niedziela, 14 października 2012

Rozdział 37

Frank

Spojrzałem w lustro. Nawet nie było tak źle. Większość ran zdążyła się już zagoić, przywracając mi przyzwoity wygląd. No, to teraz znowu byłem tak zajebiście przystojny, że wszystkie dupy miałem dla siebie. Wszystkie, tylko nie Gerarda. I nawet nie wiem, dlaczego tak pomyślałem. Jego przecież nie można nazwać czyjąś "dupą". Jak dla mnie, to może być chłopakiem lub kochankiem, nic innego. A skoro już o nim mowa... Nasz związek stoi pod małym znakiem zapytania. Tydzień temu znowu się pokłóciliśmy i do tej pory żaden z nas i nie ośmielił się przyjść czy zadzwonić, żeby przeprosić drugiego. A wina leżała oczywiście po mojej stronie. To wszystko przeze mnie... jak zawsze zresztą. Ale nie dziwię mu się. Słusznie się obraził, jeśli mogę to tak nazwać. A to wszystko zaczęło się od chwili, w której pokazał mi filmik z tym niezbyt przyjemnym zdarzeniem. Upierał się, żeby pójść na policję, a ja odmawiałem. Dlaczego nie potrafił zrozumieć, że nie chcę mieć więcej kłopotów? Te, które teraz mi ciążą, z pewnością wystarczą. Jednak on nie ustępował. Z każdą chwilą zaczęliśmy podnosić głosy, aż doszło do krzyków. Naprawdę tego nie chciałem, ale do niego nic nie docierało! W końcu tak się zdenerwowałem, że wyrwałem mu z ręki komórkę i usunąłem filmik oraz wszystkie wiadomości, żeby przypadkiem nie zachciewało mu się go przywrócić. Jakby tego było mało, na koniec trzasnąłem telefonem o ścianę. Nawet się nie rozwalił, ani nic z tych rzeczy (niczym stara nokia xD), ale Gerard był wkurwiony. Domyślam się, że pewnie nie chodziło mu o komórkę, tylko o mnie. A dokładniej to o filmik, który miał zakończyć wszystkie nasze, a raczej moje problemy. Ale kto wie, czy nie przyniosło by to kolejnych. Rozumiem, że Gee starał się mi pomóc, a ja tę pomoc odrzuciłem, ale chłopak powinien też wziąć pod uwagę inne rzeczy. Na przykład to, że później nie miałbym w tej szkole życia. Co prawda teraz też nie jest różowo, ale podejrzewam, że wtedy byłoby sto razy gorzej.
  Poszedłem do sypialni i rzuciłem się na łóżko. Strasznie mi się nudziło, a nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Najchętniej to wziąłbym sobie jakieś śliczne zdjęcie Gerarda, wsunął łapę do spodni i zrobił sobie dobrze gapiąc się na nie. Ale są dwa powody, dla których tego nie zrobię. Po pierwsze, w każdej chwili może mi tu wpaść matka, a ja naprawdę nie mam ochoty na te niezręczne pytania. Po drugie, mógłbym przecież pójść do Gee, ładnie go przeprosić, a potem moglibyśmy się gdzieś w kącie pieprzyć przez resztę dnia. Nawet mi odpowiadała ta opcja, ale jakoś nie miałem odwagi na razie spojrzeć mu w oczy i tak po prostu przeprosić. On z pewnością i tak by mi nie wybaczył...
  Westchnąłem cicho. Postawiłem w końcu na bezczynne leżenie i gapienie się w sufit, fantazjując o Gerardzie.
  Ciszę przerwał sygnał mojej komórki. Jak oparzony rzuciłem się stronę, skąd dochodził dźwięk. Możliwe, że Gerard przestał się na mnie gniewać i zadzwonił, żeby się umówić czy coś w tym stylu. Marzyłem tylko, żeby moje przypuszczenia się sprawdziły. Ale... Chwila. Gdzie ja wcisnąłem ten telefon?
   Zacząłem przeszukiwać pomieszczenie. Zacząłem od sprawdzenia powierzchni biurka, komody i każdej półki, znajdujących się w pokoju. Jedyne co tam znalazłem to dziesięciocentymetrową warstwę kurzu i jakieś pogniecione kartki. Wziąłem kilka papierowych kulek, rozłożyłem je i przyjrzałem się im. Na dwóch były niedokończone, z powodu braku weny, teksty piosenek mojego autorstwa. Nie chciało mi się ich kończyć. Głównie dlatego, że były beznadziejne. Rzadko kiedy udało mi się napisać coś, co było chociaż w połowie tak dobre, jak to Gerarda. On potrafił nawet na poczekaniu wymyślić coś wspaniałego, milion razy lepszego niż to, nad czym ja głowię cię przez miesiąc. Ale ze mnie zakompleksione beztalencie.
  Przeniosłem wzrok na drugą kartkę. Widniał na niej jednorożec. JEDNOROŻEC. Po jaką cholerę rysowałem konia z dwoma penisami? I dlaczego ja je tak nagle wszędzie widzę? Mam cudowny sen, w którym zabijam Lyn-z, a tam pojawia się jednorożec. Jem na śniadanie płatki, na których pudełku oczywiście musi być jednorożec. I w dodatku znajduję kartki z rysunkami tego majestatycznego zwierzęcia. Pieprzony Mikey i pieprzone jednorożcowe klątwy. To pewnie jego wina i tego całego brokatu, który on śmie nazywać magicznym pyłem.
  Przez to wszystko całkowicie zapomniałem o komórce, która zadzwoniła ponownie, kiedy wywalałem zwinięte kartki papieru gdzieś w kąt. Przeczuwam, że za jakieś dwa tygodnie znowu je podniosę, myśląc, że znajdę coś ciekawego, a kiedy już się nimi rozczaruję, ponownie wywalę je w inne miejsce w pokoju, tworząc takie błędne koło.
  Wsłuchałem się w nasilający się dźwięk telefonu i udałem się za nim. Doprowadził mnie on aż do szafy. Mimo, iż był późne rano, a promienie słoneczne wlatujące przez okno oświetlały cały pokój, trochę się wystraszyłem. Czy to nie tak zawsze jest w horrorach? Niezależnie od pory dnia, tajemniczy byt czający się w głębi szafy lubi sobie czasem powyć, pojęczeć lub użyć innych przedmiotów wydających głośne dźwięki, aby zwabić tam swoją ofiarę w celu zgwałcenie, zabicia, odebrania duszy czy w jakimś innym, o którym nikt nie ma pojęcia. Ale to przecież niedorzeczne. W mojej szafie jest taki syf, że żadna nadludzka istota nie weszła by tam z obawy, że ten bałagan ją zeżre. I słusznie. Nie życzę sobie żadnych dziwnych kreatur w moim, powtarzam W MOIM, pokoju.
  Chwyciłem za klamkę i pociągnąłem lekko drzwi szafy. Nie robiłem gwałtownych ruchów, żeby przypadkiem jej zawartość nie zwaliła się na mnie. Okazało się, że moje obawy były słuszne. Gdy tylko bardziej rozchyliłem drzwi, na podłogę wysypało się pełno gratów. Oczywiście zignorowałem je. Potem się je pod łóżka wciśnie, żeby mieszkające tam potwory nie miały miejsca. Jestem wredny, a co. To mój pokój i nie życzę sobie w nim jakiś współlokatorów.
  Wsadziłem rękę między wieszaki z ubrania i poczułem od nią wibrację. Wręcz wyszarpałem stamtąd spodnie i przeszukałem wszystkie kieszenie. W końcu znalazłem swój skarb. Nadal dzwonił. Może to Gerardowi jednak się odmieniło i chciał się umówić, żebyśmy się nawzajem ładnie przeprosili i żebyśmy znowu mogli wesoło hasać po łąkach pełnych kwiatów.
  Odebrałem połączenie i przystawiłem komórkę do ucha.
- Tak? - spytałem.
- Frank? Dlaczego nie odbierałeś? Martwiłem się, czy coś ci się stało... - usłyszałem w słuchawce troskliwy głos Mikey'a. A jednak Gerard poniekąd ma mnie gdzieś....
- Jakbyś miał taki burdel w pokoju to też byś szukał komórki przez godzinę. - odpowiedziałem cicho.
- Burdel powiadasz? - spytał głosem podobnym do głosu jakiegoś profesora. - Panienki także tam masz? - dodał po czym zaśmiał się. Ja również wybuchnąłem śmiechem. No no, nie znałem go od tej strony. - Ała! No za co?! Przecież wiesz, że żartowałem! - domyślam się, że dostał w łeb od nikogo innego, jak Rose. Zaśmiałem się, na widok wizji w mojej głowie. Mogłem sobie perfekcyjnie wyobrazić, jak dziewczyna ze wściekłą miną uderza go w bok, ramię czy tam policzek. Rose jest niebezpieczna. Zazdrosna dziewczyna też. Jeśli te dwie się połączy to... wszyscy do schronów, bo nadchodzi tornado Rose!
- Więc powód dla którego dzwonię: Pewnie się nudzisz, więc może wpadłbyś do nas? - dokończył po chwili blondyn. Skąd on to wiedział? Czy tu przypadkiem nie ma gdzieś ukrytej kamery? Teraz naprawdę się cieszę, że wstrzymałem się przed macaniem się w intymnych miejscach.
- Pewnie, już lecę. - odpowiedziałem promiennie. Co jak co, ale on to potrafił poprawić człowiekowi humor. Nawet wtedy, kiedy nie używa dziwnych magicznych pyłów.
- To super. Czekamy. - niemal mogłem sobie wyobrazić jak się cieszył, mówiąc to.
  Rozłączyłem się i poszedłem do łazienki "zrobić się na bóstwo". Tak, miałem zamiar uwieść Gerarda, o ile on też będzie, a będzie na pewno.
  Ponownie stanąłem przed lustrem i przyjrzałem się sobie. Niby ładnie wyglądam. Ale to za mało. Wyciągnąłem z szafki czarną kredkę do oczu. Ściągnąłem nakrętkę i zacząłem powoli rysować kontur wokół oczu. No, muszę przyznać, że całkiem całkiem mi to wyszło. Ba! Było perfekcyjne! Teraz zrobię sobie jeszcze ładny fryz i mogę iść wybierać ciuchy. Ale chwilka... czy ja przypadkiem nie zachowuję się gorzej niż moja matka? A trudno! Żeby być zajebistym trzeba czasem pocierpieć.
  Wracając do fryzury. Wziąłem grzebyk i zacząłem przeczesywać nim włosy. Najpierw na lewo, potem na prawo, a jeszcze później znowu na lewo. I tak to się ciągnęło przez... pięć minut. W końcu jakoś udało mi się je rozczesać. Grzywkę oczywiście lekko zaczesałem na czoło, żeby wyglądać bardziej pociągająco.
- Mrał, niezły z ciebie kociak. - zamruczałem do siebie, a właściwie do swojego odbicia, po czym zaśmiałem się głośno. Odwala mi już, naprawdę mi odwala.
  Ruszyłem z powrotem do mojego pokoju, żeby się ubrać. Nie to, żebym był nagi, ale musiałem wybrać coś lepszego niż stare jeansy i jakąś dziurawą koszulkę.
  Otworzyłem szufladę komody i wyjąłem z niej całkiem nowe, czarne rurki. Muszę dodać, że są obcisłe. Ale przynajmniej ładnie uwydatniały mój, nie chwaląc się, zgrabny tyłeczek.
  Wziąłem też koszulkę z logiem Iron Maiden, którą dostałem od Ericy. A właśnie. Ciekawe co tam u niej słychać. Strasznie dawno że sobą nie rozmawialiśmy. W szkole także jej nie widziałem. Może gdzieś wyjechała? Nieważne. Mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie.
  Ubrałem wyszukane rzeczy, a także i czarne trampki i wybiegłem z domu, żegnając się z matką.

                                 ***
  Z Rose i Mikey'em bawiliśmy się się świetnie. Ciągle gadaliśmy o jakiś pierdołach, śmialiśmy się i tak dalej. Nawet dobrze, że Mikey do mnie zadzwonił i mnie zaprosił. Tylko po co ja się tak szykowałem, skoro tu nawet Gerarda nie ma. Miło, że chociaż blondasy mnie pochwalili. Przynajmniej wiem, że nie robiłem tego na darmo.
  Jak to się mówi, "o wilku mowa". Bo właśnie w tej chwili, przerywając moje rozmyślania, do pomieszczenia wszedł Gerard.
Omiótł spojrzeniem cały pokój, zanim jego wzrok pozostał na mnie. Nie odzywał się, tylko patrzył na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. W końcu, po długiej chwili ciszy, którą zakłócał jedynie jazgot Mikey'a i Rose, czarnowłosy raczył się odezwać.
- Ładnie wyglądasz. - skwitował, lekko uśmiechając się do mnie. Prawdopodobnie oblałem się rumieńcem. Nie spodziewałem się takich słów z jego ust... nie spodziewałem się żadnych słów z jego ust, które miałyby być skierowane do mnie. Jedyne co zdołałem powiedzieć, to ciche "dzięki".
  Gerard podszedł do mnie i usiadł obok, tak że lekko stykaliśmy się nogami. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Mogłem się przecież nachylić i go przytulić. Nie wiem czemu się wahałem i tego nie zrobiłem. Dobra, raz się żyje, najwyżej mi przywali w mordę.
  Bez namysłu wpakowałem mu się na kolana. Zdziwiłem się bardzo, gdy mnie nie odepchnął, a przeciwnie - przyciągnął do siebie i wygodniej obie mnie ułożył. Od razu wtuliłem twarz w jego szyję.
  Minęła jakaś godzina. Cały ten czas spędziliśmy na rozmowach o wszystkim i o niczym. Ja oczywiście ciągle siedziałem Gerardowi na kolanach i przytulałem go. Przynajmniej aż do momentu, kiedy się nie podniósł do napój. Mimo, że trzymał mnie jedną ręką za plecy, odrobinę zjechałem. Gdyby nie jego szybko interwencja, na pewno tarzałbym się po ziemi. Otóż chłopak jednym szybkim ruchem złapał mnie za tyłek, ukryty pod mocno napiętym materiale moich obcisłych spodni i podsadził mnie na kolanach. Szybko pochwycił kubek z sokiem i wrócił na swoje miejsce. Oczywiście nie odbyło się bez moich rumieńców. Nie chciałem zdradzać, że się zawstydziłem, więc szybko wtuliłem się w Gerarda.

  ***
  Mikrofalówka zaczęła głośno piszczeć, oznajmiając nam, że popcorn jest już gotowy.
- To ja pójdę. - oznajmił czarnowłosy, po czym w stał z kanapy i ruszył w stronę kuchni. Szybko zrobiłem to samo, udając się za nim. Chciałem chociaż na chwilę zostać z nim sam na sam.
  Wszedłem do kuchni, gdzie Gee przesypywał popcorn do miski. Nie mogłem się powstrzymać, by do niego nie podejść i nie przytulić. Szybko pokonałem dzielącą nas przestrzeń i wtuliłem się w jego plecy. Jeśli dobrze myślałem, to on powinien się teraz odwrócić, wziąć mnie w swoje silne ramiona i całować tak długo, póki ktoś by nam nie przerwał. Tak przynajmniej było, zanim pojawiła się Lyn-z. Ugh, jak ja jej nie znoszę.
  Czarnowłosy dalej robił swoje, jakby w ogóle mnie tam nie było. Pozwolił mi się przytulać, całować po szyi, ale robił tak, jakby tego nie czuł. Jakbym był powietrzem. A tak swoją drogą, ani razu mnie dzisiaj nie pocałował. Nawet w policzek. Co ja jestem, od macochy?
  Zacząłem całować go po szyi, żuchwie, aż po policzek. Niestety nie dosięgałem jego ust. Mruknąłem z niezadowolenia.
- Kochanie, daj usteczka. - wyszeptałem, próbując go pocałować.
- Frank, przestań! - pokręcił głową i jednym silnym ruchem odepchnął mnie od siebie. A co martwiło mnie najbardziej? Że zrobił to pierwszy raz w życiu. Zawsze, kiedy chciałem go pocałować, a on nie miał ochoty czy coś w tym stylu, po chwili jednak się przełamywał i dawał mi to cholerne buzi. Przynajmniej miałem pewność, że mnie kocha i zrobi dla mnie wszystko, nawet wbrew sobie. Poza tym nigdy, NIGDY, mnie nie odepchnął. Czy ja przestałem się dla niego liczyć? Już mnie nie kocha, a przytula mnie i odstawia tą szopkę tylko dlatego, żeby nie było mi przykro?
  Odsunąłem się od niego kilka kroków i dokładnie przyjrzałem jego twarzy. Nie wyrażała prawie nic, a ja czułem się taki zagubiony. Nie wiedziałem, co mam zrobić. W końcu mój chłopak właśnie mnie od siebie odepchnął. I co mam powiedzieć? "Nic się nie stało"?! Oj stało się i to bardzo dużo. Nie wiem, czy to ma dla niego jakieś większe znaczenie, ale dla mnie to był cios. Dlaczego on mnie tak potraktował? Dlaczego... Moje oczy się zaszkliły, by potem łzy mogły spokojnie popłynąć po mojej twarzy. On...On mnie już nie kocha? Nie potrzebuje? Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. I nawet nie liczę, że dostanę wyjaśnienie na chociaż jedno z nich. Albo nie. Ja już je znam. Po tej całej sytuacji mogę stwierdzić dwie rzeczy: albo Gerardowi się coś stało(czyt. pranie mózgu), bo jeszcze kilka dni temu zapewniał mnie, że mnie kocha, albo... O boże. Nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Ja po prostu nie wiedziałem jak żyć bez czarnowłosego. Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie zostawienie go, żeby przemyślał sobie, co tak naprawdę do mnie czuje. W każdym bądź razie moje uczucia, co do niego nie podlegają żadnej zmianie.
  Nie zwracając uwagi na innych przedostałem się do przedpokoju, popychając lekko Gerarda i w pośpiechu zakładając swoją kurtkę, wyleciałem z domu. Nawet z nikim się nie pożegnałem, będą się martwić. Olać ich, mam wszystko gdzieś. Chcę do domu...Do mojej poduszki i gorącej czekolady.
- Frank! - usłyszałem za sobą wołanie, niestety, Mikey'a. Tak, bardzo chciałem, żeby jednak to był Gee. Nieważne co zrobił, nieważne czy mnie kocha, teraz tylko pragnę wtulić się w jego silne ramiona i nigdy go nie puszczać. Fajne fantazje. Mogę sobie pozwolić na tylko tyle.
Przyspieszyłem nieco kroku, by potem przejść w bieg. Błagam, nie idź za mną... Nikt nie może oglądać mnie w takim stanie. Nawet on... I co ja robię? Uciekam od najlepszych przyjaciół, po to, żeby zamknąć się w swoim pokoju i wybeczeć w samotności?! Brawo. Gorszego przypadku od ciebie nie ma, Frank.. Ale co mnie obchodzi, co inni sobie o mnie pomyślą? A takie użalanie się nad sobą pomaga...Tak sądzę.
  Oczy szczypały mnie od wiatru, zamrażającego, a tym samym osuszającego moje łzy. Wiatr jako najlepszy pocieszyciel... Zaraz...O czym ja mówię? Mam ważniejsze tematy, niż o jakimś głupim, nic nieznaczącym wietrze. Ale jakby dokładnie się zastanowić, czy wybieram opcję pierwszą, czy opcję drugą, czyli Gerarda...Zdecydowanie wybieram numer jeden.
  Obraz rozmazywał mi się, tak, że prawie nie wdziałem gdzie biegnę. Chociaż do swojego domu z zamkniętymi oczami mógłbym dojść. Poznałbym wszędzie zapach szarlotki, którą mama robi prawie codziennie. To moje ulubione ciasto, a moja rodzicielka...Nie, nie jest nadopiekuńcza, raczej dba o to, abym nie wpadł a anoreksję, chociaż mi to nie grozi. Bardziej trafiłbym do szpitala dla obłąkanie zakochanych bez odwzajemnienia i opowiadał wszystkim zebranym tragiczną historię mojego życia. Ta, i co jeszcze? Jedyną rzeczą jakiej teraz potrzebuje to siedzieć w kółeczku i słuchać narzekań innych ludzi. Chyba jako pierwszy bym stamtąd uciekł bez zamiaru powrotu, oczywiście, gdyby taki ośrodek istniał. Założę się, że byłbym pierwszy na liście. Skończ myśleć o tym, czego tak naprawdę nie ma! Skup się na tym, ważniejsze i jest twoim prawdziwym problemem! Kiedy ja nie chcę... Muszę! Nie, nie chcę...Dobra,  to już zaczyna być dziwne. Czy ja właśnie kłóciłem się sam ze sobą? Niedobrze z tobą, Frankie.
  Gwałtownie zatrzymałem się przy drzwiach, prawie na nie wpadając i trzęsącymi się rękami poszukałem kluczy. Dokładnie obmacałem się całego i dopiero w ostatniej kieszeni kurtki znalazłem to co chciałem. I tak się na nic nie przydały, bo nawet nie umiałem włożyć go do zamka. Dłonie mi drżały, przez co dosyć trudno było trafić do tak małej dziurki. Na szczęście Linda była tak łaskawa otworzyć drzwi za mnie.
  Kobieta stanęła w progu promiennie się uśmiechając. Posłałem jej wdzięczne spojrzenie, ale szybko sobie przypomniałem jak wygląda moja twarz. Spuściłem głowę na dół, zasłaniając się dużym kołnierzem kurtki. Pewnie zdążyła to zauważyć, bo otwarła usta, żeby coś powiedzieć, ale w porę zdążyłem się ogarnąć i wyminąłem ją. Rzuciłem klucze na stolik, a raczej obok. Nigdy nie miałem dobrego cela. Może właśnie dlatego nikt nie wybierał mnie do swojej drużyny, jak graliśmy w kosza. W sumie to nawet mi nie zależało...
  Skierowałem się do swojego pokoju, lecz a połowie drogi coś, a raczej ktoś mocno szarpnął mnie za rękę. Odwróciłem w się w stronę jedynej osoby, która mogła to zrobić, ze słynnym Mikey'owym pokerfejsem. Staliśmy tak chwilę w ciszy. Ja nie miałem zamiaru zacząć "przyjemnej pogawędki". Niech sama to zrobi, ale i tak nic jej nie powiem. Mogłem wyrwać się i pójść do siebie, ale czy tego chciałem? Musiałem się komuś wygadać, nawet jeśli była to moja matka. Jestem na sto procent pewny, że i tak nie będzie tego słuchać. Bo po co? Po co miałaby jakoś pomóc swojemu okropnemu synkowi, który ostatnim razem wygadywał jej takie rzeczy? Toż to nieprawdą jest, że mnie kocha... Chyba. Na jej miejscu dawno bym mnie wyrzucił już z domu za...Za wszystko. Przyznaję, nie byłem dobry, ani zbyt wyrozumiały. Nie obchodziło mnie to, że ona się o mnie martwiła. "Martwiła", to nie jest dobre słowo. Linda odchodziła od zmysłów, nie wiedząc gdzie się podziewam, a ja tak się jej odpłacam... Nie zasługuję na to, żeby ktoś się o mnie troszczył.
- Co się dzieje? Dlaczego wróciłeś tak wcześnie? - O, patrzcie! Najpierw robi mi wykład, o tym, że wróciłem za późno, a teraz jest wielce oburzoną, że za wcześnie. Dobra, Frank, opanuj się. Nie wyżywaj się na swojej matce, jeśli ci czegoś nie zrobiła, za co mógłbyś się zemścić. Oh, ile to ja razy miałem się zemścić na wszystkich? Dużo i połowy pozapominałem. Zemsta to nie jakiś zły czyn, zemsta to styl życia...Przynajmniej mój.
- Znudziło mi się... - odparłem drżącym głosem, mając nadzieję, że zabrzmiałem choć trochę przekonująco. Okłamywanie zazwyczaj dobrze mi szło, ale nie, kiedy chodziło o Gerarda. Moja matka była ekspertką i potrafiła wychwycić każdą zmianę we mnie. No, co się dziwić, w końcu była kobietą i w dodatku zakochaną wiele razy. Albo raczej ślepo oddaną mężczyźnie, który w ogóle się nią nie interesował. Chyba coś po niej odziedziczyłem.
- Dobra. Siadaj. - "rzuciła" mną na kanapę, a sama usiadła naprzeciwko w swoim ulubionym fotelu i dokładnie mi się przyjrzała. - Co ci zrobił? - o czym ona mówi?
- Kto? - jeżeli wymówi JEGO imię to pójdę się zabić Bo skąd niby wiedziałaby co się stało, a co gorsza, kto to zrobił.
- Gerard. - i wtedy pokerfejsowa bariera puściła, wydobywając ze mnie, dotychczas tak dobrze ukrywane emocje. Co to? Medium? Na sam dźwięk wspomnienia o temacie tabu zrobiło mi się tak... Źle. Nie miałem zamiaru się nikomu zwierzać. Zwłaszcza mojej matce. Co prawda jest bardziej doświadczona w takich sprawach, ale to nie daje jej prawa mieszania się w moje życie. Chwila. To ja wpadłem teraz na idealny pomysł powiedzenia jej o wszystkim. Ale najpierw muszę sobie to poukładać...W samotności. Po kilku minutach Linda wpatrywała się we mnie z taką samą uporczywością jak na początku. No cóż, chyba jednak nie da za wygraną. Na moje nieszczęście.
- Gee...On...On mnie... - najtrudniej jest jak już sobie coś postanowisz, a potem słowa z siebie wydusić nie umiesz. Lepiej będzie jak się pospieszę, bo ta niemożliwa kobieta dopowie sobie resztę sama.
- Zgwałcił? - o boże...Trzasnąłem się ręką w czoło. A nie mówiłem? Nigdy nie da się przewidzieć tego, co powie. Niczym ninja. Zawsze czymś zaskakuje, albo bardziej wylatuje mi tu z niewykonalnymi rzeczami. Wróć. Wykonalnymi, ale tylko w mojej osobie. Wiem, że Gerard nie zrobiłby mi żadnej krzywdy, w przeciwieństwie do mnie. Ale jak ktoś kogoś gwałci, a druga osoba mówi, że nie chce, ale tak naprawdę tego chce, to czy można nazwać to gwałtem? Nie sądzę... Więc przyznaję się bez bicia - jeszcze, podkreślam JESZCZE, nikogo nie zgwałciłem. W każdym razie nie mam zamiaru w najbliższym czasie. No chyba, że mi coś odbije. A jak mi odbija, to lepiej trzymać się ode mnie z daleka. Jeżeli wiecie, o co mi chodzi...
- Nie, mamo. - powiedziałem, bezsilnie opuszczając ręce na kanapę. - On mnie tylko odepchnął, kiedy chciałem go przytulić.-wiem, może wyolbrzymiam sprawę, ale to dało mi wiele do myślenia. Nawet najmniejszy gest z jego strony jest przepełniony uczuciami. A ja, wrażliwy Franuś jestem w stanie zauważyć wszystko. Czasem już nie wiem, czy ta moja wrażliwość to dar, czy przekleństwo. Na pewno w rozwiązaniu sprawy nie pomagał mi wyraz twarzy mojej rodzicielki. Wyglądała, jakby miała wybuchnąć śmiechem, co mnie jeszcze bardziej dołowało. Jeszcze bardziej wkurzające były te chwile milczenia. No powiedz coś. Ja już zrobiłem swoje. Teraz czas, żebyś mnie wyśmiała i kazała przestać się z nim spotykać. Walnij szybko swoje kazanie, bo chcę iść do pokoju.
- Ehh, Frankie... - przysunęła się do mnie jeszcze bardziej i objęła czule. Wow, prawie nigdy tego nie robiła. Czy ona próbuje mnie pocieszyć? - Może źle zinterpretowałeś jego zachowanie? Gerard to dobry chłopak i jestem pewna, że nie zrobił tego celowo. - Mylisz się... Żebyś widziała jego minę, kiedy mnie od siebie odsunął. A tak w ogóle, to dlaczego ona nazwała go "dobrym chłopakiem"? I od kiedy mówi takie pocieszające rzeczy, zamiast kazać mi go zostawić? Coś niedobrego się tu dzieje... Nie, nie traktuję matki jako najlepszej przyjaciółki czy coś, ale teraz rzuciłem się jej w ramiona i dziękowałem za to, że... Że jest przy mnie. Nie wiem, co bym bez niej zrobił. Ale to nie oznacza, że nie mam zamiaru wypłakać się w poduszkę z ciepłym kakałkiem!
  Delikatnie odsunąłem się od niech i w trochę lepszym humorze poszedłem na górę. A może rzeczywiście Gerard nie miał tego na myśli. Może myślał, że chce... Nie wiem. Ukraść mu popcorn. Idealne wytłumaczenie. Im bardziej chciałem w to uwierzyć, tym dawało odwrotny efekt. Nawet nie umiem siebie przekonać....Błąd. Nie oszukam własnego serca. Tak dobrze znam Gee i wiem, że zrobił to specjalnie. Domyślam się też, że nie mało w tym zasługi Lindsey. Ona zawsze wszystko psuje, nie mogę mieć ani chwili szczęścia z chłopakiem, którego kocham ponad życie. Co ja bym dał, żeby mój ostatni sen stał się prawdą. Nawet jednorożca bym zaakceptował. Ciekawe, gdzie mogę kupić miecz świetlny, czy coś...
  Rzuciłem się na łóżko i wtuliłem w poduszkę, która i tak już była wymęczona wszystkimi " Frankowymi załamaniami". Moim jedynym celem było się wypłakać. To mi zawsze dobrze robi, ale te głupie łzy jak na złość nie chciały lecieć. Może rzeczywiście wierzyłem, że jeszcze się poukłada? Słowa Lindy były pocieszające, ale żeby aż tak? Gratulację, pani Iero. Otrzymuje pani tytuł psychologa roku.
  Zamknąłem oczy, próbując nie myśleć o Gerardzie. Ale to nie-myślenie niezbyt mi wychodziło. Tak bardzo się starałem o nim zapomnieć, że przypominałem sobie nasze wspólnie spędzone chwile, oczywiście, bez Lyn-z. Nie marzę o niczym innym, niż wrócić do tych wspaniałych czasów, gdzie największym problemem była tylko Jenna. Przynajmniej ona potem już nie przystawiała się do Gee. A teraz...Nie dość, że Lindsey próbuje mi odebrać Gerarda, to jeszcze ta druga dziewucha niszczy moje życie z drugiej strony. Właśnie... Czy ja mam po co żyć? I tak nikt mnie nie potrzebuje. Mikes ma Rose. Gee Lyn-z. Mama sobie beze mnie poradzi. Przecież i tak za wiele nie robiłem dla niej. Nawet z nią nie rozmawiałem zbyt dużo czasu. Ograniczało się do "cześć, mamo" i "papa, skarbie" jak wychodziłem do szkoły. Nie, nie mam po co żyć. Nikt nie będzie płakał, nikomu nie zależy. Ale najbardziej boli to, że Gee... Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. Pozwoliłem jej spokojnie płynąć, by potem mogła spaść na materiał mojej bluzy i wyschnąć. Nienawidziłem tego uczucia lepkich i mokrych oczu, ale jakoś nie miało to znaczenia. Prawdę mówiąc, jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała mnie na tym świecie był ON. Póki nie powiedział, że już mnie nie kocha, póki nadal ze mną jest nie mam zamiaru robić czegoś, czego później będę żałować. Miałem wielką nadzieję, że Lindsey zginie w jakimś wypadku, czy coś. Nie życzyłbym nikomu źle, ale ona jest wyjątkiem. Zabrała mi wszystko, co kochałem, bez żadnej skruchy. Ta, jeszcze co... Zrobiła to specjalnie. Nawet jeżeliby zakochała się z Gerardzie... Mogli zostać przyjaciółmi. Przeżyłbym to jakoś, ale oni się, kurwa, całowali! Przyjaciele tak nie robią.
Zamknąłem oczy, czując jak prawdziwe tsunami wylewa mi się spod powiek. Jedna myśl krążyła mi po głowie. Chcę zginąć.

                                                ***
  Obudziłem się, ale nie miałem zamiaru dawać tego po sobie znać. Leżałem wczesnym rankiem na łóżku, pół przykryty cienką kołdrą, a obok mnie... Gerard gładził moje włosy, szepcząc moje imię. Ten jego aksamitny głos, delikatna dłoń przesuwająca się w górę i w dół. Dla takiej chwili mógłbym zabić. Mimo, że go nie widziałem, wyobrażałem sobie malinowe usta, wygięte w lekkim uśmiechu i rozczochrane, czarne włosy. I nagle to wszystko ot tak zniknęło. Mój pokój pogrążył się w ciemnościach, ale ktoś dalej głaskał moją głowę.
- Frank... - rozpoznaje tego kogoś. Tylko, gdzie ja wcześniej go słyszałem? Mocniejszy od głosu mojego chłopaka, ale jednak podobny... Mikey.
  Mocniej zacisnąłem powieki, chcąc wrócić do tamtego snu, do Gerarda. Zostawcie mnie wszyscy i dajcie spać! Przez to, że tak bardzo starałem się przywrócić tamto wspomnienie Gee, siedzącego tutaj zamiast Mikey'a, że cicho jęknąłem. No to przesrane. Teraz na pewno będzie wiedział, że nie śpię. Złapałem go za rękę i odsunąłem od siebie. Ej, od kiedy Mikes ma takie gładkie ręce? I pierścionek z małą błyskotką? Zaręczył się, czy coś? Puknij się w łeb, Iero. To chyba dziewczyna nosiła by pierścionek. A może to jest dziewczyna...
  Szybko podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem wokół siebie. Napotkałem zdziwiony wzrok Rosalie i Mikey'a.
- C-co w-wy t-tu rob-bicie? - jąkałem się, zastanawiając nad słowami. Kto wie... Ja zawsze palnę coś głupiego, a oni przyszli specjalnie do mnie. Ciekawe po co.
- Martwiliśmy się... Zniknąłeś tak nagle. - powiedział spokojnym głosem blondyn, przekładając moją grzywkę za ucho. No pomyślałem o tym wcześniej. To znaczy, myślałem, ale akurat miałem to gdzieś. Wybiegłem z domu bez słowa i nawet nie powiedziałem gdzie idę. To oczywiste, że musieli się zastanawiać gdzie jestem. - Ale najbardziej to Gerard odchodził od zmysłów. W kółko nam powtarzał, że mamy do ciebie dzwonić, albo szukać. - chwileczkę, czy ona powiedziała, że Gerard się o mnie martwił? Ten Gerard?! Mój...? Nie, to niemożliwe. Ale czy ktoś z nas zna innego Gee? Nastrój zmienił mi się w jednej sekundzie. Wyszczerzyłem się najmocniej jak potrafiłem.
- Dzięki, że przyszliście. - żeby tylko... Uratowali mnie od zadręczania się myślami o tym, czy on nadal mnie kocha i przed nieprzespaną nocą! Rzuciłbym się na kolana i składał im pokłony! Albo raczej nie... I teraz następujący ciąg wydarzeń: Klękam przed nimi, jak przed bogami, dziwnie się na mnie patrzą, a potem zostaje zamknięty w psychiatryku na resztę mojego życia. Ten pomysł zdecydowanie odpada. Zwłaszcza, że nie zobaczyłbym już czarnowłosej miłości mojego życia. I jeśli ktoś pomyślał o Lindsey, niech wie, że mam w piwnicy siekierę. Bójcie się, bo Frank nadchodzi! Dobra, a wracając do tematu...Nadal nie mogłem w to uwierzyć. Przecież sam mnie odepchnął, nie odzywając się ani słowem i nawet nie próbował zatrzymać. O co w tym wszystkim chodzi? A może tylko tak na chwilę się zaciął, a potem było już za późno? Odpada. Zrobił to celowo, ale też kazał mnie szukać. Zależy mu na mnie. Ale dlaczego sam nie przyszedł? Właśnie to pytanie ciągle mnie męczyło. Bał się? Powinien dobrze wiedzieć, że choćby nie wiem co zrobił, ja zawsze mu wybaczę. Niezależnie od sytuacji, miejsca, on zawsze będzie mój. Należymy do siebie i nic nie jest w stanie nas rozdzielić. Tak sądzę... Nawet jakaś głupia baba nie zmieni moich uczuć i jestem tego pewien- jego też nie. Lyn-z owinęła go sobie wokół palca, myśląc, że może zrobić z nim co zechcę. I tu się myli. Gerard ma mnie, a ja nie pozwolę, żeby ktoś go tak traktował. Może Gee sam tego nie zauważa, że ona nim steruje, a on wykonuje posłusznie wszystkie jej polecenia. Nie mam mu tego za złe. Po prostu muszę go jakoś uświadomić, jakim złem jest ta kobieta. Okej, może trochę przesadzam... To wcielony diabeł, do jasnej cholery, a nikt tego nie zauważa! Policz do dziesięciu...Uspokój się, bo serio wezmą cię za wariata.
  Nie zwracałem uwagi, że ja się gapię na przeciwległą ścianę i nie odzywam się do nich słowem. Wiedzą, że potrzebuję ciszy i spokoju, żeby spokojnie sobie to poukładać. Odwróciłem wzrok, a moje serce rozerwało się na pół. Rose i Mikey namiętnie się całujący na moim łóżku. Nigdy wcześniej nie przeszkadzał mi widok innych par, do czasu, aż mój własny związek nie zaczął się rozpadać. Oczy zaszły mi łzami, co jeszcze bardziej pogorszyło moją widoczność. W jednej chwili przez głowę przeleciały mi wszystkie momenty z Gerardem, spędzone na tej oto czynności.
- Możecie-już-pójść? - powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Nie miałem zamiaru być niemiły, ale nie mogłem znieść tego widoku. To było takie słodkie. Zupełnie tak jak ja i Gee.  Wspomnienia... Ah, te przeklęte wspomnienia. Czasami wolałbym zupełnie się wyłączyć z otaczającej mnie rzeczywistości i o niczym innym nie myśleć. Może to by przyniosło ze sobą więcej bólu, niż dotychczas, ale warto by było. Dla samej idei chwili, dzielonej z najukochańszą osobą. Na tyle mogę sobie pozwolić. Gdzieś głęboko we mnie jest jeszcze nutka nadziei, że powtórzymy to, stworzymy nowe historie, tylko dla nas. Dla mnie i Gerarda. Będziemy mieli swój osobny świat, w którym istnieje tylko miłość, namiętność i prawdziwe, szczęśliwe życie, z ukochanym mężczyzną u boku. Było tak...Do czasu pojawienia się Lindsey. Nie, w moich radosnych wspomnieniach nie może pojawić się ona. Nie teraz.
Poczułem jak Mikey i Rose schodzą z mojego łóżka i kierują się w stronę drzwi.
- Trzymaj się, mały. - rzucił ciepło Mikes, po czym oboje znikli w żółtym świetle przedpokoju. "Mały"... Tak kiedyś mówił do mnie Gerard. Nie chciałem płakać przy Rosalie i Mikey'u. Pomyśleli by, że coś jest nie tak i zostaliby ze mną, a ja nie chciałem towarzystwa. Potrzebowałem samotności, zatracić się we własnym, chorym umyśle... Czy tak wiele od nich wymagam? Dla każdego wygodniej byłoby olać mnie-nic nieznaczącego chłopaka, a nie użalać nad nim. W sumie to moi przyjaciele zawsze próbowali mnie pocieszyć, niż mówić "oj, biedny ten Frank". I za to byłem im wdzięczny. Tyle razy ile miałem jakąś potrzebę pogadania z kimś, byli przy mnie. Tyle razy ile byłem w dołku, byli przy mnie. Ale zawsze tą jedyną osobą, która wspierała mnie w każdym dniu był ON. Mogłem na niego liczyć o każdej porze. Bo w sumie często u siebie nocowaliśmy. Taka noc bez spania jest sto razy lepsza, jak robi się rzeczy wiele przyjemniejsze...A prawdą jest, że nie pozwolę nikomu innemu dotykać się w ten sposób jak jemu. Nie znajdę sobie innego partnera, bo wiem, że nie mógłbym go kochać, tak jak Gerarda. On już na zawsze pozostanie głęboko w moim sercu jak plama po soku porzeczkowym na białym obrusie. Nijakie porównanie, wiem, ale nikt ani nic nie zastąpi mojego chłopaka, jego delikatnego dotyku i pięknych oczu... Jedno jest pewne: muszę go odzyskać i zrobię to! Prędzej, czy później mi się uda. A teraz, żeby opracować idealny plan potrzebna mi chwila odpoczynku...
Ułożyłem się wygodnie na poduszce i odpłynąłem do krainy jednorożców.

0 komentarze:

Prześlij komentarz