rose pojawił się rumieniec.
- Nie przesadzaj... - odparła nieśmiało.
- Nauczyłabyś mnie tego?
- Pewnie, nie ma sprawy.
I tak zleciało nam trochę czasu. Nauczyła mnie grać swoją melodię, a potem... A potem tak się złożyło, że opowiedziałem jej o swoim życiu, o wszystkich problemach, a ona z zaciekawieniem słuchała. Przy niej czułem, że mogę się otworzyć i powierzyć jej wszystkie swoje tajemnice. Powiedziałem jej nawet o Gerardzie. Nie wykręciła twarzy w grymasie obrzydzenia, wręcz przeciwnie. W pełni mnie akceptowała. Stwierdziła, żebym się nie martwił, i że wszystko się ułoży. Oby miała rację...

0 komentarze:

Prześlij komentarz