Mikey
Biegałem w kółko po domu, usiłując posprzątać, co się da.
Boże! Gerard mógłby tu od czasu do czasu ogarnąć! Teraz wszystko
zwaliło się na mnie, bo kochany braciszek spał sobie w salonie. Mówiłem
mu, żeby mi pomógł, to nie. "Poradzisz sobie, Mikey. Duży już jesteś."
Ja go zaraz chyba zabiję! Nie zostało dużo czasu do przyjścia Rose i
Franka, a tu taki syf wszędzie. Może trochę przesadzam, ale ma być
idealnie... Zwłaszcza, że będzie Rosalie.
Przeszedłem szybkim
krokiem przez przedpokój z zamiarem obudzenia Gerarda, ale coś mignęło
mi w lustrze. Z początku myślałem, że to jakiś zombie, ale zorientowałem
się, że to tylko ja. Miałem podkrążone oczy i w ogóle jakąś dziwną
koszulkę na sobie. Późno dzisiaj wstałem i nie zdążyłem doprowadzić się
do porządku. Za to Gerard przez całą noc oka nie zmrużył. Wiercił się i
rzucał, pewnie po tym horrorze. Gee nigdy się nie bał, a skoro teraz...
cóż, odsypiał na kanapie, to film musiał być naprawdę dobry. Ha!
Obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie zgodzę się, żeby ze mną spał.
Obojętnie, czy będzie się bał, czy nie. Niech idzie do matki, a nie
męczył biednego, młodszego brata. Teraz mam sposób na zemstę za Bukę. Po
prostu przywiąże go do krzesła i każe to obejrzeć. Ta, prędzej on mnie
udusi, zanim to zrobię. Pomarzyć można!
Potem go obudzę, teraz muszę
coś ze sobą zrobić. Gdyby Rose mnie tak zobaczyła... Nie chciałem
wiedzieć, co by o mnie pomyślała.
Pobiegłem na górę, przeskakując co
dwa schodki i prawie się zabijając. Wleciałem do pokoju, "zanurkowałem"
w szafie i pobiegłem do łazienki. Została tylko godzina! Nie zdążę...
nie zdążę... nie zdążę... Słowa te dudniły w mojej głowie i miałem
wrażenie, że rzeczywiście się nie wyrobie. Wziąłem krótki prysznic, po
czym zacząłem rozczesywać poplątane blond-włosy. Dłonie mi się trzęsły,
wszystko mi leciało z rąk. Czym ja się denerwuje?! Uspokój się, Mikey.
To tylko zwykłe spotkanie, a nie wyścig śmierci. Odetchnąłem głęboko i
z, już minimalnie większym, spokojem zabrałem się do ubierania wcześniej
przygotowanych ciuchów. Według mnie, garnitur będzie idealny. W
pośpiechu zakładałem na siebie wszystko i o mało co, zapomniałbym o
krawacie. Starannie zawiązałem kawałek szarego materiału i z prędkością
światła zszedłem na dół. Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! Nie
wiedziałem dokładnie, kiedy mają przyjść, ale wolę mieć wszystko gotowe.
Wpadłem do kuchni i o mało nie zszedłem na zawał, gdy zobaczyłem
Gerarda, bacznie mi się przyglądającego. No o co mu chodzi? Coś źle? Zły
krawat wybrałem, czy co? Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy chłopak
roześmiał się na cały głos.
-W życiu nie pozwolę ci się tak pokazać ludziom na oczy!-wydusił z siebie przez łzy.
- Bo co?
-
Kochany, mój ty, braciszku. Rose nie lubi takich... elegantów, że tak
to nazwę. Jeszcze ci tylko okulary brakują i mógłbyś robić za profesora.
- znowu wybuchnął śmiechem.
I w ogóle skąd wiedział o Rose?! Chwila,
przecież wczoraj się z nim całowałem... I w dodatku mówiłem o
dziewczynie. Jak mogłem być taki głupi?! Następnym razem zamykam się na
klucz. I w dodatku zabarykaduję okna i drzwi, żebym nie zrobił już
czegoś takiego. Spojrzałem na niego morderczym wzrokiem i odwróciłem się
w stronę blatu.Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, zostałem brutalnie
pociągnięty za rękę i dosłownie wrzucony do swojego pokoju. Zatoczyłem
się i upadłem na łóżko.
- Rozbieraj się. - rzucił nagle Gerard, podchodząc do mnie.
-
C-co?- Co on odwala?! Nie, nie możliwe. Nie zdradziłby Franka,
przynajmniej nie ze mną. O czym ja, do cholery, myślę?! To tylko mój
brat i pewnie nie chciał, żeby zabrzmiało to dość dwuznacznie, chyba, że
się czegoś nabrał, co jest niemożliwe, bo całe popołudnie spał. Czyli
jednak zwariował?
- No co się gapisz? - cofnął się o krok i wyciągnął z szafy dżinsy i kilka koszulek.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy byłem pewny, że nie o TO mu chodzi.
- Nie! Nie założę tego! - krzyknąłem i zrobiłem obrażoną minę.
-
Trudno, skoro nie chcesz spodobać się Rosalie... - wzruszył ramionami i
jak gdyby nigdy nic, wyszedł. No ej, zostawił mnie tak samego?
W
sumie to Gee zna ją lepiej, niż ja. Rose też ubiera się tak "luźno".
Może powinienem, raz w życiu, posłuchać się brata? Wcale mi się to nie
podobało.
Z cichym warknięciem wziąłem rzeczy.
***
Gdy
tylko zadzwonił dzwonek, przeleciałem przez przedpokój, nawet nie wiem
jak otwarłem drzwi, i o mało co nie wpadłem na Rosalie. Policzki mnie
zapiekły, pewnie przez te cholerne rumieńce, których nie mogłem
powstrzymać na widok dziewczyny. Delikatnie się do mnie uśmiechnęła i
przygryzła dolną wargę. Jaka ona jest słodka! Po chwili gapienia się na
nią, odsunąłem się, gestem zapraszając dziewczynę do środka.
- Fajnie wyglądasz. - powiedziała, odgarniając kosmyk włosów o oka. A jednak Gee miał rację! I tak mu nie podziękuje...
Nie
miałem odwagi, żeby powiedzieć coś więcej poza "dzięki". Tak naprawdę
nigdy nie miałem dziewczyny. Nie to, że nie chciałem, raczej
odwrotnie... Nawet teraz nie jestem pewny, czy podobam się Rosalie! Ba!
Ja wiem, że jestem tylko jej przyjacielem, ale watro postarać się o coś
więcej. Muszę w końcu się odezwać, powiedzieć jej coś miłego, a nie stać
jak kołek. Dla tak pięknej i zabawnej dziewczyny zrobiłbym wszystko,
gdybym nie był tak cholernie nieśmiały.
Powlokłem się za Rosalie, która jako pierwsza poszła do salonu.
-
Cześć Gee! - pomachała radośnie, do mojego brata, który znowu leżał
"martwy" na kanapie. Odpowiedział jej tylko cichym mruknięciem.
Ten
to potrafi spać 24 godziny na dobę. Nie wiem, jak on w szkole
wytrzymuje, zwłaszcza, że jest bez kawy. Nad czym ja się zastanawiam?!
Chyba za wszelką cenę próbuję odsunąć od siebie myśl, że za niedługo
będę musiał odezwać się choćby słowem do Rose. Trudno mi będzie nie
spłonąć przy tym rumieńcem, co pewnie nie ujdzie jej uwadze. Jak Gerard
wspomni coś o wczoraj, to go normalnie zabiję! Nie no, mój brat taki nie
jest... Może i jest wredny, złośliwy i go nienawidzę, ale raczej nie
zrobiłby mi tego... Prawda?
Usiadłem sztywno na fotelu, obok
Rosalie, która za wszelką cenę próbowała obudzić Gee. Ciekawe, kiedy do
niej dotrze, że to niemożliwe... Jak Gerard się na coś uprze, to musi
tak być i koniec. Biedna dziewczyna tylko traciła czas na czarnowłosego.
Zastanawiałem się, czy by tak przypadkiem nie wylać na niego
"niechcący" szklanki wody... Albo nie, lepsza będzie kawa, wrzątek. I co
z tego, że matka by mnie zabiła, przynajmniej chociaż raz byłbym tym
"złym" bratem.
- Rosalie... - chłopak podniósł się i stanął
naprzeciwko blondynki.-Ja... muszę ci coś wyznać.-panicznie złapał się
za głowę i upadł na kolana. WTF?! Co on robi?-Bo...-gwałtownie odwrócił
głowę, unikając jej wzroku.-Nie, nie mogę.-otarł pojedynczą łzę. Albo
tak dobrze grał, albo mu odbiło.-Rose...-prawie że załkał.-
On...-wskazał na mnie.-Cię kocha!-tym razem wybuchnął śmiechem i zaczął
tarzać się po dywanie.
Rosalie zrobiła tylko zdziwioną minę i
spojrzała na mnie. To był impuls... Nie bardzo myślałem nad tym, co
robię. A może jednak to było celowe? W każdym bądź razie miałem zamiar
zabić go tu i teraz. Zerwałem się z miejsca i wskoczyłem na Gerarda.
Zaskoczony chłopak nie zdążył zareagować, kiedy przyłożyłem mu z pięści w
twarz. Był większy i silniejszy, więc od razu zepchnął mnie z siebie.
Wstał, chwiejąc się i trzymając za oko. Nie żałowałem, wręcz cieszyłem
się z tego. Należało mu się! Czy on wiedział, co ja wtedy czułem?!
Kurde, miałem jej powiedzieć przy najbliższej okazji, a ten idiota
musiał wszystko spieprzyć! Teraz pewnie Rose się do mnie nie odezwie. A
ja nadal leżałem na dywanie, czekając aż mi odda. Wiedziałem, że dostanę
dwa razy mocniej, ale co mi tam... Mam tylko nadzieję, że zabolało go,
jak mu przywaliłem i że będzie pamiętał, bo następnym razem... Właśnie,
co mu zrobię? Prawda jest taka, że nie mam szans do dotknąć bez
zaskoczenia. Prawda jest taka, że już nigdy nie będzie tak wyjątkowej
dziewczyny jak Rosalie. Bo kto by się chciał kumplować z Mikey'em
Way'em, wiecznym nudziarzem i kujonem, a co dopiero z nim chodzić...
Powoli się podniosłem i zobaczyłem tylko Gerarda pół leżącego na kanapie
i chwila... Ktoś przy mnie klęczał. Nie był to Gee, ani Frank.
Rosalie...Przyszła do mnie, właśnie do mnie, mimo, iż to ja
prawdopodobnie podbiłem Gerardowi oko. Gerard to jej przyjaciel, a
teraz jest przy mnie i patrzy się na moją twarz niebieskimi oczami...
Wyglądała tak pięknie...Była dla mnie aniołem, nieziemską istotą,
pozwalającą mi oderwać się od codzienności.
Nagle trzasnęły drzwi i
po chwili w salonie pojawił się Frank. No tak, zapomniałem, przecież
miał swoje klucze... Właśnie siadałem koło Rosalie na kanapie.
Dziewczyna usiadło pomiędzy nami. Bałem się mojego brata.
-
Przepraszam, Mikey. - szepnął ledwie słyszalnie. Nie tyle mnie to
zdziwiło, co o mało bym zawału nie dostał. On takie coś powiedział?!
Ktoś mi podmienił brata! W sumie, może to i dobrze... Choć raz w życiu
chciałbym, żeby Gerard był taki... nie geradowy.. Hm... Czyżby teraz
okazał trochę współczucia swojemu młodszemu bratu, który w dodatku
podbił mu oko? Pasuje mi.
-Gee! Mój boże!-Frank podbiegł do
czarnowłosego, klękając przy nim i biorąc jego twarz w dłonie.-Co ci się
stało?!-wgapiał się w niego i nie miał zamiaru ustąpić. Nie wyglądało,
żeby Gerard chciał opowiadać o tym ze wszystkimi szczegółami.
- Nic... - spróbował jakoś ominąć Franka, lecz ten pociągnął go za rękaw, zmuszając do ponownego upadku na kanapę.
-
To ja. - uśmiechnąłem się krzywo, gdy oboje na mnie spojrzeli. Czułem
się jak na wyroku skazującym. Widziałem, jak Gee się męczy, więc
postanowiłem mu jakoś pomóc. Tak, teraz odegram rolę kochanego
braciszka. - No co? Gee powiedział... coś.
Nie chciałem mówić, o co
chodziło, bo Rose, właśnie przygotowująca popcorn w kuchni, mogłaby to
usłyszeć. Sam nie wiem, czego ja się boję. Może po prostu odrzucenia...
Tak naprawdę to obawiałem się takiego związku... na stałe. Jestem
jeszcze za młody, żeby o tym myśleć, ale ona... Bez wahania mógłbym
powiedzieć, że to dziewczyna moich marzeń. Miała poczucie humoru i fajny
styl. Z nią nie da się nudzić. i jestem pewien, że drugiej takiej nie
ma na świecie, więc muszę wykorzystać tą niepowtarzalną okazję.
Po
chwili blondynka weszła z wielką miską. Wszyscy rozsiedli się wygodnie
na kanapie. Każdy chciał znaleźć dla siebie jak najlepsze miejsce. I tak
było łatwiej, bo Frank siedział Gerardowi na kolanach. Oczywiście ja
musiałem najpierw szukać, potem włączać ten głupi film, a w międzyczasie
połowa popcornu była porozrzucana po całym pomieszczeniu. Jak dzieci...
Usiadłem
koło Rosalie, wcześniej zaciągając rolety i posłałem jej krótkie
spojrzenie. Nawet przy tym się zarumieniłem, tylko mam nadzieję, że nie
zauważyła, jak się przy niej czuję. Boję się nawet odezwać, bo mogę coś
spieprzyć jakimś głupim tekstem.
Wtuliłem się w swoje ręce i
skierowałem wzrok na ekran. Nie chciałem nic oglądać. Byłem za bardzo
pochłonięty własnymi myślami, żeby móc się na czymś skupić. Już po
chwili, zanim horror się rozkręcił, zmrużyłem oczy i zacząłem
zastanawiać się nad tym, jak to będzie. Jeszcze nigdy wcześniej nie
zdarzało mi się takie coś. Chyba po raz pierwszy jestem tak prawdziwie
zakochany i to chyba w dziewczynie kompletnie mną nie zainteresowaną.
Nawet
nie zauważyłem gdy coś ciężkiego wpadło mi na kolana, a zaraz potem
drugie "coś". Zdezorientowany ogarnąłem wzrokiem całe pomieszczenie.
Zobaczyłem Rosalie, która nawet nie zwróciła uwagi, co tu się dzieję.
Frank leżał na mnie, a na nim Gerard, całując go. Nie wiem, jak mi się
to udało, ale jednym ruchem zrzuciłem oboje z siebie.
- Won na górę! -
wskazałem palcem na schody. W końcu się ocknęli i spojrzeli na mnie
nieprzytomnym wzrokiem. Ponagliłem ich wzrokiem, po czym oboje wstali, z
lekka zawiedzeni. A czego oni się spodziewali? Że pozwolę im się lizać,
macać, gwałcić i jeszcze Bóg wie co, w dodatku na moim kolanach? Chyba
się przeliczyli.
- Jeszcze będziesz błagał, żebyśmy wrócili -
zadrwił czarnowłosy, po czym popchnął Franka w stronę schodów. Ale o co
mu chodzi? Dlaczego mam go błagać, żeby przyszedł z powrotem?
Zwróciłem
wzrok i spojrzałem na siedzącą obok dziewczynę. W tym momencie wszystko
zrozumiałem. Przecież wyrzucając ich, skazałem się na spędzenie czasu
sam na sam z Rose. No i co ja narobiłem? O czym mam z nią gadać? Nie
mogę siedzieć cicho, ignorując ją, a robiąc cokolwiek innego na pewno
się zbłaźnię. No brawo, Mikey. Jesteś geniuszem.
Usłyszałem ciche
śmiechy wchodzących na górę dwóch idiotów. Niech zgadnę, mieli już wobec
się jakieś dziwne zamiary. Ups, raczej bardziej zboczone, niż dziwne.
Cóż, nie wnikam.
Usiadłem z powrotem na kanapie. Zostałem sam na sam z
Rosalie i nie mam pojęcia, co powiedzieć. Nie wiedząc co ze sobą
zrobić, sięgnąłem po miskę z popcornem, znajdującą się między nami.
Wgapiając się w ekran wsunąłem rękę do naczynia. Poczułem coś dziwnego,
co z pewnością nie było popcornem. Przejechałem delikatnie palcem po
"tym czymś". No nie, dłoń Rose. Szybko cofnąłem rękę i zaczerwieniłem
się. No i co ja wyprawiam? Teraz już na pewno się do mnie nie odezwie...
Spuściłem wzrok gapiąc się w swoje splecione dłonie, oblepione solą z
popcornu.
- Mocniej! Mocniej! Mocniej! Masz takie duże coś, a tego
nie używasz debilu! - krzyki Franka przerwały tę niezręczną ciszę. O
Boże, jaki wstyd przy Rose. Czy oni naprawdę nie mogli sobie tego
darować? Albo chociaż robić to odrobinkę ciszej?
Odwróciłem głowę i
ujrzałem równie speszoną co ja, blondynkę. Swoje zgrabne dłonie mocno
zaciskała na szklance z napojem. Na jej twarzy gościł lekki grymas. Nie
mogę pozwolić, żeby tak się czuła. Muszę coś z tym, a raczej z nimi
zrobić.
- Idę ich uspokoić, za chwilę wrócę. - westchnąłem, podnosząc
się z kanapy. Dziewczyna odpowiedziała mi tylko lekkim skinieniem
głowy. Ruszyłem szybkim krokiem na górę, do pokoju Gerarda. Gdy dotarłem
do drzwi, nacisnąłem klamkę i gwałtownie wleciałem do środka.
- Czy
moglibyście ciszej się pieprz... - nie dokańczając zdania, stanąłem jak
wryty. Ku mnie zwróciły się dwie pary zdziwionych oczu. Oboje siedzieli
na podłodze, trzymając w dłoniach joysticki od konsoli. No pięknie.
Zrobiłem krok do przodu i spojrzałem na ekran, na którym widniały obrazy
z gry. Okazało się, że grali w te swoje bijatyki i inne tego typy
rzeczy, a "dużym czymś" okazałą się jakaś tam broń, należąca do postaci
Franka. - Już nie ważne... - szepnąłem, na co oni po chwili się
roześmiali. No tak, bardzo śmieszne...
- Skoro już sobie wszystko
wyjaśniliśmy, to możesz wrócić do swojej kobiety - odparł czarnowłosy,
szczerząc się do mnie najmocniej jak umiał. Zaraz po tym nic nieczający
Frank posłał mu pytające spojrzenie. Gee pochylił się na nim z wielkim
uśmiechem na twarzy wyszeptał mu coś do ucha.
- Serio?! - wykrzyknął radośnie brunet, klaskając w dłonie.
- No ta.
- Ale że w niej? - szybko zmienił tą radosną minę na bardziej zdziwioną.
- No chyba nie w tobie.
-
Uuu, słodko. - tym razem Frank zwrócił się do mnie. Jestem na sto
procent, że mój brat opowiedział mu, jaki to ja jestem zakochany w Rose.
A walcie wy się wszyscy.
- Jak widzisz, nie pieprzymy się, możesz
iść. Papa. - czarnowłosy pomachał mi na pożegnanie. Wyszedłem bez słowa,
zatrzaskując za sobą drzwi.
- Haha, frajer dał się nabrać - do moich uszu dobiegł ich donośny śmiech. Ah tak?! Zobaczymy!
Szybkim
krokiem wróciłem się do pokoju i ponownie stanąłem nieruchomo. Frank
leżał na podłodze, chichocząc jak debil, a Gerard na nim, tyle że trochę
niżej, obcałowując w najlepsze jego brzuch. W ogóle mnie nie zauważyli.
Albo raczej nie chcieli zauważyć.
- No co znowu? - warknął na mnie mój starszy brat - masz jakiś problem?
-
Tak, mam - odparłem stanowczo. Robiłem praktycznie wszystko, żeby nie
wracać do Rose. Nie wiem o czym z nią gadać. Wcześniej było jakoś
łatwiej, nie zwracałem na to uwagi, a jakoś było. Dlaczego musiałem się w
niej zakochać?!
- Idź sobie, bo obgryzę ci stopy do kości -
powiedział i wpił się w usta Franka. Zje mi stopy. Cudownie. Razem z
brunetem popatrzyliśmy na niego jak na idiotę, ale on nie zdawał sobie
nic z tego robić. Ciszę przerwało burknięcie w brzuchu Franka.
- O,
Mikey - zwrócił się do mnie czarnowłosy, przerywając pocałunek - skoro
tak bardzo ci się nudzi, to możesz iść zrobić coś do jedzenia.
- Ale...
- Frankowy brzuszek jest głodny i masz przynieść jedzenie! - krzyknął.
-
Ale Gee, nie trzeba... - wtrącił się brunet, lekko zdziwiony
zachowaniem swojego chłopaka. No właśnie, od kiedy on się tak troszczy o
kogoś?
- Cicho. Trzeba. Poza tym Rose może mu pomóc i w ten oto
sposób spędzą razem trochę czasu. - spojrzał na mnie, poruszając
zabawnie brwiami. Z jednej strony miał rację, z drugiej niekoniecznie.
Trochę głupio mi było ją prosić o robienie żarcia dla nich, ale jeśli
przez to mielibyśmy spędzić czas nieco ciekawiej niż siedzenie w ciszy,
to czemu nie?
- Niech będzie. Ale nie liczcie na jakieś
pięciogwiazdkowe danie. Co najwyżej mogę wam frytki zrobić. - mruknąłem i
ruszyłem do kuchni.
***
O dziwo Rose się ucieszyła, kiedy poprosiłem ją o pomoc. Pewnie
dlatego, że bardzo się nudziła, a gotowanie wydawało się chyba jedyną
atrakcją w tym domu. I przyznam, że świetnie się razem bawiliśmy. Czas
bardzo szybko nam zleciał. Nawet nie wiem kiedy przestałem się przy niej
krępować i zacząłem z nią normalnie rozmawiać, co bardzo ułatwiało mi
życie. Po humorze dziewczyny można wywnioskować, że również jej się
podobało. Niby takie nudne zajęcie, a ile radości może przynieść.
Wliczając oczywiście radość Franka i Gerarda, których głód w końcu
będzie zaspokojony. No chyba, że im nie będzie smakować... Ale to już
nie moja sprawa.
Wsunąłem się do pokoju z wielkim talerzem, nawet
nie pukając. Chłopcy byli zajęci... no czym? Całowaniem, bo jakżeby
inaczej? Tyle, że nie leżeli już na podłodze, a na łóżku. Jestem ciekaw
ile razy zmieniali miejsce pobytu podczas mojej nieobecności?
- Macie. Smacznego. - burknąłem i położyłem naczynie z frytkami na biurku.
-
Dzięki. Wiesz, że cię kocham, nie? - wyszczerzył się i zaczął karmić
Franka frytkami, mimo że ten wyrywał się, twierdząc, że sam też potrafi.
-
Tak, pewnie. - odparłem i wyszedłem z pokoju. Z nic niewyrażającym
wyrazem twarzy wróciłem na dół. O dziwo, w salonie nie było nikogo.
Światło i telewizor były zgaszone. Rosalie pewnie już poszła. Kurde, ja
zawsze muszę stracić idealną okazje, tylko dlatego, że byłem pieprzonym
tchórzem. To przez tych tam! Gdyby tak nie... krzyczeli, to pewnie bym
zaczął z nią jakąś nie klejącą się rozmowę o byle czym.
Wbiegłem do przedpokoju i zobaczyłem blondynkę, zakładającą czarną, skórzaną kurtkę.
- Rose? - spytałem cicho.
- Sorki, Mikes. Muszę już iść. - zrobiła przepraszającą minę. Dobra, Mikey, raz się żyję.
-
Może cię odprowadzę? - słowa te z niewyobrażalną łatwością przeszły mi
przez gardło. Sam się dziwiłem, że głos mi nie zadrżał, chociaż w środku
mnie, panował totalny chaos. Teraz tylko muszę się skupić, żeby nie
palnąć czegoś głupiego. Ta, niby łatwe, ale wcale tak nie jest. Nie mogę
się przecież nie odzywać przez całą drogę.
Wyszliśmy, zatrzaskując
za sobą drzwi. Ruszyłem wolnym krokiem ulicą. Niebo było szarawe, a
latarnie dawały nikły blask na chodnik. Co ja mam robić? Powinienem
złapać ją za rękę, czy ograniczyć się do zwykłej rozmowy? Może
powinienem... Nie, na to jeszcze za wcześnie. A może...? Sam już nie
umiałem połapać się w tym wszystkim. Z jednej strony bardzo chciałem
zrobić jakiś krok, a z drugiej wahałem się. Nie oczekuję niczego od
Rose, bo przecież to ja jestem w niej zakochany, a nie odwrotnie. Kurde,
przydałby się Gerard, Może nienawidzę go za to, co zrobił, ale na
dziewczynach to on się zna, mimo, iż jest gejem. Po raz pierwszy, od
czasów, kiedy byłem mały i bałem się spać sam, chciałem, żeby Gee teraz
tutaj był.
Nawet nie zauważyłem, gdy Rose się zatrzymała. O mało
co przeszedłbym obok, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Cały ten
czas starałem się wymyślić... coś, żeby, choćby w minimalnym stopniu,
pokazać jej, co czuję. Wydaję mi się, że już to zrobiłem, kiedy rzuciłem
się na Gerarda, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Super, straciłem
możliwość, że byliśmy sam na sam. Ale czy odważyłbym się? I tak już za
późno. Brawo ja!
Nagle usłyszałem dźwięczny śmiech za sobą. Wszędzie bym go rozpoznał. Należał do najwspanialszej dziewczyny na świecie...
- Mikey, brałeś coś? - spytała, uśmiechając się do mnie słodko.
-
Co? Ja? Eee... - złapałem się za głowę, patrząc na blondynkę. Pewnie
rzeczywiście wyglądałem, jakbym się czegoś naćpał. Odwróciłem głowę w
geście zawstydzenia, ale zaraz potem poczułem ciepłe usta na moim
policzku.
- Dzięki za odprowadzenie. - musnęła delikatnie moją dłoń i po chwili zniknęła za drzwiami.
A
ja stałem jak wryty przed jej domem. Czasem mam wrażenia, że to ja
bardziej nadaję się na dziewczynę w tym... cóż, trudno to nazwać
związkiem. To nawet nie jest na etapie początkowym... Muszę to zmienić,
muszę się postarać o Rose. Warto, wiem, że warto...
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz