niedziela, 14 października 2012

Rozdział 3

Frank

   Spóźnia się...5, 10, 13 minut. I nic w tym dziwnego. W końcu nawet mu się nie przedstawiłem. Kiedy tak rozmyślałem, w szybie dostrzegłem znajomą twarz.
-Cześć. - powiedziałem.
-Cześć.- odparł chłopak.
-Właściwie to my się nie znamy. Jestem Frank. - wyciągnąłem ku niemu rękę.
- Gerard, ale możesz mi mówić Gee. - uścisnął moją dłoń, po czym zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Może się czegoś napijesz? Ja stawiam.
- Chętnie. Może być kawa.
- To zaraz wracam. - z uśmiechem na ustach wstałem od stoliku i poszedłem po kawę. 

   Szedłem ostrożnie, z dwoma filiżankami w rękach. Ciągle patrzyłem na podłogę, aby o coś się nie potknąć. Niestety, po chwili nie uwagi zahaczyłem nogą o nogę i o mały włos bym się wywrócił. Może i jeszcze stałem, ale na nieszczęście, z mojej kawy ulało się trochę wprost na moją koszulkę. Napój Gerarda pozostawał nietknięty.
- Ajć. - jęknąłem, gdy poczułem na sobie gorący płyn. Mój towarzysz szybko przejął z moich rąk filiżanki i postawił je na stoliku. Wyjął z kieszeni chusteczki i lekko pochylony stał przy mnie i pocierał nimi moją koszulkę, próbując ją choć trochę wysuszyć.
- Ale ze mnie niezdara... - powiedziałem lekko zmieszany.
- E tam, każdemu się zdarza. - chłopak zaśmiał się, po czym schował brudną chusteczkę do kieszeni. - Lepiej doczyścić nie umiem.
- Ale i tak bardzo Ci dziękuję. - oboje z uśmiechami na twarzach usiedliśmy przy stoliku. Rozmawialiśmy chwilę o różnych nieważnych rzeczach sącząc powoli napoje.
- Słuchaj... No bo kiedy wczoraj na plaży grałem...No wiesz, masz niesamowity głos.
Co byś powiedział na to, żebyśmy razem napisali piosenkę?
- Jasne, czemu nie. To może pójdziemy do hotelu, mam w swoim pokoju kilka
własnoręcznie napisanych tekstów.
-Ok.
   I zanim się obejrzałem byliśmy już na zewnątrz. Biegliśmy bocznymi uliczkami, żeby
przypadkiem nie zaliczyć spotkania z rodzicami Gee. Wreszcie dotarliśmy na miejsce.
W pomieszczeniu panowała głucha cisza przerywana tylko przez krótkie oddechy
naszej dwójki. Poszliśmy do pokoju Gerarda, weszliśmy do środka i...
ktoś rzucił się na  chłopaka i zaczął go atakować. Popatrzyłem na niego
zdziwiony. Po jego spojrzeniu od razu wiedziałem, że mam mu pomóc. Szybko odciągnąłem nieznajomego na bok. Po chwili czyjaś pięść gładko przejechała po moim policzku.
- Dosyć tego!- krzyknął Gee i chwycił napastnika za ręce, tak, że ten nie potrafił mu się wyrwać.
- Eee...Kto to jest? - spytałem.
- Ten potwór? Wstyd się przyznać, ale to mój młodszy, głupszy i dużo słabszy brat.
- Mikey!-  wrzasnął mały potwór, po czym uprzejmie zwrócił się do brata- Nienawidzę cie! Jeszcze się zemszczę! Jesteś ostatnim debilem! I... i... Powiem wszystko mamie!
- Zamknąłbyś się już! - Gerard zakleił chłopakowi usta taśmą i związał mu ręce i nogi jakimś sznurem i wrzucił go do szafy. -No, to teraz możemy spokojnie popracować.
   Zagrałem jakiś utwór, a Gee pisał na kartce słowa piosenki i śpiewał je. W pewnym momencie przestałem grać, odłożyłem gitarę i spojrzałem na niego. Razem ze mną i on ucichł.  Wpatrywałem się w jego oczy. Były piękne, utonąłem w nich. Jak zahipnotyzowani zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Znaleźliśmy się w tej "niebezpiecznej strefie". Był coraz bliżej mnie. Przechylił nieco głowę i otworzył lekko usta. Zamknąłem oczy. Czułem na sobie jego oddech. Nasze wargi już prawie się stykały, gdy nagle rozległ się krzyk, który przerwał to wszystko. Brutalnie odciągnięto mnie od Gerarda i powalono na podłogę.
- Gerry! Co Ty wyprawiasz?! - przerażony ledwo się podniosłem, kiedy ojciec mojego przyjaciela właśnie się na niego wydzierał.
- Ja, no.. - chłopak równie wystraszony zaczął się jąkać. Nie wiedziałam, co ma mówić. Ja zresztą też nie.
- I gdzie do cholery jest Mikey?!
- Eee...no bo...
- Słuchamy. - wtrącił się ojciec.
-Tam... - powiedział w końcu i wskazał na szafę. Jego mama czym prędzej ją otworzyła i rozwiązała syna.
- Teraz już przesadziłeś! - krzyknął ojciec - Czy Ty już do reszty zwariowałeś?! I kim do cholery jest ten debil, którego tu przyprowadziłeś?!
W normalnej sytuacji uraziłoby mnie to i to bardzo. Ale nie teraz. Marzyłem tylko o tym, aby stąd uciec. Szybko pozbierałem się z podłogi i rzucając tylko "To ja już może pójdę" wybiegłem z pomieszczenia. Krzyki wydobywające się z apartamentu Gerarda słyszałem jeszcze długo, nim wyszedłem z hotelu. Chyba nie powinienem go tam zostawiać samego. Ale cóż, już nie było odwrotu. Skierowałem się do domu mojej ciotki, w którym, razem z mamą, mieszkaliśmy w czasie pobytu na wakacjach.

0 komentarze:

Prześlij komentarz