niedziela, 14 października 2012

Rozdział 26

Gerard

 
 Leżałem na łóżku rozkoszując się spokojem. Niestety tę ciszę przerwał sygnał komórki. Już miałem ochotę go wziąć i rozpieprzyć na ścianie, ale opanowałem się, gdy ujrzałem na wyświetlaczu "Od: Frankie ". Otworzyłem wiadomość. Podczas czytania na moje usta wcisnął się uśmiech.
"Kochanie, może wpadniesz do mnie? xoxo Kiciuś"
Oh, aż się wzruszyłem. Do tego podpisał się "Kiciuś". Urocze. Rzygam tęczą. Szybko wystukałem odpowiedź i wysłałem.
"A po co? Przecież dopiero ty u mnie byłeś."
Nie minęło pół minuty, a już dotarł do mnie następny SMS.
"No bo niespodziankę mam dla Ciebie."
"W takim razie zaraz będę."
  Zsunąłem się z łóżka i w pośpiechu włożyłem na siebie jakieś czyste ubrania. Wybiegłem z domu, zostawiając Mikey' samego. Matka oczywiście znowu kazała mi go pilnować. Przecież on już nie jest małym dzieckiem, da sobie radę. Chyba.
  Nim się obejrzałem, byłem już niedaleko domu Franka. Przyjemna wibracja w kieszeni dała znać, że otrzymałem kolejny SMS. Albo to Frank się stęsknił, albo wygrałem kolejne BMW.
"Kiedy będziesz?"
A jednak Frank. No masakra, co mu tak zależy, żebym tak szybko przyszedł?
"No już prawie dochodzę."
Wysłałem wiadomość. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jego treść jest dwuznaczna. Cóż, może Frankie nie zauważy?
"Ty zboczuchu! A tak poza tym... szykuj się na coś niedobrego... "
Dobra, jednak zauważył. Stanąłem pod domem Iero. Nieśmiało nacisnąłem dzwonek i poczekałem chwilę. Drzwi otworzyły się, a ja zostałem brutalnie wciągnięty do środka. Chłopak rzucił się na mnie i popchnął w stronę salonu. Z impetem wpadliśmy do pomieszczenia. Frank zaczął robić mi malinki na szyi, jednocześnie wkładając mi ciepłe ręce pod koszulkę. Wodził palcami po moich plecach, co wywołało u mnie dreszcze. Nie powiem, że mi się nie podobało. Po chwili dosłownie zdarł ze mnie koszulkę i całował mnie po nagim torsie. On i jego wieczna chcica...
Napierał na mnie z coraz większą siłą. Szedłem tyłem, co skończyło się tym, że potknąłem się o własne nogi i wylądowałem na kanapie, ciągnąc za sobą Franka, tyle że ten upadł obok. Tak jak myślałem, nie zrobiło to wielkiej różnicy, bo szybko się pozbierał i chwilę później już na mnie leżał. Położył rękę na moim kroczu i lekko ścisnął. Z moich ust wydobył się jęk. Brunet uroczo się uśmiechnął, po czym jak gdyby nigdy nic, kontynuował. Byłem maksymalnie podniecony.
- Co byś powiedział na to, aby zrobił ci... - usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi, a potem skrzypienie. Kroki.
- Frank, twoja mama. - szepnąłem z przerażeniem, patrząc prosto w jego czekoladowe tęczówki. Brunet odwrócił się w tamtą stronę i szybko zszedł ze mnie, siadając obok.
Poprawiłem nam obu fryzury i wlepiłem wzrok w sufit.
Nie wiedziałem jak na to zareaguje i nie spodziewałem się pozytywnej reakcji z jej strony. Nagle w progu stanęła kobieta. Miała kilka siatek z zakupami. Jej włosy były koloru włosów Franka. W przeciwieństwie do syna, układały się prosto, a nie w taki "ogarnięty chaos". Ale ja kochałem jego potarganą czuprynkę.
- Kanapki! - wykrzyknął radośnie Frank, po czym skierował się w stronę kuchni. Co? Co za debil! Ale przynajmniej nas uratował. Dziękuje wszystkim, za tak zajebiście popieprzonego chłopaka. Nie ma to jak Frank i jego komentarze. W sumie to on zawsze ratuje nas, jak się zdarzy sytuacja, podobna do tej i nie tylko. Błagałem, żeby kobieta przypadkiem nie znalazła jakiś "dowodów".
- Nie trzeba, kochanie. - zawołała za nim. - Zaraz wam zrobię. - uśmiechnęła się do mnie. - Gerard, aż tak ci gorąco?
Dopiero teraz zauważyłem, że siedzę bez koszulki. Już miałem rzucić tekstem w stylu "No, jak się ma takiego syna...", ale się powstrzymałem.
- Taaak. - odparłem, wahając się. - Wie pani, jak na dworze jest duszno, tak jak dzisiaj, to w domu jeszcze gorzej. - co ja odwalam? Dobra, byle tylko uwierzyła. Trzeba wypróbować Frankowe umiejętności. Myślę, że się od niego czegoś nauczyłem.
- Tak, masz rację. - w tej samej chwili do salonu wszedł Frank, ciesząc się jak idiota. Jego spojrzenie mówiło "jeszcze dokończymy".
- To ja idę zrobić wam te kanapki. - powiedziała i już po chwili znowu zostaliśmy sami.
Położyłem głowę na oparciu kanapy i odetchnąłem głęboko.
- O mały wł... - nie dokończyłem, bo tak jakby mnie wmurowało. Poczułem delikatną dłoń Franka w spodniach, przesuwającą się po mojej męskości. Niechcący wyrwał mi się stłumiony jęk.
- Ej, chcesz, żeby tu wszyscy przyszli i se popatrzyli? - spytał rozbawiony.
Nagle odsunął się ode mnie i zaczął bawić się kosmykiem włosów. Wyglądał słodko. Już miałem go pocałować. Powoli się do niego przybliżyłem.
- Smacznego, chłopcy. - usłyszałem za sobą damski głos. W tej samej chwili odskoczyłem od chłopaka. - Idę do sklepu i może wpadnę do koleżanki, więc będę późno. - pocałowała Franka w policzek i wyszła do przedpokoju. Brunet uśmiechnął się szatańsko na słowa"będę późno". Ja się boje!
  Gdy tylko drzwi z powrotem się zatrzasnęły, znów poczułem dłoń na członku. Tylko że tym razem było to bardziej zdecydowane. Frank poruszał szybko ręką w górę i w dół, by potem zwolnić. Czy on nie wiedział do jakiego stanu mnie doprowadza?! Byłem już prawie na granicy. Chciałem, żeby to trwało jak najdłużej. Wytrzymaj Gee. Nie! Nie dam rady. Kurde! Ten mały kurdupel ze mną wygrał. Następnym razem nie będzie tak łatwo, a przy chcicy Franka może on nastąpić niedługo...
Jeszcze chwila. No nie wytrzymałem i po kilku sekundach doszedłem. Ciszę przerwał mój urywany oddech. Frankie siedział na przeciwko mnie, oblizując sobie palce. On zawsze wyglądał tak ślicznie. Patrząc na niego mam orgazm, a co dopiero...
Wlepiałem wzrok w mojego misiaczka. Jak tak miała wyglądać zemsta, to ja poproszę codziennie. Tylko czym można by go wkurzyć? Jego nie dało się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Potem się nad tym zastanowię.
Żeby już dzisiaj nie zrobił mi nic "niedobrego" postanowiłem, że pójdę już do domu. I nie, nie dam się namówić na słodkie oczka. Nie tym razem.
- Debil. - szepnąłem mu do ucha, po czym przygryzłem lekko jego wargę.
- Też cię kocham. - odparł i zaczął mnie całować.
Odsunąłem się od niego. I znowu te szklane tęczówki, błagające o chociażby jeden pocałunek. Nie, nie mogłem.
- To ja już pójdę. - powiedziałem. Musnąłem tylko jego usta swoimi i wyszedłem z domu Iero. O dziwo, nie protestował. Chyba dość wrażeń jak na jeden dzień.


~~miesiąc później~~

  Kazałem Rose zabrać gdzieś Franka na cały dzień. Okazało się to głupim pomysłem, bo teraz sam musiałem przygotowywać imprezę urodzinową dla bruneta. No, może nie do końca byłem sam. Pomagała mi znajoma Rose - Erica. Nie powiem, że było z niej dużo pożytku, ponieważ dziewczyna cały czas się czymś rozpraszała. Zupełnie jak Frankie. Ale cóż, dobrze, że chociaż ona mi w małym stopniu pomaga, bo gdybym miał wszystko robić samodzielnie, nie zdążyłbym do wieczora. A jeszcze muszę kupić jakiś prezent dla mojej skarbeńka. Nie ma to jak robić wszystko na ostatnią chwilę.
  Dom, a dokładniej to pomieszczenia znajdujące się na piętrze, wystrojone były w różne dekoracje. Głównie dominowały kolory czarny i pomarańczowy, no bo w końcu to Halloween. Na ścianach wisiały różne pająki, czarownice i inne tego typu pierdoły. Szczerze, to z Ericą nie mieliśmy za wiele do roboty, ponieważ Frank, który tak kochał to święto, sam już zdążył udekorować cały dom. Naszym zadaniem było tylko posprzątać trochę, zająć się jedzeniem i urządzić parter w trochę bardziej imprezowym stylu. Trzeba było jeszcze wykombinować coś do picia. Mimo, że według mnie alkohol był zbędny, to zapewne i tak się bez niego nie obejdzie. Z pewnością ktoś przyniesie piwo czy inne tego typu rzeczy. Jednak najgorsze by było, gdyby przyniesiono narkotyki. Jeśli Frank by czegoś takiego spróbował, jego matka by mnie chyba zabiła.
  Prawie wszystko było już gotowe. Czułem, że Frankowi się spodoba. To miała być jego impreza. Wszystko musi być idealnie. Rose by mnie zabiła, gdyby coś poszło nie po jej myśli. Kurde! A prezent?!
  Nagle rozległy się dźwięki Iron Maiden. No tak, Erica znowu postanowiła zrobić sobie przerwę. Dziewczyny już trochę zaczynała mnie wkurzać
- Rica, przestań się wydurniać i pomóż mi w końcu to wszystko ogarnąć! - krzyknąłem do Ericy, która znajdowała się w drugim pomieszczeniu.
- A ty przestań nazywać mnie "Rica". Nienawidzę tego. - powiedziała nerwowo, stając w drzwiach. Oparła się plecami o framugę i skarciła mnie wzrokiem, co nie zrobiło na mnie większego wrażenia.
- Gdybyś to lubiła, nie mówiłbym ci tak. - odparłem, siląc się nie poważny ton. - Co masz dla Franka jako prezent? - dodałem, trochę się uspokajając.
- Koszulkę z logiem Iron Maiden. - odparła, nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
- A wiesz może co Rose kupiła?
- Bodajże płytę The Misfits - "The Devil's Rain ".
- Słuchaj, ja muszę wyskoczyć do sklepu po coś dla Franka. Za niedługo Mikey powinien się tu zjawić z tortem. Już niewiele do zrobienie zostało. Poradzisz sobie sama? - spytałem, modląc się w duchu, żeby przytaknęła.
- Pewnie. - rzekła wywracając oczami. Po chwili jednak wymusiła na twarzy uśmiech. - No leć. Dam sobie radę. - mówiąc to chwyciła mnie za ramię i popchnęła lekko w stronę drzwi.
- Dzięki. Postaram się wrócić jak najszybciej. - rzuciłem krótko. Szybko wybiegłem z domu i skierowałem się w stronę centrum handlowego. Przez całą drogę zastanawiałem się, co wybrać. Gitara? Nie, ma ich pełno, a i tak używa tylko jednej. Swojego wymarzonego zwierzaczka także ma. A skoro już o nim mowa. Ciekawe, czy Poison zdążył już zniszczyć dom sąsiadce. Tak, oddaliśmy go na jeden dzień. Ta kobieta jeszcze nie wie, do czego ten pies jest zdolny. A może już się przekonała? Dobra Gerard, skup się! Co mu kupić? Zobaczy się na miejscu.
                                             ***
  Przeszedłem już chyba ze sto sklepów i w żadnym nie było niczego wyjątkowego dla Franka. Chwila... Moją uwagę przykuł wielki, kolorowy plakat na wystawie jakiegoś sklepu. Tak! To jest to, czego szukałem! Jestem genialny! Ta, może bym był, gdybym zauważył ten plakat wcześniej. Natychmiast pobiegłem w stronę "cudu".
  Ekspedientka była całkiem miła. Mimo, iż ciągle zmieniałem zdanie i tak była uśmiechnięta od ucha do ucha. I nie, nie był to jakiś sztuczny uśmiech jakiegoś plastiku. Do tego miała dużo cierpliwości. Gdybym ja był na jej miejscu, już dawno wcisnąłbym takiemu niezdecydowanemu nastolatkowi byle co i kazał się wynosić.
  Wyszedłem ze sklepu zadowolony z zakupu. Mojemu Frankie'mu musi się spodobać.
- Tak! - niechcący krzyknąłem na głos. Kilkoro ludzi przechodzących koło mnie, spojrzało się dziwnym wzrokiem. A co mnie to. Ważne, że mam prezent.
Trzeba jeszcze ogarnąć się trochę i dom zresztą też. Ciekawe, jak Erica sobie radzi? Niedługo mają się wszyscy zebrać. Zresztą i tak nie spodziewałem się wielu osób. Po tym czego się ostatnio dowiedzieli... Ale i tak zrobię wszystko, aby tych urodzin Frankie nie zapomniał..

0 komentarze:

Prześlij komentarz