Frank
W
końcu wróciłem do domu. Szybko wszedłem do środka, używając przy tym
kluczy. Zrzuciłem trampki i skierowałem się do swojego pokoju. Całą
drogę powrotną rozmyślałem o Gee. Ciekawe co teraz robił. Jeśli jego
matka się nabrała, to na pewno leżał wygodnie w swoim łóżku, nie
przejmując się niczym i nikim. A jeśli się nie nabrała, to prawi
Gerardowi swoje godzinne kazania i wrzeszczy na niego, jaki on to jest
nie odpowiedzialny i że to ja mam na niego zły wpływ. A ja przecież
grzeczny jestem… Prawie zawsze… Bardzo często. Nie licząc dzisiejszego
poranka, wczorajszego wieczora i nocy również… Do tego dnia, w którym
Gee do mnie przyszedł, a ja zrobiłem mu “coś niedobrego”. I można do tej
listy dodać również te chwile, kiedy to czarnowłosy śpiewał mi pod
oknem w ramach przeprosin, a zaledwie godzinę później jako podziękowanie
i wybaczenie gwałciłem go w swoim pokoju przez całą noc. Oh Franklinie,
jakie z ciebie zboczone i niewyżyte zwierzę. Powinni cię zamknąć z w
klatce, żebyś nie zagrażał niewinnemu społeczeństwu. Oczywiście razem z
Gerardem, żebyś miał się z kim bawić…
Przechodząc przez salon cicho
się zaśmiałem przez swoje myśli. Zauważyłem, że na kanapie siedzi moja
matka. Intensywnie wpatrywała się w ekran telewizora, oglądając swój
ulubiony serial. Zdawała się całkowicie mnie ignorować. Czyżby była
obrażona, że nie wróciłem na noc? Fakt, mogłem chociaż zadzwonić. Ale
przecież już nie raz tak robiłem, ba, czasem uciekałem z domu i nie
wracałem przez tydzień. Powinna była się już przyzwyczaić.
- Frank?
Czy mógłbyś tu podejść? Musimy poważnie porozmawiać - powiedziała
przerażająco poważnym tonem, nie odwracając wzroku od ekranu. Ściślej
mówiąc, nawet się nie poruszyła. No tak, teraz zacznie się seria głupich
pytań, i jeszcze głupszych odpowiedzi.
Przystanąłem, będąc już na
pierwszym schodku, dłońmi kurczowo trzymając się poręczy. Przez dłuższą
chwilę nie ruszałem się z miejsca, przypatrując się jej uważnie. Jej
mina nie wróżyła nic dobrego. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę
kobiety. Gdy przed nią stanąłem ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie.
Czyżby strach? Nie, bardziej zakłopotanie, ponieważ moja matka nadal
siedziała nieruchomo i nie raczyła się odezwać.
- Usiądź proszę. - palcem wskazała fotel obity czarną materiałem, znajdujący się tuż przy kanapie, na której siedziała.
Posłusznie wykonałem polecenie.
-
Jak tam w szkole? - spytała, siląc się na beztroski ton. Nie bardzo jej
się to udało. Dodatkowo zdradzały ją ręce mocno splątane na brzuchu.
Dłonie zaciskała tak mocno, że aż pobielały jej palce. Dobrze
wiedziałem, że ledwo powstrzymywała chęć przywalenia komuś. A tym kimś
miałem być ja.
- Dobrze… a czemu pytasz?
- Dzwoniła twoja nauczycielka. Bardzo cię chwaliła. - na jej twarzy pojawił się lekki uśmieszek, jak przypuszczałem, fałszywy.
-
Tak? A za co? - zmarszczyłem brwi, a na moim czole pojawiły się
maleńkie zmarszczki. Linda całkowicie zbiła mnie z tropu. Czyżby nie
chodziło jej o to, że nocowałem u Gee?
- Za to, że masz same jedynki!
- wykrzyczała, nie umiejąc, i nawet nie próbując już hamować swojego
gniewu. Gwałtownie podniosła się z kanapy i szybko stanęła przede mną.
Zaczęła wymachiwać wskazującym palcem przed moją twarzą, jakbym był
jakimś małym dzieciakiem. - Do tego opuszczasz lekcje, kiedy tylko sobie
chcesz! Co ty sobie wyobrażasz?! Taki wielki dorosły z ciebie?!
-
Uspokój się, nie popełniłem żadnego przestępstwa, nie wiem po co tyle
hałasu. - próbowałem wstać, ale kobieta powstrzymała mnie, łapiąc mocno
za ramię i popychając z powrotem. Siedziałem z rękami na oparciach
fotela, mierząc ją wściekłym wzrokiem.
- Gdzie byłeś przez całą noc?
Mogłeś chociaż zadzwonić. - powiedziała już nieco spokojniej. Położyła
dłonie na biodrach i wzięła głęboki oddech, który chwilę później
wypuściła.
- U Gerarda.
- Co robiliście? - spytała z poważną miną,
patrząc na mnie z góry. A co to ma być za pytanie? Chyba nie myśli, że
jej powiem? A biorąc pod uwagę, że zbyt grzecznie nie było, kobieta
wkurzyłaby się jeszcze bardziej.
- Nic. - powiedziałem cichym, lecz stanowczym głosem.
- To twój chłopak, na pewno coś z nim robiłeś.
-
Czy dzisiaj jest jakieś święto? Pierwszy raz nazwałaś Gerarda moim
chłopakiem, a nie jakimś idiotą, pedałem czy innym z podobnych określeń.
- moje usta wykrzywił złośliwy uśmieszek. - A tak poza tym to w ogóle
cię nie rozumiem. Raz go lubisz, a raz nie. O co ci chodzi, kobieto?!
Nie znudziło ci się to jeszcze?
- Nie zmieniaj tematu i odpowiedz! -
warknęła się na mnie, zaciskając dłonie w pięści. Nie przestraszył mnie u
niej ten gest. Dobrze wiedziałem, że nigdy, cokolwiek bym zrobił, nie
odważyłaby się mnie uderzyć.
Wstałem z fotela, o dziwo bez żadnych
przeszkód. Kobieta jedynie cofnęła się o mały krok w tył. Skrzyżowałem
ręce na piersi i przysunąłem się do niej odrobinę.
- Naprawdę? Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Tak. - odpowiedziała chłodno.
Westchnąłem i odwróciłem wzrok, patrząc w przestrzeń. Uśmiechnąłem się cwaniacko i ponownie spojrzałem na Lindę.
-
Więc… Cały wieczór pieprzyłem się z Gerardem, a potem dołączył Mikey i
zrobiliśmy trójkąt. Następnie zadzwoniliśmy po kolegów i resztę nocy
spędziliśmy na pukaniu się nawzajem. Ah, bo bym zapomniał. Dodatkowo
nagraliśmy to wszystko. Może chciałabyś zobaczyć swojego syna w akcji? -
widziałem, jak znowu dostaje swojego ataku. Gdyby nie była moją matką,
rzuciłaby się na mnie i rozszarpała, zanim zdążyłbym otworzyć usta i
zaczął wygadywać te głupoty.
- Zamknij się! I ty masz jeszcze czelność się z tego wszystkiego śmiać?! Nie tak cię wychowałam!
- Oj no, mamo. Przecież żartowałem. - rozplątałem ręce, opuszczając je wzdłuż tułowia i wywróciłem oczami.
- A ja nie. Masz szlaban. Tydzień. Nigdzie nie wyjdziesz.
- Co? Nie możesz! - zacząłem krzyczeć i wymachiwać energicznie rękami, a uśmiech znikł mi z twarzy - Nienawidzę cię!
-
No to dwa tygodnie. Podbijasz? - spytała, śmiejąc się ze mnie. Śmiała
się, bo “wygrała”, dając mi szlaban. Trochę nieuczciwa walka, bo ja nie
miałem takich ułatwień.
- Wcale nie potrzebuję takiej matki jak ty! W
ogóle się na nią nie nadajesz! Nienawidzę cię! Słyszysz? Nienawidzę! -
wydarłem się jej prosto w twarz i wyszedłem z salonu, zostawiając ją
samej sobie.Zdenerwowany to mało powiedziane, byłem wprost wkurwiony.
Jak mogła dać mi szlaban na aż tyle czasu?! Ona nie mogła być moją
matką. Informacja o tym, że zostałem adoptowany, czy podmieniony teraz
by mnie ucieszyła. Dobra, może nie byliśmy do siebie podobni, nie
zachowywaliśmy się tak samo i w niczym nie zgadzaliśmy, ale to nadal
była kobieta, która mnie wychowała, więc należy jej się szacunek. A
najgorsze, że prawdopodobieństwo spokrewnienia z Lindą było dość duże…o
wiele za duże. Nie mówię, że źle mi się z nią mieszkało, ale ostatnimi
czasy zaczęła naprawdę przeginać. Przecież to był tylko jeden, nic nie
znaczący, opuszczony dzień szkole. Stało się coś? Nadrobię to w pięć
minut, a ona wyolbrzymia, jakbym nie chodził do tego przeklętego miejsca
przynajmniej przez miesiąc. Moja matka tak bardzo chce, żebym zdobył
wykształcenie i został jakimś wielkim uczonym, albo żebym chociaż miał
dobrą pracę i zarabiał mnóstwo pieniędzy. Ale nie to mi do szczęścia
jest potrzebne. Według mnie nie liczy się to, ile masz kasy, tylko jaki
jesteś. I nie chodzi tu o wygląd, a o cechy wewnętrzne. Czy ona nigdy
tego nie zrozumie? Tłumaczenie tego w kółko przestało być zabawne. Od
pewnego czasu nic się dla mnie nie liczyło, prócz Gerarda. Właśnie on
dawał mi pełnię szczęścia i miłość, o której każdy mógłby sobie
pomarzyć. Nie ma drugiego takiego chłopaka na świecie. Bo istnieje
jeden, niepowtarzalny. MÓJ Gee i nigdy, ale to przenigdy z niego nie
zrezygnuje dla ukończenia niepotrzebnej szkoły. Linda nigdy nie
wiedziała, co to jest miłość. To znaczy myślała, że i ona się kiedyś
kończy. Ilu moja matka miała chłopaków, gdy byłem mały? Czterech?
Sześciu? I w dodatku każdy zostawiał ją samej sobie po niecałym
miesiącu. Prawdę mówiąc, miałem dość “zastępczych tatuśków”, bo nie byli
zbyt mili, zwłaszcza dla rozpieszczonego dzieciaka, ale moja mama ich
uwielbiała. Pokochała ich tak jak ja Gee, jednak jej radość nie trwała
długo. Cierpiała tyle razy, że nie mógłbym zliczyć, a teraz jeszcze ja
sprawiam jej problemy… I ZNOWU doszliśmy do wniosku, że wszystko jest
moją winą. Nie ma co, to ja jestem tym “złym” z rodziny, co doprowadza
do rozpaczy matkę i wszystkich
dookoła.
Przełamałem chęć, żeby
rozwalić ulubiony wazon matki i skierowałem się do swojego pokoju. Moje
głośne kroki pewnie słychać było na samym dole i dobrze. Mam nadzieję,
że choć trochę jej przeszkadzam. Tak, jestem złośliwy, może to
odziedziczyłem po Lindzie.
Trzaskając drzwiami, rzuciłem się na
łóżko. I co tu robić? O wyjściu mogę sobie pomarzyć, a przecież był
dopiero wieczór. Nienawidzę tej kobiety. Ona wie, jak zepsuć człowiekowi
humor… A ja nie wiem. Zawsze się starałem zrobić coś, by się wkurzyła,
ale prawie ją to nie ruszało. Bez jakiejkolwiek reakcji oglądała swój
serial. No! To jest kolejny dowód, że nie jestem jej synem. Kocham
Lindę, ale nie idzie z nią wytrzymać godziny w jednym pokoju. Zawsze się
do czegoś przyczepi. “Franiu, nie garb się!”, “Franiu, zjedz jeszcze
coś, bo jesteś taki chudy.”, “Franiu, źle poskładałeś ubrania!”. Już nie
mówiąc jak bardzo wkurza mnie, kiedy mówi do mnie “Franiu”. Tylko i
wyłącznie Gerard ma takie pozwolenie! Właśnie…Gee. Nie zobaczę go przez
następne dwa tygodnie, oprócz szkoły. Ale to nie to samo… W szkole nie
można robić rzeczy, na które mam ochotę.
Przechyliłem głowę na bok i
zobaczyłem coś, o czym nawet nie wiedziałem, że marzyłem od chwili, gdy
wyszedłem przez okno Gerarda. Telefon! Moja stara komórka, teraz
wydawała się największym skarbem. Szybko wybrałem odpowiedni numer i z
niecierpliwością czekałem, aż ktoś, a raczej mój misiaczek, odbierze.
- Taaak? - spytał przeciągle.
-
Gee! - ucieszyłem się jak małe dziecko. - I jak poszło? - chciałem się
komuś wygadać i powiedzieć jaka to moja matka jest okrutna, ale najpierw
on.
- Dobrze. Uwierzyła i… - urwał w połowie zdania. Wyobrażałem
sobie, jak patrzy w jeden punkt, wahając się mi powiedzieć o co chodzi.
No ej, aż tak źle nie mogło być. Chyba, że mi wyskoczy z tekstem typu
“Frank, nie chce cię już. Wolę Lindsey.” No, wtedy bym się wkurzył…
Wszystko, tylko nie ona. Sam nie wiem, skąd się biorą ludzie, do których
od razu czuję nienawiść. Właśnie taka była Lyn-z. Już od pierwszego
spotkania nie przypadła mi do gustu, a co dopiero, jak się dowiedziałem,
że jest “najlepszą przyjaciółką” Gee. Wtedy ogarnęło mnie cudowna chęć
zabicia jej przy najbliższej okazji. A co jak on rzeczywiście jest z
Lindsey i chce mi teraz przekazać, że już nie możemy być razem.
- Jak
mogłeś?! - krzyknąłem. - Czy ona jest ważniejsza ode mnie?! A jednak…
Jest tam z tobą? Dawaj mi ją do telefonu! - wrzeszczałem jak opętany,
nie dając dojść Gerardowi do słowa. Dopiero, kiedy złapałem powietrza i
mogłem kontynuować, Gee wciął mi się w mój wywód.
- Kto, Frank?
Jestem sam. - nie próbował ukryć zmieszania w jego idealnym głosie.
Pewnie udawał, że nie wie o co chodzi. Ale ja go przejrzałem i nie mam
zamiaru odpuścić.
- Lindsey! - po moim policzku spłynęła pierwsza
łza. Tak cholernie mi zależało na czarnowłosym i nie przeżyłbym, gdybym
miał go stracić. Przywiązałem się do niego, jak Poison do gwałcenia
mojej poduszki.
- O co ci chodzi? Frank! Nie ma ze mną nikogo!!!
Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole przez następny
tydzień. Matka mi powiedziała, że skoro jestem “chory” to nie mogę
wychodzić z domu. Odbiło ci?!
Następne oskarżycielskie słowa uwięzły
mi w gardle. Hm… Jego ton był przekonujący, a ja wiem, kiedy Gee kłamie.
I cofam to, co wcześniej powiedziałem. Przez nadchodzący, okropny
tydzień w ogóle nie zobaczę Gerarda. Czy tylko ja uważam, że to jest
niesprawiedliwe?! Zawsze, jak zacznie nam się układać ktoś musi to
spieprzyć. W tym wypadku to byłem ja. W sumie nie do końca było to moją
winą… W większości? Olać to. Mam zamiar poużalać się trochę nad sobą, a
potem pójść spać.
- Przepraszam, Gee. Po prostu jestem wkurzony przez
rozmowę z matką. Dała mi szlaban na dwa tygodnie. - skrzywiłem się. -
Uroczo. - mruknąłem z niezadowoleniem. Chwila zupełnej ciszy - Dobra,
kończę, bo zaraz zabroni mi rozmawiać z tobą. Kocham cię. - rozłączyłem
się, zanim zdążył odpowiedzieć. Wpakowałem twarz w poduszkę i zacząłem
myśleć. O Gerardzie, jego cudownych i miękkich ustach. O tym, że nie
zobaczę go długi, jak dla mnie, czas. Jak tylko osiągnę pełnoletność, to
się stąd wyprowadzę. Nie obchodzi mnie gdzie, byle z Gee. Mocniej
wtuliłem się w poduszkę, wyobrażając sobie, że to czarnowłosy i
zamknąłem powieki. Swoją drogą, muszę przyznać, jestem psychiczny. Po
chwili zawładnęło mną błogie uczucie…
~~następnego dnia~~
Dzwonek!
Nareszcie! Jako pierwszy zerwałem się z krzesła i wyszedłem z
pomieszczenia. Miałem już tego dość. Po co komu wiedzieć, że jakiś koleś
o dziwnym nazwisku urodził się tego i tego o godzinie tej i tej? I na
co mi się to przyda? Cholernie nudziło mi się bez Gerarda. Nie mogłem z
nikim nawet pogadać. W sumie w tej szkole mam tylko jego no i Mikey'a,
którego gdzieś wcięło. Tak bardzo chciałem teraz znaleźć się w silnych
ramionach Gee i wtulić się w niego jak szczeniak w swoją matkę. Teraz, w
tej chwili chcę poczuć cudowny smak ust Gee i poczuć jego zapach przy
sobie. Ale nie, muszę siedzieć w tym przeklętym miejscu, bez krzty
rozrywki. Nawet telefonu zapomniałem.
Wszyscy inni tylko zerkali na
mnie ukradkiem, albo obgadywali, gdy tylko koło nich przeszedłem. Byłem
czymś w rodzaju niechcianego intruza na czyimś terenie. Nie mogłem
znieść tych spojrzeń, które, jakby mogły, to spaliły żywcem tu, gdzie
teraz jestem. Nawet do końca nie rozumiem o co im chodzi… Że jestem
inny? A może po prostu wiedzą, że muszą nas nienawidzić i poniżać na
każdym kroku. Traktują to raczej jak obowiązek, a nie przyjemność. Mogę
nawet powiedzieć, że od dziecka im to wmawiali. Nie wierzę, przecież
połowa z nich to nawet fajni ludzie, którzy teraz się zmienili. I coś mi
mówi, że niemały w tym udział Jenny, Wow, pomyślałem o niej pierwszy
raz od bardzo dawna. Bo gdzie kłopoty, tam zawsze ta dziewczyna. Co jak
co, ale z Gerardem czułem się odrobinę bezpieczniej. Wydawało mi się, że
mam jakąś pustkę w środku. Coś w stylu brakującego elementu mnie. Ale
co się dziwić. Gee był jedna z najważniejszych osób w moim życiu, a
teraz nie ma go przy mnie.
Przez cały dzień byłem zdezorientowany i
nie kontaktowałem z rzeczywistością. Błądziłem myślami wokół jego osoby,
zastanawiając się co robi. Na przykład teraz. Nie potrafiłem o nim
zapomnieć choć na chwilę. Muszę sobie gdzieś zapisać, żeby zabić go jak
przyjdzie. O odwiedzeniu Gee nie było mowy przez ten pieprzony szlaban. A
może by się tak urwać? Tak, to by było bardzo mądre. Wtedy to już matka
by mnie za rączkę do szkoły prowadziła i została by tu cały dzień,
jakby musiała pilnować swojego niegrzecznego synka. Wykrzywiłem usta w
grymasie na tę myśl. Kocham swoją mamę, ale czasem naprawdę przesadza i
kłóci się z byle powodu, co mnie okropnie wkurza. Trzeba by zacząć
myśleć o przeprowadzce… .
Szedłem szerokim korytarzem na następną
lekcję. Torba, przewieszona przez moje ramię, kołysała się w miarę moich
kroków. Pod ścianami siedziały grupki dzieciaków, śmiejąc się z głupich
filmików z YouTube. Czy mi się wydaję, czy krążę po tej szkole jak
matoł od dobrych dziesięciu minut? Niby to chciałem iść pod klasę, a tak
na serio, to nie wiem, gdzie ona jest. Przydałby się plan…I mapa.
Chociaż dzisiaj, żeby trafić w odpowiednie miejsce potrzebowałbym
jasnych,wręcz oślepiających, strzałek narysowanych na podłodze. Jedyną
drogą, którą znam na pamięć jest droga do domu Gerarda. No, ale teraz
mogę sobie pomarzyć. Jakbym spóźnił się o pięć sekund, wracając ze
szkoły, to znowu byłaby awantura i szlaban na miesiąc. Ta, moja matka
jest przewrażliwiona i to jest najgorsze. O wszystko się czepia. Nie
mogę wychodzić, to gram na kompie, a potem jest, że niszczę sobie
kręgosłup, wzrok i bóg wie co jeszcze.
Nagle usłyszałem za sobą
stłumiony chichot. Starałem się nie patrzeć w jej stronę, jednak nie
wytrzymałem. Jenna spojrzała na mnie spod długich rzęs i wygięła
koralowe wargi w uśmiechu. Nie był to uśmiech słodkiej barbie, ani też
nastolatki. Wyglądało bardziej jakby coś planowała i to związanego ze
mną. Jeśli chodzi o Gerarda, to może sobie pomarzyć. Lyn-z rozerwała by
ją na strzępy, jakby się dowiedziała, że ktoś dobierał się do Gee.
Niczym
się nie przejmując ruszyłem dalej. Nie no, mówię i mam. Szkoda, że nie
działa to tak na mojego chłopaka. Przy rdzawoniebieskich szafkach stała
tyłem do mnie czarnowłosa dziewczyna. Z daleka już wiedziałem kto to. I w
sumie o nią mi chodziło. Teraz, albo nigdy, Frank.
- Cześć! - na
dźwięk mojego głosu podskoczyła, ale nie odpowiedziała. Nadal była
odwrócona i nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi, zawzięcie notując
coś w zeszycie. - Nie ignoruj mnie.-powiedziałem nieco mocniej.
-
Czego? - warknęła. Wcale nie miałem ochoty z nią rozmawiać, ale muszę to
zrobić. Dla Gerarda… - Nie mam dla ciebie czasu! - chciała odejść w
drugą stronę, ale kawałem jej bluzki zaczepił się o zamek. Lyn-z runęła
do tyłu, ale w porę zdążyłem ją podtrzymać. Niestety wszystkie książki,
trzymane przez nią, rozsypały się na podłodze. Czarnowłosa, uwalniając
się z moich objęć, zaczęła je w pośpiechu zbierać. Jestem zmuszony się z
nią zaprzyjaźnić, choćby nie wiem co. Ani trochę mi się to nie
podobało. Potrzebuję odgrywać rolę miłego i pomocnego chłopaczka do
czasu, aż Gee straci nią zainteresowanie. Coś mi mówi, że albo to będzie
niezwykle trudne, albo w ogóle nie wyjdzie. Stawiałem na drugą opcję.
Kucnąłem, żeby jej pomóc, ale gdy tylko podniosłem jedną
książkę,natychmiast wyrwała mi ja z ręki. Zdezorientowany, zatoczyłem
się i musiałem oprzeć się o zimną posadzkę, żeby nie upaść.
- Odwal się. - rzuciła ostro.
-
Chciałem porozmawiać. - popatrzyłem na nią oczami kociaka ze Shreka,
lecz na osobę bez serca,oczywiście, nie zrobiło najmniejszego wrażenia.
Powiedz słowo, a Lindsey cię zabiję. To powinno być motto każdego ucznia
tej szkoły. Najlepiej będzie, jak napiszę to sobie czerwonym kolorem na
ścianie w pokoju, żeby nie zapomnieć… Lyn-z nie odezwała się już
słowem, a ja nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Oh, Gerardzie!
Gdzież jesteś, by uwolnić swoją księżniczkę z tej sytuacji?! Co ja
bredzę? Więcej snu, Iero, bo za niedługo będziesz myślał, że jesteś
kobietą.
- O co ci chodzi? O Gerarda? Nie mamy o czym mówić. - czyżby
już przestała ślinić się na jego widok? Obrażona, że dzisiaj go nie ma?
Pewnie znalazła sobie kogoś innego. Gdybym nie znajdował się w
pomieszczeniu pełnym ludzi, roześmiałbym się na cały głos.
- Odbiorę
ci go, choćby nie wiem co. - moje szczęście prysło, tak szybko, jak się
pojawiło. Znieruchomiałem, wgapiając się w nią. Wyglądała na pewną
siebie. Gerard nie jest jakąś pieprzoną rzeczą, zabawką, którą można
sobie pożyczać i zabierać, jak brat z siostrą.
- Nie waż się tak o
nim mówić! - prawie że krzyknąłem. Nie chodziło mnie to, że wszystko
wokół nas ucichło i nikt nie odważył się odezwać. Zamachnąłem się i
wszystkie, niedawno pozbierane rzeczy, z powrotem upadły na podłogę.
-
Zapłacisz mi za to. - odcięła się. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek
na lekcje. Doskonale wiedziałem, o co miała na myśli. Nie pozwolę, żeby
Gee zadawał się z taką idiotką. Ładna była, ale tu nie o wygląd chodzi,
prawda?
Zadowolony odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę klasy.
~~tydzień później~~
Gerard
-
No cześć. - przywarłem całym ciałem do pleców Franka, obejmując go w
pasie. Na szczęście nie było tu Lyn-z. Tak, ona dalej nic o nas nie wie i
nie mam zamiaru jej mówić. Po prostu boje się jej reakcji. Była na ogół
bardzo wybuchowa i mogła pomyśleć sobie o mnie nie wiadomo co. A mi
zależało na jak najlepszej opinii, zwłaszcza, jeśli o nią chodzi. Nie
potrafię przestać myśleć o Lindsey nawet w takiej chwili, gdy przytulam
swojego chłopaka. Nie chciałem zepsuć tej chwili, ale nic z tego nie
wyszło. Choćbym nie wiem jak się starał ona zajęła stałe miejsce w mojej
głowie. Może właśnie przez te wszystkie próby wyrzucenia jej na moment
ze swojej pamięci, myślałem o niej jeszcze intensywniej. Spróbowałem
cieszyć się czasem spędzonym w towarzystwie chłopaka, przyciągając do
siebie jego drobną, ciepłą postać. Było przyjemnie…Nawet bardzo. Już
zapomniałem, jak to jest mieć go przy sobie i rozkoszować się zapachem
kokosowego szamponu do włosów. Brakowało tylko jednego, a mianowicie
jego miękkich, różowych warg na moich. Mmmm… Co ja bym dał, żeby móc go
pocałować. Przy odrobinie szczęścia mój plan się powiedzie. Odwróciłem
go przodem do siebie i ująłem jego twarz w dłonie, na co lekko się
zarumienił. Kochałem, gdy tak robił. Wyglądał wtedy jak przestraszony,
niewinny kotek. Powoli zbliżyłem się do mojego misiaczka, by zaraz potem
złożyć delikatny pocałunek na jego wspaniałych wargach.
- Gee, nie
tutaj. - odepchnął mnie, ale nigdzie nie poszedł. Nadal stał wtulony we
mnie, a mi to jak najbardziej odpowiadało. Wplątałem palce w jego
śliczne, długie włosy i wymruczałem mu do ucha.
- A co powiesz na
lunch? Ty, ja… - uśmiechnął się i nie próbował tego przede mnę ukryć. -
…i Lindsey. - dokończyłem, a wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił.
Wahał się, co do wyboru, ale w końcu przytaknął nieśmiało głową.
Wiedziałem, że robi to tylko i wyłącznie dla mnie. Chciał spędzić ze mną
więcej czasu, którego ostatnio nie mam dla niego za wiele. Postaram się
to zmienić, a ten lunch to dobra okazja, mimo, iż trwa niecałe
dwadzieścia minut. Nie potrafię pogodzić czasu, jaki spędzam z Lyn-z, a
jaki z rodziną i przyjaciółmi. Co ja gadam? Teraz w ogóle nie przebywam z
nikim, oprócz czarnowłosej. Przy niej cały dzień wydaje się być krótką
godziną… Dobra, Gee, skończ o niej myśleć chociaż na pięć sekund…
Wziąłem Franka pod ramię i poprowadziłem korytarzem, uśmiechając się do niego i sprawdzając, czy mi przypadkiem nie uciekł.
Ostatnimi
czasy miałem wrażenie, że trochę olewam Franka, mimo wspaniałej randki.
Ale nadal nie poświęcam mu tyle uwagi, ile bym chciał. Wszystko kręci
się wokół jednej osoby… Mikey też zauważył, że prawie całymi dniami nie
ma mnie w domu.
Odkąd poznałem Lyn-z Frank nie odzywa się do mnie
tak często. Nie spotykamy się już po lekcjach. W sumie widzę go tylko na
przerwach i lunchu. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Na stołówkę
zawsze przychodziłem z Lyn. Przeważnie jadaliśmy w trójkę. Wtedy Frankie
nawet na nas nie spojrzał. “NAS”?! Gerard, ogarnij się. Przecież nic
cię nie łączy z Linsdey. To tylko przyjaciółka. Mogłem sobie tak
powtarzać, ale nie wiem, kogo chciałem oszukać. Przez te kilka tygodni
utworzyła się między nami taka więź. Nawzajem się świetnie rozumieliśmy.
Była moim damskim odpowiednikiem. Właśnie z nią spędzałem większość
mojego czasu. Razem się uczyliśmy, wygłupialiśmy i wychodziliśmy na
miasto. Tak po prostu, pospacerować. Tylko, że te nasze spacerki trwały
po trzy-cztery godziny. Lubiłem spędzać czas z tą dziewczyną.Ale to nie
prawda, że Frank mnie już nie obchodzi! Byłem u niego ostatnio… Kiedy?
No tak, dwa tygodnie temu. Wcale nie tak dawno. Dobra, może trochę go
zaniedbuje, ale obiecuję, że dzisiaj postaram się z nim spędzić trochę
czasu. Pogramy w jakieś gry, albo obejrzymy film, tylko błagam… Ja nie
chcę do kina! Po ostatnim razie mam dość wszystkich ludzi i kolejek, w
jakich musieliśmy czekać. Ale najważniejsze, że Frano się podobało. Sam
się cieszyłem, widząc jego uśmiech. Ten dobry nastrój był zaraźliwy, zły
z resztą też.
Teraz siedziałem sobie na niebieskim, metalowym
krześle w dusznym pomieszczeniu Frank, jak zwykle był wciśnięty w sam
kąt. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Kompletnie nic. I to mnie
najbardziej martwiło. To już nie jest mój misiaczek. Zmienił się.. i to
jak! Zacytuję powiedzenie baby z anglika “Frank, ja cię nie poznaję!”
Taa, to jej ulubiony tekst. Rzeczywiście. Chłopak nie był taki otwarty,
ani uśmiechnięty jak kiedyś.Roześmiane oczy były teraz przygaszone.
Wcześniej starał ubrać przynajmniej jakąś kolorową rzecz, a teraz… cały
na czarno. Byłem pewny, że jego wygląd odzwierciedla to co siedzi
głęboko w nim.
- Frankie? - spytałem cicho. W odpowiedzi dostałem
krótkie “co”. - Może wpadłbyś do mnie dzisiaj? - nie wiedziałem, czego
się spodziewać. Czy odmówi, czy nie. Myślałem jednak nad pierwszą
“teorią”. No trudno, żeby chciał się ze mną spotkać po tych wszystkich
dniach, przez które go olewałem.
Na twrazy bruneta zagościł uśmiech.
Od niepamiętnego czasu, znowu mogłem oglądać jego rozpromienioną,
dziecięcą twarz. Kochałem go takiego…. szczęśliwego. Uroczy był. Miałem
ochotę pocałować go tu i teraz i pewnie zrobiłbym to, gdyby nie Lyn-z.
Szła spokojnie do naszego stolika. Dobra, dzisiaj powiem Frankowi, ile
dla mnie znaczy i że ONA nic nie zmienia. Ale czy to do końca prawda?
Sam już się gubię w swoich uczuciach… Nie chce stracić ani jednego, ani
drugiego.
Wlepiałem wzrok w blat stołu, gdy nagle usłyszałem soczyste
przekleństwo z ust mojego chłopaka. Właśnie. “Mojego chłopaka”… Mimo
tego wszystkiego nie zerwał ze mną ani ja z nim. W sumie to czułem ulgę,
wiedząc, że Frank chce mnie w ogóle jeszcze widywać. Sam na pewno nie
zerwałbym z nim kontaktu. Za wiele dla mnie znaczy…
- Ja pierdole!
Uważaj jak chodzisz! - wykrzykiwał brunet. Jego koszulka była
przesiąknięta jakimś płynem. Nad nim stała Lindsey, trzymając w ręce
kartonik po pustym soku pomarańczowym. Zobaczyłem lekki uśmieszek na jej
twarzy. Zrobiła to celowo-bardziej stwierdziłem, niż pomyślałem.
Dlaczego nie zareagowałem? Powinienem…
- To ty mi podłożyłeś nogę,
debilu i nie zwalaj na mnie! - odcięła się, po czym usiadła obok mnie i
musnęła lekko moje usta. Jak wmurowany patrzyłem na Franka. Radość w
jego czekoladowych tęczówkach wyparowała w jednej chwili. To cię
wydarzyło potem działo się w tak krótkim czasie. Wydawałoby się, że to
wieczność, a to było tylko kilka sekund. Brunet wziął swoje rzeczy i
przewracając krzesło dosłownie wybiegł ze stołówki. Kątem oka mogłem
jeszcze dostrzec łzy w jego oczach.
Ale ja nawet nie odwzajemniłem
tego pocałunku! Ale nawet go nie przerwałem. Nie powiedziałem ani słowa.
Po prostu się gapiłem jak debil. Muszę za nim pójść.
Zerwałem się z krzesła i o mało nie wywaliłem. Ktoś mocno trzymał mój rękaw.
-
Nie zostawiaj mnie. - usłyszałem głos, z który mógłbym zabić. Jak
potulny piesek wróciłem na miejsce, Nie wiem czemu, ale nie mogłem jej
się postawić. Jednak moje myśli były cały czas skupione na Franku. Znowu
przeze mnie uciekł… Chciałem za nim pobiec, ale teraz to już raczej
niemożliwe. Nie wiedziałem, gdzie teraz jest, ani czy w ogóle jest
jeszcze w szkole.
Frank
Nie wierzę, no po prostu nie
wierzę. Miałem rację, już nic dla niego nie znaczę. Teraz liczy się
tylko ta suka, która nim manipuluje jak jakąś lalką. Dlaczego on jej nie
powie, że ma już kogoś? Wtedy by się może od niego odwaliła. Ale nie!
Trzeba się z tym kryć, chociaż i tak cała pieprzona szkoła o tym wie.
Gdy
zobaczyłem, jak Lyn-z całuje Gerarda coś we mnie pękło. Najgorsze było
to, że on temu nie zapobiegał, nie odepchnął jej, najzwyczajniej w
świecie jej na to pozwalał.
Pozbierałem szybko swoje rzeczy i
wybiegłem z pomieszczenia, nie zwracając uwagi na to, że przewróciłem
przy tym krzesło. Od razu skierowałem się do toalety, do której
wleciałem z hukiem. Na szczęście pomieszczenie było puste. Podszedłem do
umywalki, jednocześnie rzucając obok niej swoją czarną torbę na jedno
ramię. Oparłem dłonie na jej krawędziach i spojrzałem w lustro.
Wyglądałem makabrycznie. Po policzkach spływały mi czarne łzy,
spowodowane rozmazaną kredką do oczu. Powieki miałem całe spuchnięte.
Nie mam nawet pojęcia, kiedy zacząłem płakać. Robiłem to ostatnio tak
często, że najwyraźniej przestałem to odczuwać.
Odkręciłem lekko
kurek, a z kranu poleciała zimna woda. Podłożyłem dłonie pod strumień
lodowatej cieczy i przetarłem nimi twarz. Ponownie podniosłem wzrok,
żeby obejrzeć swoje odbicie. Zamarłem w bezruchu. W gładkiej tafli
lustra ujrzałem za sobą kilku chłopaków, a dokładniej “kumpli” Jenny.
Nie wróżyło to nic dobrego.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz