niedziela, 14 października 2012

Rozdział 23

Gerard

Nie no! Po co ja w ogóle tu z nim przyszedłem? Poradziłbym sobie sam. Frank nieźle odwalał. Latał pomiędzy półkami i cieszył się na widok każdego pluszaka jakiego zobaczył. Zachowywał się zupełnie jak małe dziecko. Był taki energiczny, żywiołowy. Właśnie to w nim kochałem. Zawsze roześmiana twarz, błyszczące, czekoladowe tęczówki, pełne usta wygięte w szerokim uśmiechu, grzywka spadająca mu na oczy i w końcu jego przepiękne ciało, ozdobione kilkoma tatuażami. Ideał, po postu ideał.
  Super! Znowu go zgubiłem. Wystarczyła sekunda, a tego już nie ma! Chyba powinienem kupić dwie smycze. Jedną dla psa, a drugą dla tego małego idioty, żeby się nie gubił.
  Szedłem alejką z zabawkami, gdy nagle coś szybko koło mnie przemknęło, by potem zawrócić i zatrzymać się o krok przede mną i szczerzyć się jak debil. Widać, chłopak znalazł sobie nową zabawę. Jeżdżenie po całym sklepie wózkiem…
-Eh, Frankie. Może byś się ogarnął i mi pomógł? To twój pies.
-No przecież pomagam. - powiedział, po czym znów gdzieś zniknął.
Frank zawsze marzył o własnym psie. Kiedyś mi to powiedział. Teraz był tak przejęty tym wszystkim, że nie mógł mi pomóc. No trudno. Trzeba sobie poradzić samemu. Brakuje jeszcze tylko… Jedzenia!
  Udałem się do półki z pokarmem. Ile tu tego było. Wybór karmy zajmie mi chyba pół dnia. Frankie'mu by to pewnie nie przeszkadzało. Miałby więcej czasu na te swoje szalone zabawy.
  Dobra, co tu wybrać? Coś dla szczeniaków. Połowa mniej do szukania. Sięgnąłem po pierwszą puszkę. Nie. Druga. Też nie. Trzecia. Już miałem przeczytać, co tam pisało, gdy nagle zobaczyłem Franka, jadącego w rozpędzonym wózku w moim kierunku. Boże, co z niego za idiota. Nie przejąłem się tym jednak. Przecież wyhamuje i nie wjedzie we mnie.
  Jednak się pomyliłem. Sięgając po kolejną puszkę poczułem silne uderzenie i już po chwili doznałem bliższego kontaktu z zimnym podłożem. Zaraz po tym usłyszałem huk. Podniosłem się do pozycji siedzącej i uniosłem wzrok. Przede mną na podłodze znajdował się Frank. Leżał na plecach patrząc w sufit. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Usta miał lekko otwarte, oczami nawet ruszał. Nie wykonywał nawet najmniejszego ruchu. O matko, chyba nie zrobił sobie krzywdy?
 Na czworakach poraczkowałem do niego. Oddychał bardzo powoli, co jeszcze bardziej mnie niepokoiło.
 Nagle z góry, z półki w którą walnął Frank, spadła paczka psich chrupek. Wylądowała na twarzy chłopaka. Usłyszałem jego wrzask.
- Ała! -  krzyknął, po czym szybko poniósł się do pozycji siedzącej. Wziął opakowanie, które przed momentem go zaatakowało i zaczął czytać etykietę. Po chwili z wielkim zacieszem na twarzy spojrzał na mnie - Znalazłem idealną karmę dla naszego maluszka! Widzisz? Gdyby nie ja, to dalej byś tu stał i doszukiwał się nie wiadomo czego. - powiedział triumfalnie.
Maluszka? Tak, od razu przed oczami stanęła mi wizja mnie i Franka w przyszłości. I naszego dziecka. Ale ej, chwila. Skąd to dziecko niby miało tam być? Przecież ani ja, ani Frank raczej w ciąże nie zajdziemy.
- Jesteś może w ciąży? - wypaliłem, nie zastanawiając się bardzo nad tym, co mówię. Dopiero po chwili to do mnie dotarło.
- Ja? - spytał, przestając się śmiać. Na jego twarzy widniało teraz zaskoczenie. - Gee? Skąd takie dziwne pytanie? Czy ja przytyłem? Jestem gruby?! O nie, o nie. Muszę przejść na dietę. I odpuścić sobie te wszystkie ciastka. - Frank zaczął panikować.
- Spokojnie. Jesteś idealny. Nie za gruby i nie za chudy. - powiedziałem, cmokając go w policzek. - Szczerze, to nie wiem dlaczego zadałem to głupie pytanie...
- GERARD! Patrz! - chłopak całkowicie zignorował moje słowa. Przeniósł całą swoją uwagę na półkę stojącą za mną. - Patrz! Jaka słodka świnka! Kupmy ją!!!
Odwróciłem się i wyszukałem na regale ową świnkę. Jest. Znalazłem. Gumowa zabawka siedziała sobie wygodnie na innych tego typu rzeczach, znajdujących się w pudełku.
- A po co ci to? - spytałem robiąc dziwną minę.
- To nie dla mnie! Tylko dla naszego psiaka! - powiedział z entuzjazmem - Zobaczysz, będzie zadowolony!
- Okej, okej. Skoro tak ci zależy, to kupimy ją. - odparłem, zabierając z pudełka różową zabawkę.
- Dzięki Gee! - niemalże krzyknął, rzucając mi się na szyję i całując w policzek. - Jesteś kochany.

                                                    ***
 Stałem w kolejce do kasy. Nasz wózek wypełniony był zabawkami i przysmakami dla szczeniaków. Oczywiście to sprawka Franka, który wybierał wszystko co było pluszowe, piszczące lub ze słodkim psiakiem na etykiecie. Nie potrafiłem mu odmówić, a teraz mam. Na szczęście nie muszę płacić za wszystko sam. Frank też miał się dorzucić.
  Zwróciłem wzrok na swojego towarzysza. Tyle, że go tam nie było. Znowu. Zrezygnowany wróciłem wgłąb sklepu. Super, a tyle się naczekałem w tej kolejce. Frank, do cholery! Ani tu, ani tu go nie ma. No chyba, że... Na pewno tam jest! Pobiegłem na stoisko z zabawkami. Nie pomyliłem się. Chłopak siedział sobie na ławce, bawiąc się plastikowym wężem. Podszedłem do niego, a ten dalej wywijał tym czymś.
- Zabijesz mnie zaraz! - krzyknąłem. Frank w jednej chwili oprzytomniał i spojrzał na mnie czekoladowymi oczami. Ależ on był słodki. Nie miałem serca go stąd zabierać, ale nie będziemy siedzie tutaj cały dzień.
Szarpnąłem go za rękaw i pociągnąłem do przodu.
- Ej, no. Nie widzisz, że się bawię? - warknął z miną niezadowolonego dziecka. No tak, kiedy Frankie się bawi, to nie można mu przeszkadzać. Zupełnie jak ubiegłej nocy...
- Frank, nie zostaniemy tu na zawsze. Jeszcze kiedyś przyjdziemy. Tylko bez takich numerów, jak dzisiaj. - odparłem beznamiętnie.
- Jakich numerów? - spytał. Jego wyraz twarzy gwałtownie się zmienił.
- No to, z tym wózkiem. - odrzekłem.
- Możemy jeszcze iść tam? - wskazał na wystawę ze szczeniakami.
- Nie, nie dzisiaj. - powiedziałem. Jeszcze chwila, a się złamię i w końcu pójdziemy na tą wystawę.
- Nie matkuj mnie, Gerd. - powiedział obrażony. Stanął w miejscu i strzelił focha. Coś mi mówi, że tak łatwo go nie przekonam, żebyśmy poszli już do domu.
Zrobiłem poważną minę, poprawiłem niewidzialne okulary na nosie, podszedłem do chłopaka i gwałtownie nim potrząsnąłem.
- Młoda damo! Jak nie przestaniesz się tak zachowywać to nie pójdziesz do koleżanki na noc!
Frank stał zdziwiony na swoim miejscu. Dopiero, kiedy zacząłem się śmiać, dołączył do mnie.
- Cho, Franiu.Chcesz mieć pieska.
Oczy mu rozbłysły i szybko do mnie podszedł, jakby dopiero teraz sobie przypomniał, po co tu jesteśmy. Jednak po chwili jego wzrok zwrócił się ku półce. Podbiegł do niej i wziął jakiegoś pluszaka.
- Ja chcę tego misia! - zaczął skakać wokół mnie z maskotką z ręce. Zachowywał się jak małe dziecko.
- Nie, Frank. Odłóż go. - odparłem. Gerard Way w roli surowego rodzica. Nie wiedziałem, że kiedyś do tego dojdzie, a tu proszę.
- Ale ja chcę! - w jego oczach dostrzegałem gniew.
- Jeśli kupię ci tego misia, to pójdziemy w końcu do domu? - spytałem zrezygnowany.
- No tak.- znowu zaczął skakać jak opętany. Nie ogarniam już jego zmian nastrojów. Złapałem go za rękę i razem skierowaliśmy się w stronę kas, już po raz trzeci dzisiaj. Nadal trzymałem Franka, bo bałem się, że mi znowu ucieknie. Na szczęście nie było dużo osób. Chyba jako ostatni wyszliśmy ze sklepu. Pójść z Frankiem po mleko do sklepu obok, a przyjść za trzy godziny. Zupełnie w jego stylu. Kochałem tego dziecinnego misiaczka. Chociaż czasem potrafił zachować powagę, jeśli można to tak nazwać. Czasem nawet bez powodu wybuchał śmiechem, przestając dopiero po pięciu minutach. Zarażał swoim humorem nawet mnie.
Teraz akurat skakał sobie, ciągnąc mnie za sobą i wymachując energicznie misiem, którego trzymał w drugiej ręce. Niedobrze mi. Przez to ciągłe podskakiwanie kręciło mi się w głowie.
- Gerard?! - usłyszałem za sobą cichy, piskliwy głosik. - Jak ty wyrosłeś. Wieki cię nie widziałam! - darła się staruszka, moja sąsiadka. A te jej "wieki" to znaczy tydzień.
Podbiegł do nas na krótkich nóżkach i zaczęła się nam przypatrywać. Skończ, kobieto! Dziwnie się czułem. O co jej chodzi?
Nagle podbiegła do mojego Franka i zaczęła szczypać jego policzki.
- To twój chłopak, Gerardzie? Ale rozkoszny! Gdzie ty sobie takiego słodziaka znalazłeś? Taki śliczniutki i grzeczniutki. Na pewno nie zachowuje się jak ta dzisiejsza młodzież. Ależ on śliczny. - staruszka rozpoczęła swój długi monolog, nie przestając pieścić mojego chłopaka. Czy ja tu jestem w ogóle potrzebny? Czuję si zazdrosny, no.
Brunet tylko co chwilę potakiwał. Po chwili kobieta wyciągnęła ze swojej wielkiej, brązowej torby paczkę ciastek.
- Masz tu ciasteczko, kochanie. - powiedziała promiennie, częstując Franka. No ej! A ja to co?!
- Dziękuję. - powiedział cicho chłopak, po czym schrupał ciasteczko.
- Nie ma za co. Masz tu jeszcze jedno, strasznie chudy jesteś. - odparła i wcisnęła mu do ręki "Frankowy przysmak". W odpowiedzi brunet tylko się wyszczerzył. - Ja już pójdę, spieszę się do domu. Szczęścia wam życzę. - powiedziała i szybko, co było dosyć dziwne jak na jej wiek, oddaliła się od nas.
Ruszyliśmy w stronę domu mojej sympatii. Chłopak ponownie zaczął iść w podskokach, w ręce trzymając misia i ciasteczko.
- Franuś...
- Co?
- Podziel się. - powiedziałem przeciągle.
- Nie! - odparł i wywalił na mnie język.
- Pff. Sam sobie wezmę.- odrzekłem i wyrwałem mu jego przysmak z ręki.
- No ej. - jęknął niezadowolony, kiedy ciastko znalazło się w moich ustach.
- Jakiś problem, Franklinie? - mówiąc to, podniosłem triumfalnie głowę.
- Nie... chodźmy już. Piesek czeka.
Złapałem go za rękę i ruszyłem z nim w dalszą drogę. Oczywiście Frankiś już nie skakał z radości. Szedł przymulony, ze spuszczoną głową. Gdybym tylko wiedział, że tak zaprzyjaźnił się z tym ciasteczkiem, to bym go nie zjadł. Ależ ja jestem zły. Muszę coś ze sobą zrobić.
                                                    ***
- Jaki słodki! - krzyknął chłopak.
Pierwsze co zobaczyłem po przyjściu do Franka to jego maślane oczka i zaciesz.
Gdy pies wleciał do salonu, ten od razu zaczął się z nim bawić. Dawał mu różne zabawki, którymi szczeniak nie był zainteresowany. Tarzał się z nim po podłodze i miział po łebku. Aż mi się uśmiech na usta cisnął, kiedy ich tak oglądałem. Poisonowi, bo tak nazwałem czworonoga, spodobał się tylko sznur, w który od razu się wgryzł. No, trzeba przyznać, że miał ostre ząbki, bo po kilku minutach zabawka leżała rozszarpana na podłodze. Dobrze, że tyle tego kupiliśmy. Piesek, nie mając już swojego ulubionego "gryzaka", znalazł sobie nowy, a mianowicie rękę Franka. To było urocze, ale po chwili psiak się zmęczył i poszedł na swoje legowisko. Ciekawe skąd wiedział,że tam właśnie ma iść. Frank nie zdążyłby mu pokazać. A może tak się w nich zapatrzyłem, że nie zauważyłem? W każdym razie Poison leżał sobie zwinięty w kłębek, a ja mogłem mieć Franka tylko dla siebie.
Usiedliśmy sobie na kanapie. Ciągle nawijał o zwierzaku. Nie było zdania, w którym by o nim nie wspomniał. Próbowałem mu przerwać, ale nie... W końcu wpiłem się namiętnie w jego wargi. Nie przerywając pocałunku, posadziłem sobie Franka na kolanach. Oplotłem ręce wokół jego szyi. Chłopak ochoczo otworzył usta. Rozpoczęliśmy walkę o dominację, którą, o dziwo, on wygrywał. Nie rozłączaliśmy się chyba przez dłuższy czas, aż któremuś nie zabrakło powietrza. Szybko łapaliśmy oddechy. Nie wiem dlaczego, ale zaczęliśmy się śmiać.
- A jak mu damy na imię? - spytał ledwo Frankie. Znowu się zaczyna... - Może...
- Poison. - przerwałem mu.
- Co?
- Poison - jego imię.
- Dziwne... Ale całkiem niezłe. Pasuje do niego. Jesteś genialny, Gerard! - wykrzyknął i dał mi buziaka w policzek. - Dziękuje! - jaki on był słodki, jak się tak cieszył.
Nie sądziłem, że mu się spodoba. Ale w końcu to Frank. Choćby to było najdziwniejsze imię na świecie, to i tak by je polubił. Kochany... Matko, nie mogłem się na niego napatrzeć. Tęczówki miał takie błyszczące. Wyglądał jak Frank, zanim... zanim powiedziałem, że mam go w dupie. Najchętniej zabiłbym się teraz za to. Jak mogłem tak skrzywdzić taką kruchą osóbkę? Gdyby nie to, że teraz jesteśmy razem, to bym sobie tego nie wybaczył. Na szczęście, żadne z nas nie może bez siebie normalnie funkcjonować. Ten chłopak jest dla mnie ważniejszy od powietrza.
- Nie ma za co Frankie. A teraz wybacz, ale muszę już iść.
- Nie możesz zostać? -powiedział błagalnie.
- Matka się pewnie martwi, a ty musisz zaprzyjaźnić się z Poisonem.
- Po pierwsze: możesz do niej zadzwonić. Po drugie: możesz zostać na noc, a po trzecie: już się z nim zaprzyjaźniłem. - wyszczerzył się do mnie i objął rękami w pasie.
- Ohoho. Zostanę na noc i znowu będę gwałcony. Nie ma mowy, jeszcze mnie tyłek boli po ostatnim razie. - powiedziałem z udawanym grymasem na twarzy. Chłopak tylko uroczo się uśmiechnął. Z tą minką przypominał aniołka, że aż sam nie wierzyłem słowom, które przed chwilą wypowiedziałem.
Nie chciałem go zostawiać samego, tym bardziej, że "Frankowi się nie odmawia". Ta, to moje powiedzonko. Nikt się nie oprze tym ślicznym oczętom i pełnym ustom wygiętym w uśmiechu. Ale obiecałem matce, no. Zabije mnie, albo co gorsza, zabroni mi wychodzić z domu. I tak bym jej nie posłuchał. Dobra, obiecałem, że jej w czymś pomogę. Trzeba będzie jakoś ładnie przeprosić Franka.
- Skarbie, naprawdę muszę już lecieć. Obiecałem matce.
- No, ok. - zrobił minkę zbitego psa, po czym puścił mnie.
Poszedłem w stronę wyjścia rzucając tylko "nadrobimy potem", posłałem mu mój najlepszy uśmiech i zatrzasnąłem za sobą drzwi.

0 komentarze:

Prześlij komentarz