Frank
Spóźnia się...5, 10,
13 minut. I nic w tym dziwnego. W końcu nawet mu się nie przedstawiłem.
Kiedy tak rozmyślałem, w szybie dostrzegłem znajomą twarz.
-Cześć. - powiedziałem.
-Cześć.- odparł chłopak.
-Właściwie to my się nie znamy. Jestem Frank. - wyciągnąłem ku niemu rękę.
- Gerard, ale możesz mi mówić Gee. - uścisnął moją dłoń, po czym zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Może się czegoś napijesz? Ja stawiam.
- Chętnie. Może być kawa.
- To zaraz wracam. - z uśmiechem na ustach wstałem od stoliku i poszedłem po kawę.
Szedłem ostrożnie, z dwoma filiżankami w rękach. Ciągle patrzyłem na
podłogę, aby o coś się nie potknąć. Niestety, po chwili nie uwagi
zahaczyłem nogą o nogę i o mały włos bym się wywrócił. Może i jeszcze
stałem, ale na nieszczęście, z mojej kawy ulało się trochę wprost na
moją koszulkę. Napój Gerarda pozostawał nietknięty.
- Ajć. -
jęknąłem, gdy poczułem na sobie gorący płyn. Mój towarzysz szybko
przejął z moich rąk filiżanki i postawił je na stoliku. Wyjął z kieszeni
chusteczki i lekko pochylony stał przy mnie i pocierał nimi moją
koszulkę, próbując ją choć trochę wysuszyć.
- Ale ze mnie niezdara... - powiedziałem lekko zmieszany.
- E tam, każdemu się zdarza. - chłopak zaśmiał się, po czym schował brudną chusteczkę do kieszeni. - Lepiej doczyścić nie umiem.
-
Ale i tak bardzo Ci dziękuję. - oboje z uśmiechami na twarzach
usiedliśmy przy stoliku. Rozmawialiśmy chwilę o różnych nieważnych
rzeczach sącząc powoli napoje.
- Słuchaj... No bo kiedy wczoraj na plaży grałem...No wiesz, masz niesamowity głos.
Co byś powiedział na to, żebyśmy razem napisali piosenkę?
- Jasne, czemu nie. To może pójdziemy do hotelu, mam w swoim pokoju kilka
własnoręcznie napisanych tekstów.
-Ok.
I zanim się obejrzałem byliśmy już na zewnątrz. Biegliśmy bocznymi uliczkami, żeby
przypadkiem nie zaliczyć spotkania z rodzicami Gee. Wreszcie dotarliśmy na miejsce.
W pomieszczeniu panowała głucha cisza przerywana tylko przez krótkie oddechy
naszej dwójki. Poszliśmy do pokoju Gerarda, weszliśmy do środka i...
ktoś rzucił się na chłopaka i zaczął go atakować. Popatrzyłem na niego
zdziwiony.
Po jego spojrzeniu od razu wiedziałem, że mam mu pomóc. Szybko
odciągnąłem nieznajomego na bok. Po chwili czyjaś pięść gładko
przejechała po moim policzku.
- Dosyć tego!- krzyknął Gee i chwycił napastnika za ręce, tak, że ten nie potrafił mu się wyrwać.
- Eee...Kto to jest? - spytałem.
- Ten potwór? Wstyd się przyznać, ale to mój młodszy, głupszy i dużo słabszy brat.
-
Mikey!- wrzasnął mały potwór, po czym uprzejmie zwrócił się do brata-
Nienawidzę cie! Jeszcze się zemszczę! Jesteś ostatnim debilem! I... i...
Powiem wszystko mamie!
- Zamknąłbyś się już! - Gerard zakleił
chłopakowi usta taśmą i związał mu ręce i nogi jakimś sznurem i wrzucił
go do szafy. -No, to teraz możemy spokojnie popracować.
Zagrałem
jakiś utwór, a Gee pisał na kartce słowa piosenki i śpiewał je. W pewnym
momencie przestałem grać, odłożyłem gitarę i spojrzałem na niego. Razem
ze mną i on ucichł. Wpatrywałem się w jego oczy. Były piękne, utonąłem
w nich. Jak zahipnotyzowani zaczęliśmy się do siebie zbliżać.
Znaleźliśmy się w tej "niebezpiecznej strefie". Był coraz bliżej mnie.
Przechylił nieco głowę i otworzył lekko usta. Zamknąłem oczy. Czułem na
sobie jego oddech. Nasze wargi już prawie się stykały, gdy nagle rozległ
się krzyk, który przerwał to wszystko. Brutalnie odciągnięto mnie od
Gerarda i powalono na podłogę.
- Gerry! Co Ty wyprawiasz?! - przerażony ledwo się podniosłem, kiedy ojciec mojego przyjaciela właśnie się na niego wydzierał.
- Ja, no.. - chłopak równie wystraszony zaczął się jąkać. Nie wiedziałam, co ma mówić. Ja zresztą też nie.
- I gdzie do cholery jest Mikey?!
- Eee...no bo...
- Słuchamy. - wtrącił się ojciec.
-Tam... - powiedział w końcu i wskazał na szafę. Jego mama czym prędzej ją otworzyła i rozwiązała syna.
-
Teraz już przesadziłeś! - krzyknął ojciec - Czy Ty już do reszty
zwariowałeś?! I kim do cholery jest ten debil, którego tu
przyprowadziłeś?!
W normalnej sytuacji uraziłoby mnie to i to
bardzo. Ale nie teraz. Marzyłem tylko o tym, aby stąd uciec. Szybko
pozbierałem się z podłogi i rzucając tylko "To ja już może pójdę"
wybiegłem z pomieszczenia. Krzyki wydobywające się z apartamentu Gerarda
słyszałem jeszcze długo, nim wyszedłem z hotelu. Chyba nie powinienem
go tam zostawiać samego. Ale cóż, już nie było odwrotu. Skierowałem się
do domu mojej ciotki, w którym, razem z mamą, mieszkaliśmy w czasie
pobytu na wakacjach.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz