niedziela, 14 października 2012

Rozdział 34

Frank

W końcu wróciłem do domu. Szybko wszedłem do środka, używając przy tym kluczy. Zrzuciłem trampki i skierowałem się do swojego pokoju. Całą drogę powrotną rozmyślałem o Gee. Ciekawe co teraz robił. Jeśli jego matka się nabrała, to na pewno leżał wygodnie w swoim łóżku, nie przejmując się niczym i nikim. A jeśli się nie nabrała, to prawi Gerardowi swoje godzinne kazania i wrzeszczy na niego, jaki on to jest nie odpowiedzialny i że to ja mam na niego zły wpływ. A ja przecież grzeczny jestem… Prawie zawsze… Bardzo często. Nie licząc dzisiejszego poranka, wczorajszego wieczora i nocy również… Do tego dnia, w którym Gee do mnie przyszedł, a ja zrobiłem mu “coś niedobrego”. I można do tej listy dodać również te chwile, kiedy to czarnowłosy śpiewał mi pod oknem w ramach przeprosin, a zaledwie godzinę później jako podziękowanie i wybaczenie gwałciłem go w swoim pokoju przez całą noc. Oh Franklinie, jakie z ciebie zboczone i niewyżyte zwierzę. Powinni cię zamknąć z w klatce, żebyś nie zagrażał niewinnemu społeczeństwu. Oczywiście razem z Gerardem, żebyś miał się z kim bawić…
Przechodząc przez salon cicho się zaśmiałem przez swoje myśli. Zauważyłem, że na kanapie siedzi moja matka. Intensywnie wpatrywała się w ekran telewizora, oglądając swój ulubiony serial. Zdawała się całkowicie mnie ignorować. Czyżby była obrażona, że nie wróciłem na noc? Fakt, mogłem chociaż zadzwonić. Ale przecież już nie raz tak robiłem, ba, czasem uciekałem z domu i nie wracałem przez tydzień. Powinna była się już przyzwyczaić.
- Frank? Czy mógłbyś tu podejść? Musimy poważnie porozmawiać - powiedziała przerażająco poważnym tonem, nie odwracając wzroku od ekranu. Ściślej mówiąc, nawet się nie poruszyła. No tak, teraz zacznie się seria głupich pytań, i jeszcze głupszych odpowiedzi.
Przystanąłem, będąc już na pierwszym schodku, dłońmi kurczowo trzymając się poręczy. Przez dłuższą chwilę nie ruszałem się z miejsca, przypatrując się jej uważnie. Jej mina nie wróżyła nic dobrego. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę kobiety. Gdy przed nią stanąłem ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Czyżby strach? Nie, bardziej zakłopotanie, ponieważ moja matka nadal siedziała nieruchomo i nie raczyła się odezwać.
- Usiądź proszę. - palcem wskazała fotel obity czarną materiałem, znajdujący się tuż przy kanapie, na której siedziała.
Posłusznie wykonałem polecenie.
- Jak tam w szkole? - spytała, siląc się na beztroski ton. Nie bardzo jej się to udało. Dodatkowo zdradzały ją ręce mocno splątane na brzuchu. Dłonie zaciskała tak mocno, że aż pobielały jej palce. Dobrze wiedziałem, że ledwo powstrzymywała chęć przywalenia komuś. A tym kimś miałem być ja.
- Dobrze… a czemu pytasz?
- Dzwoniła twoja nauczycielka. Bardzo cię chwaliła. - na jej twarzy pojawił się lekki uśmieszek, jak przypuszczałem, fałszywy.
- Tak? A za co? - zmarszczyłem brwi, a na moim czole pojawiły się maleńkie zmarszczki. Linda całkowicie zbiła mnie z tropu. Czyżby nie chodziło jej o to, że nocowałem u Gee?
- Za to, że masz same jedynki! - wykrzyczała, nie umiejąc, i nawet nie próbując już hamować swojego gniewu. Gwałtownie podniosła się z kanapy i szybko stanęła przede mną. Zaczęła wymachiwać wskazującym palcem przed moją twarzą, jakbym był jakimś małym dzieciakiem. - Do tego opuszczasz lekcje, kiedy tylko sobie chcesz! Co ty sobie wyobrażasz?! Taki wielki dorosły z ciebie?!
- Uspokój się, nie popełniłem żadnego przestępstwa, nie wiem po co tyle hałasu. - próbowałem wstać, ale kobieta powstrzymała mnie, łapiąc mocno za ramię i popychając z powrotem. Siedziałem z rękami na oparciach fotela, mierząc ją wściekłym wzrokiem.
- Gdzie byłeś przez całą noc? Mogłeś chociaż zadzwonić. - powiedziała już nieco spokojniej. Położyła dłonie na biodrach i wzięła głęboki oddech, który chwilę później wypuściła.
- U Gerarda.
- Co robiliście? - spytała z poważną miną, patrząc na mnie z góry. A co to ma być za pytanie? Chyba nie myśli, że jej powiem? A biorąc pod uwagę, że zbyt grzecznie nie było, kobieta wkurzyłaby się jeszcze bardziej.
- Nic. - powiedziałem cichym, lecz stanowczym głosem.
- To twój chłopak, na pewno coś z nim robiłeś.
- Czy dzisiaj jest jakieś święto? Pierwszy raz nazwałaś Gerarda moim chłopakiem, a nie jakimś idiotą, pedałem czy innym z podobnych określeń. - moje usta wykrzywił złośliwy uśmieszek. - A tak poza tym to w ogóle cię nie rozumiem. Raz go lubisz, a raz nie. O co ci chodzi, kobieto?! Nie znudziło ci się to jeszcze?
- Nie zmieniaj tematu i odpowiedz! - warknęła się na mnie, zaciskając dłonie w pięści. Nie przestraszył mnie u niej ten gest. Dobrze wiedziałem, że nigdy, cokolwiek bym zrobił, nie odważyłaby się mnie uderzyć.
Wstałem z fotela, o dziwo bez żadnych przeszkód. Kobieta jedynie cofnęła się o mały krok w tył. Skrzyżowałem ręce na piersi i przysunąłem się do niej odrobinę.
- Naprawdę? Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Tak. - odpowiedziała chłodno.
Westchnąłem i odwróciłem wzrok, patrząc w przestrzeń. Uśmiechnąłem się cwaniacko i ponownie spojrzałem na Lindę.
- Więc… Cały wieczór pieprzyłem się z Gerardem, a potem dołączył Mikey i zrobiliśmy trójkąt. Następnie zadzwoniliśmy po kolegów i resztę nocy spędziliśmy na pukaniu się nawzajem. Ah, bo bym zapomniał. Dodatkowo nagraliśmy to wszystko. Może chciałabyś zobaczyć swojego syna w akcji? - widziałem, jak znowu dostaje swojego ataku. Gdyby nie była moją matką, rzuciłaby się na mnie i rozszarpała, zanim zdążyłbym otworzyć usta i zaczął wygadywać te głupoty.
- Zamknij się! I ty masz jeszcze czelność się z tego wszystkiego śmiać?! Nie tak cię wychowałam!
- Oj no, mamo. Przecież żartowałem. - rozplątałem ręce, opuszczając je wzdłuż tułowia i wywróciłem oczami.
- A ja nie. Masz szlaban. Tydzień. Nigdzie nie wyjdziesz.
- Co? Nie możesz! - zacząłem krzyczeć i wymachiwać energicznie rękami, a uśmiech znikł mi z twarzy - Nienawidzę cię!
- No to dwa tygodnie. Podbijasz? - spytała, śmiejąc się ze mnie. Śmiała się, bo “wygrała”, dając mi szlaban. Trochę nieuczciwa walka, bo ja nie miałem takich ułatwień.
- Wcale nie potrzebuję takiej matki jak ty! W ogóle się na nią nie nadajesz! Nienawidzę cię! Słyszysz? Nienawidzę! - wydarłem się jej prosto w twarz i wyszedłem z salonu, zostawiając ją samej sobie.Zdenerwowany to mało powiedziane, byłem wprost wkurwiony. Jak mogła dać mi szlaban na aż tyle czasu?! Ona nie mogła być moją matką. Informacja o tym, że zostałem adoptowany, czy podmieniony teraz by mnie ucieszyła. Dobra, może nie byliśmy do siebie podobni, nie zachowywaliśmy się tak samo i w niczym nie zgadzaliśmy, ale to nadal była kobieta, która mnie wychowała, więc należy jej się szacunek. A najgorsze, że prawdopodobieństwo spokrewnienia z Lindą było dość duże…o wiele za duże. Nie mówię, że źle mi się z nią mieszkało, ale ostatnimi czasy zaczęła naprawdę przeginać. Przecież to był tylko jeden, nic nie znaczący, opuszczony dzień szkole. Stało się coś? Nadrobię to w pięć minut, a ona wyolbrzymia, jakbym nie chodził do tego przeklętego miejsca przynajmniej przez miesiąc. Moja matka tak bardzo chce, żebym zdobył wykształcenie i został jakimś wielkim uczonym, albo żebym chociaż miał dobrą pracę i zarabiał mnóstwo pieniędzy. Ale nie to mi do szczęścia jest potrzebne. Według mnie nie liczy się to, ile masz kasy, tylko jaki jesteś. I nie chodzi tu o wygląd, a o cechy wewnętrzne. Czy ona nigdy tego nie zrozumie? Tłumaczenie tego w kółko przestało być zabawne. Od pewnego czasu nic się dla mnie nie liczyło, prócz Gerarda. Właśnie on dawał mi pełnię szczęścia i miłość, o której każdy mógłby sobie pomarzyć. Nie ma drugiego takiego chłopaka na świecie. Bo istnieje jeden, niepowtarzalny. MÓJ Gee i nigdy, ale to przenigdy z niego nie zrezygnuje dla ukończenia niepotrzebnej szkoły. Linda nigdy nie wiedziała, co to jest miłość. To znaczy myślała, że i ona się kiedyś kończy. Ilu moja matka miała chłopaków, gdy byłem mały? Czterech? Sześciu? I w dodatku każdy zostawiał ją samej sobie po niecałym miesiącu. Prawdę mówiąc, miałem dość “zastępczych tatuśków”, bo nie byli zbyt mili, zwłaszcza dla rozpieszczonego dzieciaka, ale moja mama ich uwielbiała. Pokochała ich tak jak ja Gee, jednak jej radość nie trwała długo. Cierpiała tyle razy, że nie mógłbym zliczyć, a teraz jeszcze ja sprawiam jej problemy… I ZNOWU doszliśmy do wniosku, że wszystko jest moją winą. Nie ma co, to ja jestem tym “złym” z rodziny, co doprowadza do rozpaczy matkę i wszystkich
dookoła.
Przełamałem chęć, żeby rozwalić ulubiony wazon matki i skierowałem się do swojego pokoju. Moje głośne kroki pewnie słychać było na samym dole i dobrze. Mam nadzieję, że choć trochę jej przeszkadzam. Tak, jestem złośliwy, może to odziedziczyłem po Lindzie.
Trzaskając drzwiami, rzuciłem się na łóżko. I co tu robić? O wyjściu mogę sobie pomarzyć, a przecież był dopiero wieczór. Nienawidzę tej kobiety. Ona wie, jak zepsuć człowiekowi humor… A ja nie wiem. Zawsze się starałem zrobić coś, by się wkurzyła, ale prawie ją to nie ruszało. Bez jakiejkolwiek reakcji oglądała swój serial. No! To jest kolejny dowód, że nie jestem jej synem. Kocham Lindę, ale nie idzie z nią wytrzymać godziny w jednym pokoju. Zawsze się do czegoś przyczepi. “Franiu, nie garb się!”, “Franiu, zjedz jeszcze coś, bo jesteś taki chudy.”, “Franiu, źle poskładałeś ubrania!”. Już nie mówiąc jak bardzo wkurza mnie, kiedy mówi do mnie “Franiu”. Tylko i wyłącznie Gerard ma takie pozwolenie! Właśnie…Gee. Nie zobaczę go przez następne dwa tygodnie, oprócz szkoły. Ale to nie to samo… W szkole nie można robić rzeczy, na które mam ochotę.
Przechyliłem głowę na bok i zobaczyłem coś, o czym nawet nie wiedziałem, że marzyłem od chwili, gdy wyszedłem przez okno Gerarda. Telefon! Moja stara komórka, teraz wydawała się największym skarbem. Szybko wybrałem odpowiedni numer i z niecierpliwością czekałem, aż ktoś, a raczej mój misiaczek, odbierze.
- Taaak? - spytał przeciągle.
- Gee! - ucieszyłem się jak małe dziecko. - I jak poszło? - chciałem się komuś wygadać i powiedzieć jaka to moja matka jest okrutna, ale najpierw on.
- Dobrze. Uwierzyła i… - urwał w połowie zdania. Wyobrażałem sobie, jak patrzy w jeden punkt, wahając się mi powiedzieć o co chodzi. No ej, aż tak źle nie mogło być. Chyba, że mi wyskoczy z tekstem typu “Frank, nie chce cię już. Wolę Lindsey.” No, wtedy bym się wkurzył… Wszystko, tylko nie ona. Sam nie wiem, skąd się biorą ludzie, do których od razu czuję nienawiść. Właśnie taka była Lyn-z. Już od pierwszego spotkania nie przypadła mi do gustu, a co dopiero, jak się dowiedziałem, że jest “najlepszą przyjaciółką” Gee. Wtedy ogarnęło mnie cudowna chęć zabicia jej przy najbliższej okazji. A co jak on rzeczywiście jest z Lindsey i chce mi teraz przekazać, że już nie możemy być razem.
- Jak mogłeś?! - krzyknąłem. - Czy ona jest ważniejsza ode mnie?! A jednak… Jest tam z tobą? Dawaj mi ją do telefonu! - wrzeszczałem jak opętany, nie dając dojść Gerardowi do słowa. Dopiero, kiedy złapałem powietrza i mogłem kontynuować, Gee wciął mi się w mój wywód.
- Kto, Frank? Jestem sam. - nie próbował ukryć zmieszania w jego idealnym głosie. Pewnie udawał, że nie wie o co chodzi. Ale ja go przejrzałem i nie mam zamiaru odpuścić.
- Lindsey! - po moim policzku spłynęła pierwsza łza. Tak cholernie mi zależało na czarnowłosym i nie przeżyłbym, gdybym miał go stracić. Przywiązałem się do niego, jak Poison do gwałcenia mojej poduszki.
- O co ci chodzi? Frank! Nie ma ze mną nikogo!!! Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole przez następny tydzień. Matka mi powiedziała, że skoro jestem “chory” to nie mogę wychodzić z domu. Odbiło ci?!
Następne oskarżycielskie słowa uwięzły mi w gardle. Hm… Jego ton był przekonujący, a ja wiem, kiedy Gee kłamie. I cofam to, co wcześniej powiedziałem. Przez nadchodzący, okropny tydzień w ogóle nie zobaczę Gerarda. Czy tylko ja uważam, że to jest niesprawiedliwe?! Zawsze, jak zacznie nam się układać ktoś musi to spieprzyć. W tym wypadku to byłem ja. W sumie nie do końca było to moją winą… W większości? Olać to. Mam zamiar poużalać się trochę nad sobą, a potem pójść spać.
- Przepraszam, Gee. Po prostu jestem wkurzony przez rozmowę z matką. Dała mi szlaban na dwa tygodnie. - skrzywiłem się. - Uroczo. - mruknąłem z niezadowoleniem. Chwila zupełnej ciszy - Dobra, kończę, bo zaraz zabroni mi rozmawiać z tobą. Kocham cię. - rozłączyłem się, zanim zdążył odpowiedzieć. Wpakowałem twarz w poduszkę i zacząłem myśleć. O Gerardzie, jego cudownych i miękkich ustach. O tym, że nie zobaczę go długi, jak dla mnie, czas. Jak tylko osiągnę pełnoletność, to się stąd wyprowadzę. Nie obchodzi mnie gdzie, byle z Gee. Mocniej wtuliłem się w poduszkę, wyobrażając sobie, że to czarnowłosy i zamknąłem powieki. Swoją drogą, muszę przyznać, jestem psychiczny. Po chwili zawładnęło mną błogie uczucie…

~~następnego dnia~~

Dzwonek! Nareszcie! Jako pierwszy zerwałem się z krzesła i wyszedłem z pomieszczenia. Miałem już tego dość. Po co komu wiedzieć, że jakiś koleś o dziwnym nazwisku urodził się tego i tego o godzinie tej i tej? I na co mi się to przyda? Cholernie nudziło mi się bez Gerarda. Nie mogłem z nikim nawet pogadać. W sumie w tej szkole mam tylko jego no i Mikey'a, którego gdzieś wcięło. Tak bardzo chciałem teraz znaleźć się w silnych ramionach Gee i wtulić się w niego jak szczeniak w swoją matkę. Teraz, w tej chwili chcę poczuć cudowny smak ust Gee i poczuć jego zapach przy sobie. Ale nie, muszę siedzieć w tym przeklętym miejscu, bez krzty rozrywki. Nawet telefonu zapomniałem.
Wszyscy inni tylko zerkali na mnie ukradkiem, albo obgadywali, gdy tylko koło nich przeszedłem. Byłem czymś w rodzaju niechcianego intruza na czyimś terenie. Nie mogłem znieść tych spojrzeń, które, jakby mogły, to spaliły żywcem tu, gdzie teraz jestem. Nawet do końca nie rozumiem o co im chodzi… Że jestem inny? A może po prostu wiedzą, że muszą nas nienawidzić i poniżać na każdym kroku. Traktują to raczej jak obowiązek, a nie przyjemność. Mogę nawet powiedzieć, że od dziecka im to wmawiali. Nie wierzę, przecież połowa z nich to nawet fajni ludzie, którzy teraz się zmienili. I coś mi mówi, że niemały w tym udział Jenny, Wow, pomyślałem o niej pierwszy raz od bardzo dawna. Bo gdzie kłopoty, tam zawsze ta dziewczyna. Co jak co, ale z Gerardem czułem się odrobinę bezpieczniej. Wydawało mi się, że mam jakąś pustkę w środku. Coś w stylu brakującego elementu mnie. Ale co się dziwić. Gee był jedna z najważniejszych osób w moim życiu, a teraz nie ma go przy mnie.
Przez cały dzień byłem zdezorientowany i nie kontaktowałem z rzeczywistością. Błądziłem myślami wokół jego osoby, zastanawiając się co robi. Na przykład teraz. Nie potrafiłem o nim zapomnieć choć na chwilę. Muszę sobie gdzieś zapisać, żeby zabić go jak przyjdzie. O odwiedzeniu Gee nie było mowy przez ten pieprzony szlaban. A może by się tak urwać? Tak, to by było bardzo mądre. Wtedy to już matka by mnie za rączkę do szkoły prowadziła i została by tu cały dzień, jakby musiała pilnować swojego niegrzecznego synka. Wykrzywiłem usta w grymasie na tę myśl. Kocham swoją mamę, ale czasem naprawdę przesadza i kłóci się z byle powodu, co mnie okropnie wkurza. Trzeba by zacząć myśleć o przeprowadzce… .
Szedłem szerokim korytarzem na następną lekcję. Torba, przewieszona przez moje ramię, kołysała się w miarę moich kroków. Pod ścianami siedziały grupki dzieciaków, śmiejąc się z głupich filmików z YouTube. Czy mi się wydaję, czy krążę po tej szkole jak matoł od dobrych dziesięciu minut? Niby to chciałem iść pod klasę, a tak na serio, to nie wiem, gdzie ona jest. Przydałby się plan…I mapa. Chociaż dzisiaj, żeby trafić w odpowiednie miejsce potrzebowałbym jasnych,wręcz oślepiających, strzałek narysowanych na podłodze. Jedyną drogą, którą znam na pamięć jest droga do domu Gerarda. No, ale teraz mogę sobie pomarzyć. Jakbym spóźnił się o pięć sekund, wracając ze szkoły, to znowu byłaby awantura i szlaban na miesiąc. Ta, moja matka jest przewrażliwiona i to jest najgorsze. O wszystko się czepia. Nie mogę wychodzić, to gram na kompie, a potem jest, że niszczę sobie kręgosłup, wzrok i bóg wie co jeszcze.
Nagle usłyszałem za sobą stłumiony chichot. Starałem się nie patrzeć w jej stronę, jednak nie wytrzymałem. Jenna spojrzała na mnie spod długich rzęs i wygięła koralowe wargi w uśmiechu. Nie był to uśmiech słodkiej barbie, ani też nastolatki. Wyglądało bardziej jakby coś planowała i to związanego ze mną. Jeśli chodzi o Gerarda, to może sobie pomarzyć. Lyn-z rozerwała by ją na strzępy, jakby się dowiedziała, że ktoś dobierał się do Gee.
Niczym się nie przejmując ruszyłem dalej. Nie no, mówię i mam. Szkoda, że nie działa to tak na mojego chłopaka. Przy rdzawoniebieskich szafkach stała tyłem do mnie czarnowłosa dziewczyna. Z daleka już wiedziałem kto to. I w sumie o nią mi chodziło. Teraz, albo nigdy, Frank.
- Cześć! - na dźwięk mojego głosu podskoczyła, ale nie odpowiedziała. Nadal była odwrócona i nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi, zawzięcie notując coś w zeszycie. - Nie ignoruj mnie.-powiedziałem nieco mocniej.
- Czego? - warknęła. Wcale nie miałem ochoty z nią rozmawiać, ale muszę to zrobić. Dla Gerarda… - Nie mam dla ciebie czasu! - chciała odejść w drugą stronę, ale kawałem jej bluzki zaczepił się o zamek. Lyn-z runęła do tyłu, ale w porę zdążyłem ją podtrzymać. Niestety wszystkie książki, trzymane przez nią, rozsypały się na podłodze. Czarnowłosa, uwalniając się z moich objęć, zaczęła je w pośpiechu zbierać. Jestem zmuszony się z nią zaprzyjaźnić, choćby nie wiem co. Ani trochę mi się to nie podobało. Potrzebuję odgrywać rolę miłego i pomocnego chłopaczka do czasu, aż Gee straci nią zainteresowanie. Coś mi mówi, że albo to będzie niezwykle trudne, albo w ogóle nie wyjdzie. Stawiałem na drugą opcję. Kucnąłem, żeby jej pomóc, ale gdy tylko podniosłem jedną książkę,natychmiast wyrwała mi ja z ręki. Zdezorientowany, zatoczyłem się i musiałem oprzeć się o zimną posadzkę, żeby nie upaść.
- Odwal się. - rzuciła ostro.
- Chciałem porozmawiać. - popatrzyłem na nią oczami kociaka ze Shreka, lecz na osobę bez serca,oczywiście, nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Powiedz słowo, a Lindsey cię zabiję. To powinno być motto każdego ucznia tej szkoły. Najlepiej będzie, jak napiszę to sobie czerwonym kolorem na ścianie w pokoju, żeby nie zapomnieć… Lyn-z nie odezwała się już słowem, a ja nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Oh, Gerardzie! Gdzież jesteś, by uwolnić swoją księżniczkę z tej sytuacji?! Co ja bredzę? Więcej snu, Iero, bo za niedługo będziesz myślał, że jesteś kobietą.
- O co ci chodzi? O Gerarda? Nie mamy o czym mówić. - czyżby już przestała ślinić się na jego widok? Obrażona, że dzisiaj go nie ma? Pewnie znalazła sobie kogoś innego. Gdybym nie znajdował się w pomieszczeniu pełnym ludzi, roześmiałbym się na cały głos.
- Odbiorę ci go, choćby nie wiem co. - moje szczęście prysło, tak szybko, jak się pojawiło. Znieruchomiałem, wgapiając się w nią. Wyglądała na pewną siebie. Gerard nie jest jakąś pieprzoną rzeczą, zabawką, którą można sobie pożyczać i zabierać, jak brat z siostrą.
- Nie waż się tak o nim mówić! - prawie że krzyknąłem. Nie chodziło mnie to, że wszystko wokół nas ucichło i nikt nie odważył się odezwać. Zamachnąłem się i wszystkie, niedawno pozbierane rzeczy, z powrotem upadły na podłogę.
- Zapłacisz mi za to. - odcięła się. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek na lekcje. Doskonale wiedziałem, o co miała na myśli. Nie pozwolę, żeby Gee zadawał się z taką idiotką. Ładna była, ale tu nie o wygląd chodzi, prawda?
Zadowolony odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę klasy.


~~tydzień później~~

Gerard

- No cześć. - przywarłem całym ciałem do pleców Franka, obejmując go w pasie. Na szczęście nie było tu Lyn-z. Tak, ona dalej nic o nas nie wie i nie mam zamiaru jej mówić. Po prostu boje się jej reakcji. Była na ogół bardzo wybuchowa i mogła pomyśleć sobie o mnie nie wiadomo co. A mi zależało na jak najlepszej opinii, zwłaszcza, jeśli o nią chodzi. Nie potrafię przestać myśleć o Lindsey nawet w takiej chwili, gdy przytulam swojego chłopaka. Nie chciałem zepsuć tej chwili, ale nic z tego nie wyszło. Choćbym nie wiem jak się starał ona zajęła stałe miejsce w mojej głowie. Może właśnie przez te wszystkie próby wyrzucenia jej na moment ze swojej pamięci, myślałem o niej jeszcze intensywniej. Spróbowałem cieszyć się czasem spędzonym w towarzystwie chłopaka, przyciągając do siebie jego drobną, ciepłą postać. Było przyjemnie…Nawet bardzo. Już zapomniałem, jak to jest mieć go przy sobie i rozkoszować się zapachem kokosowego szamponu do włosów. Brakowało tylko jednego, a mianowicie jego miękkich, różowych warg na moich. Mmmm… Co ja bym dał, żeby móc go pocałować. Przy odrobinie szczęścia mój plan się powiedzie. Odwróciłem go przodem do siebie i ująłem jego twarz w dłonie, na co lekko się zarumienił. Kochałem, gdy tak robił. Wyglądał wtedy jak przestraszony, niewinny kotek. Powoli zbliżyłem się do mojego misiaczka, by zaraz potem złożyć delikatny pocałunek na jego wspaniałych wargach.
- Gee, nie tutaj. - odepchnął mnie, ale nigdzie nie poszedł. Nadal stał wtulony we mnie, a mi to jak najbardziej odpowiadało. Wplątałem palce w jego śliczne, długie włosy i wymruczałem mu do ucha.
- A co powiesz na lunch? Ty, ja… - uśmiechnął się i nie próbował tego przede mnę ukryć. - …i Lindsey. - dokończyłem, a wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił. Wahał się, co do wyboru, ale w końcu przytaknął nieśmiało głową. Wiedziałem, że robi to tylko i wyłącznie dla mnie. Chciał spędzić ze mną więcej czasu, którego ostatnio nie mam dla niego za wiele. Postaram się to zmienić, a ten lunch to dobra okazja, mimo, iż trwa niecałe dwadzieścia minut. Nie potrafię pogodzić czasu, jaki spędzam z Lyn-z, a jaki z rodziną i przyjaciółmi. Co ja gadam? Teraz w ogóle nie przebywam z nikim, oprócz czarnowłosej. Przy niej cały dzień wydaje się być krótką godziną… Dobra, Gee, skończ o niej myśleć chociaż na pięć sekund…
Wziąłem Franka pod ramię i poprowadziłem korytarzem, uśmiechając się do niego i sprawdzając, czy mi przypadkiem nie uciekł.
Ostatnimi czasy miałem wrażenie, że trochę olewam Franka, mimo wspaniałej randki. Ale nadal nie poświęcam mu tyle uwagi, ile bym chciał. Wszystko kręci się wokół jednej osoby… Mikey też zauważył, że prawie całymi dniami nie ma mnie w domu.
Odkąd poznałem Lyn-z Frank nie odzywa się do mnie tak często. Nie spotykamy się już po lekcjach. W sumie widzę go tylko na przerwach i lunchu. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Na stołówkę zawsze przychodziłem z Lyn. Przeważnie jadaliśmy w trójkę. Wtedy Frankie nawet na nas nie spojrzał. “NAS”?! Gerard, ogarnij się. Przecież nic cię nie łączy z Linsdey. To tylko przyjaciółka. Mogłem sobie tak powtarzać, ale nie wiem, kogo chciałem oszukać. Przez te kilka tygodni utworzyła się między nami taka więź. Nawzajem się świetnie rozumieliśmy. Była moim damskim odpowiednikiem. Właśnie z nią spędzałem większość mojego czasu. Razem się uczyliśmy, wygłupialiśmy i wychodziliśmy na miasto. Tak po prostu, pospacerować. Tylko, że te nasze spacerki trwały po trzy-cztery godziny. Lubiłem spędzać czas z tą dziewczyną.Ale to nie prawda, że Frank mnie już nie obchodzi! Byłem u niego ostatnio… Kiedy? No tak, dwa tygodnie temu. Wcale nie tak dawno. Dobra, może trochę go zaniedbuje, ale obiecuję, że dzisiaj postaram się z nim spędzić trochę czasu. Pogramy w jakieś gry, albo obejrzymy film, tylko błagam… Ja nie chcę do kina! Po ostatnim razie mam dość wszystkich ludzi i kolejek, w jakich musieliśmy czekać. Ale najważniejsze, że Frano się podobało. Sam się cieszyłem, widząc jego uśmiech. Ten dobry nastrój był zaraźliwy, zły z resztą też.
Teraz siedziałem sobie na niebieskim, metalowym krześle w dusznym pomieszczeniu Frank, jak zwykle był wciśnięty w sam kąt. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Kompletnie nic. I to mnie najbardziej martwiło. To już nie jest mój misiaczek. Zmienił się.. i to jak! Zacytuję powiedzenie baby z anglika “Frank, ja cię nie poznaję!” Taa, to jej ulubiony tekst. Rzeczywiście. Chłopak nie był taki otwarty, ani uśmiechnięty jak kiedyś.Roześmiane oczy były teraz przygaszone. Wcześniej starał ubrać przynajmniej jakąś kolorową rzecz, a teraz… cały na czarno. Byłem pewny, że jego wygląd odzwierciedla to co siedzi głęboko w nim.
- Frankie? - spytałem cicho. W odpowiedzi dostałem krótkie “co”. - Może wpadłbyś do mnie dzisiaj? - nie wiedziałem, czego się spodziewać. Czy odmówi, czy nie. Myślałem jednak nad pierwszą “teorią”. No trudno, żeby chciał się ze mną spotkać po tych wszystkich dniach, przez które go olewałem.
Na twrazy bruneta zagościł uśmiech. Od niepamiętnego czasu, znowu mogłem oglądać jego rozpromienioną, dziecięcą twarz. Kochałem go takiego…. szczęśliwego. Uroczy był. Miałem ochotę pocałować go tu i teraz i pewnie zrobiłbym to, gdyby nie Lyn-z. Szła spokojnie do naszego stolika. Dobra, dzisiaj powiem Frankowi, ile dla mnie znaczy i że ONA nic nie zmienia. Ale czy to do końca prawda? Sam już się gubię w swoich uczuciach… Nie chce stracić ani jednego, ani drugiego.
Wlepiałem wzrok w blat stołu, gdy nagle usłyszałem soczyste przekleństwo z ust mojego chłopaka. Właśnie. “Mojego chłopaka”… Mimo tego wszystkiego nie zerwał ze mną ani ja z nim. W sumie to czułem ulgę, wiedząc, że Frank chce mnie w ogóle jeszcze widywać. Sam na pewno nie zerwałbym z nim kontaktu. Za wiele dla mnie znaczy…
- Ja pierdole! Uważaj jak chodzisz! - wykrzykiwał brunet. Jego koszulka była przesiąknięta jakimś płynem. Nad nim stała Lindsey, trzymając w ręce kartonik po pustym soku pomarańczowym. Zobaczyłem lekki uśmieszek na jej twarzy. Zrobiła to celowo-bardziej stwierdziłem, niż pomyślałem. Dlaczego nie zareagowałem? Powinienem…
- To ty mi podłożyłeś nogę, debilu i nie zwalaj na mnie! - odcięła się, po czym usiadła obok mnie i musnęła lekko moje usta. Jak wmurowany patrzyłem na Franka. Radość w jego czekoladowych tęczówkach wyparowała w jednej chwili. To cię wydarzyło potem działo się w tak krótkim czasie. Wydawałoby się, że to wieczność, a to było tylko kilka sekund. Brunet wziął swoje rzeczy i przewracając krzesło dosłownie wybiegł ze stołówki. Kątem oka mogłem jeszcze dostrzec łzy w jego oczach.
Ale ja nawet nie odwzajemniłem tego pocałunku! Ale nawet go nie przerwałem. Nie powiedziałem ani słowa. Po prostu się gapiłem jak debil. Muszę za nim pójść.
Zerwałem się z krzesła i o mało nie wywaliłem. Ktoś mocno trzymał mój rękaw.
- Nie zostawiaj mnie. - usłyszałem głos, z który mógłbym zabić. Jak potulny piesek wróciłem na miejsce, Nie wiem czemu, ale nie mogłem jej się postawić. Jednak moje myśli były cały czas skupione na Franku. Znowu przeze mnie uciekł… Chciałem za nim pobiec, ale teraz to już raczej niemożliwe. Nie wiedziałem, gdzie teraz jest, ani czy w ogóle jest jeszcze w szkole.

Frank

Nie wierzę, no po prostu nie wierzę. Miałem rację, już nic dla niego nie znaczę. Teraz liczy się tylko ta suka, która nim manipuluje jak jakąś lalką. Dlaczego on jej nie powie, że ma już kogoś? Wtedy by się może od niego odwaliła. Ale nie! Trzeba się z tym kryć, chociaż i tak cała pieprzona szkoła o tym wie.
Gdy zobaczyłem, jak Lyn-z całuje Gerarda coś we mnie pękło. Najgorsze było to, że on temu nie zapobiegał, nie odepchnął jej, najzwyczajniej w świecie jej na to pozwalał.
Pozbierałem szybko swoje rzeczy i wybiegłem z pomieszczenia, nie zwracając uwagi na to, że przewróciłem przy tym krzesło. Od razu skierowałem się do toalety, do której wleciałem z hukiem. Na szczęście pomieszczenie było puste. Podszedłem do umywalki, jednocześnie rzucając obok niej swoją czarną torbę na jedno ramię. Oparłem dłonie na jej krawędziach i spojrzałem w lustro. Wyglądałem makabrycznie. Po policzkach spływały mi czarne łzy, spowodowane rozmazaną kredką do oczu. Powieki miałem całe spuchnięte. Nie mam nawet pojęcia, kiedy zacząłem płakać. Robiłem to ostatnio tak często, że najwyraźniej przestałem to odczuwać.
Odkręciłem lekko kurek, a z kranu poleciała zimna woda. Podłożyłem dłonie pod strumień lodowatej cieczy i przetarłem nimi twarz. Ponownie podniosłem wzrok, żeby obejrzeć swoje odbicie. Zamarłem w bezruchu. W gładkiej tafli lustra ujrzałem za sobą kilku chłopaków, a dokładniej “kumpli” Jenny. Nie wróżyło to nic dobrego.

0 komentarze:

Prześlij komentarz