Gerard
-
Frank... - wyszeptałem, gdy już się od niego odsunąłem. Cały czas
spoglądałem w jego cudowne, czekoladowe oczy. Wyglądał, jakby zapomniał o
tym, co usłyszał od Mikey'a. To znaczy... nie wliczając opuchniętych
oczu, rozczochranych ciemnych włosów i tych ślicznych usteczek, które
teraz dygotały, lekko uchylone. Ten jego urok wcale nie pomagał w
obecnej sytuacji. No Iero, do cholery, musisz być taki uroczy w
najgorszym momencie mojego... twojego... a może naszego życia? - Frank,
musimy poważnie porozmawiać. Bardzo poważanie...
- Gerard,
przerabiałem już ten temat z mamą... - zaśmiał się. Jego nastrój
gwałtownie się zmienił. Nawet nie spodziewał się, co zaraz mu powiem. Po
krótkiej chwili zastanowienia dodał - Ale skoro tak bardzo chcesz.
Stałem otępiały, kiedy chłopak się do mnie przybliżał. Poczułem jego
delikatne wargi na moich ustach. Nie zdążył zrobić nic więcej, ponieważ
odepchnąłem go od siebie na całą długość ręki. Dlaczego zrobił takie
coś? Wybaczył mi? Wybaczył każdy pocałunek z Lyn-z, każdą zdradę,
kłamstwo?
- Nie, Frank... - powiedziałem cicho, zagryzając wargę.
Sam nie wierzyłem w to, co zaraz zrobię. Być może będzie to najlepsza,
albo najgorsza decyzja podjęta w moim życiu. Wolałbym pierwszą opcję. Ja
po prostu... chcę najlepiej dla niego. Żeby nie musiał już cierpieć...
przeze mnie. Mam wielką nadzieję, że dobrze to rozegram i wszystko
dobrze się potoczy...
Chłopak spojrzał mi w oczy swoim smutnym, a
zarazem i błagalnym wzrokiem. Przez to jego spojrzenie zrobiło mi się
strasznie głupio, aż miałem ochotę powiedzieć, że to nieważne i rzucić
się na niego. A potem bym go przytulał, całował i robił z nim inne
rzeczy, tak długo, jakby tylko chciał. Bo chciał na pewno. No ale...
Gerard, uspokój się. Nie po to tutaj przyszedłeś, pamiętasz?
-
Frankie, ja... - zatrzymałem się na chwilę i wziąłem głęboki oddech.
Odwróciłem wzrok i zacząłem oglądać wszystko dookoła, byle tylko nie
napotkać jego przepełnionego żalem spojrzenia. Gdy już w końcu byłem
gotowy, by cokolwiek powiedzieć, zwróciłem oczy ku jego czekoladowym
tęczówkom i złapałem go za rękę. Nie protestował, co nawet nie zdziwiło
mnie tak bardzo. - Ja... na początku chciałem cię bardzo przeprosić. Za
wszystko... za to, że tyle razy nieumyślnie cię krzywdziłem, że przeze
mnie i przez wszystkie moje głupie błędy musiałeś tak cierpieć. Naprawdę
tego nie chciałem... Błagam, wybacz mi...
- Gerard, ale...
-
Cśś. - uciszyłem go, przykładając mu palec do ust, zanim zdążył
cokolwiek powiedzieć. To było dla mnie bardzo trudne, więc gdyby mi
przerwał, na pewno bym się zaciął i już nie mógłbym wydusić z siebie
słowa. A tego nie chciałem. Marzyłem o tym, żeby ta rozmowa już się
skończyła. Nie! Nie mam wcale na myśli tego, żeby jak najszybciej
rozstać się z Franiem. Po prostu te słowa ciężko przechodzą mi przez
gardło, kiedy tylko pomyślę, ile ze sobą przeżyliśmy... Tyle wspaniałych
miesięcy, żeby teraz to wszystko runęło... Ale ja nie chcę go porzucać
na dobre, że już nigdy nie mielibyśmy się zobaczyć. Co to to nie. Nadal
chcę się z nim przyjaźnić i być z nim najbliżej jak się da, ale tylko
jako przyjaciele, nic więcej... Nasz związek i tak by już pewnie nie
wypalił, gdyż nasze relacje tak drastycznie się zmieniły. To już nie
było to co kiedyś, i zapewne już nigdy tamte uczucia by nie wróciły...
-
Przepraszam, za wszystko... Ale... musimy to zakończyć. Nie chcę cię
już więcej ranić... Przepraszam - wyjąkałem. W końcu, nie wiem jakim
cudem, udało mi się to powiedzieć. Miałem tylko mały promyczek nadziei,
że się nie zezłości na mnie za to. Przecież byliśmy ze sobą już bardzo
długo, a on przez ten cały okres był mi wierny, z kolei ja... niezbyt.
To ja go tyle razy zdradziłem, obrażałem a on... ciągle mi wybaczał, bo
mu zależało. I nadal zależy... Byłem zbyt głupi, żeby do dostrzec.
Dopiero Mikey mi to wyjaśnił... Niby wkurzający, młodszy brat, ale
jednak w poważnych sprawach potrafi być pomocny.
- Ty... ty ze mną
zrywasz? - spojrzał na mnie niedowierzająco. Właśnie takiej reakcji
najbardziej się obawiałem. Nie chciałem, żeby mnie nienawidził. Mieliśmy
się rozstać w przyjaźni, a nie...
- Tak, przepraszam...
Cisza.
Zbyt długa. Nie patrzyliśmy na siebie, a sytuacja stawała się coraz
bardziej krępująca. Byłoby dużo prościej, gdyby po prostu przywalił mi w
pysk i zwyzywał od idiotów, bo przecież na to sobie zasłużyłem. I
zniósłbym to bardziej, niż to bezczynne stanie. No niech on się w końcu
odezwie.
- Tak, rozumiem. - szepnął, po chwili rozmyślań. Nie
spodziewałem się tego. Już szykowałem policzek na jego cios, ale on nic
nie zrobił. Po prostu stał przede mną ze smutną miną. Nadal trzymałem go
za rękę. Nie chciałem go puszczać, bo wiedziałem, że jeśli to zrobię,
stracę go. Ale już nie było odwrotu. Cokolwiek bym teraz zrobił i tak on
by już nigdy nie był mój, nie ufałby mi. I szczerze, to w wcale bym się
nie zdziwił. Chyba nikt by nie chciał być partnerem takiego dupka,
jakim jestem ja...
- Jest już późno, chyba powinieneś już iść... - powiedział ściszonym głosem, wlepiając wzrok w podłogę.
- Frank...
-
Wyjdź. - to słowo wypowiedział już bardziej stanowczo i wręcz wypchnął
mnie za drzwi, zamykając mi je przed nosem. Chwilę później usłyszałem
cichy huk, co oznaczało, że chłopak najwyraźniej zsunął się po drzwiach i
siedzi teraz skulony pod nimi.
Delikatnie oparłem dłoń na
drzwiach. W jednym momencie poczułem ból. Było mi tak strasznie głupio,
że w ogóle tu przyszedłem i powiedziałem coś takiego. Chciałem dobrze, a
oczywiście zrobiłem źle. No ale czego innego można się po mnie
spodziewać? Przecież ja zawsze wszystko muszę spierdolić...
Po
moich policzkach spływały strumienie łez. Nie powstrzymywałem ich. Nie
chciałem... nie potrafiłem... Boże, dlaczego ja jestem takim debilem?
Przez własną głupotę straciłem najważniejszą osobę w moim życiu. Ale ja
przecież chciałem dobrze...
Moja ręka zsunęła się z drzwi, a ja
wycofałem się o parę kroków. Przed oczami miałem wizję Franka, skulonego
i zapłakanego... a to wszystko znowu przeze mnie...
Otarłem oczy
wierzchem dłoni, ale to nie pomogło. Nadal były pełne łez, przez co
prawie niczego nie widziałem. Odwróciłem się na pięcie i wolnym krokiem
ruszyłem w stronę domu. Nadal nie mogłem pojąć, że właśnie zakończyłem
to wszystko... Nie mogłem przyjąć do wiadomości, że już nigdy go nie
przytulę, nie pocałuję... że już nigdy nie będzie "nas".
Frank
Jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w miejsce, gdzie przed
sekundą stał mój Gerard. No, teraz już nie mój, tylko tej suki...
Bezskutecznie próbowałem sobie go wyobrazić, że za moment ktoś podejdzie
do mnie i powie, że to żart. Ta, dobry mi żart...Chyba koszmar! Ale
niestety, nic się takiego nie stało. W całym domu panowała kompletna
cisza, przerywana moimi płytkimi oddechami. Wraz z jego wyjściem
straciłem wszystko. Moje, i tak niewarte nic, życie, skomplikowało się
jeszcze bardziej. Najbardziej przerażający był jednak fakt, że nie
mogłem kompletnie nic zrobić. To tylko kilka, z pewnością,
nieprzemyślanych słów, a już skreśla moją miłość i szansę na choć
odrobinę szczęścia. Gerard był dla mnie wszystkim. Dziwnie mówić o nim w
czasie przeszłym, jakby zginął, czy coś takiego. Ale chyba nie powiem,
że jest. Chciałbym, żeby czas się cofnął, chociaż o kilka minut. Może
wtedy moja reakcja różniła by się trochę od tamtej, za którą mam ochotę
sobie przywalić, ale tak porządnie. "W porządku"?! Taa, jasne.
Przed poznaniem Gee było dobrze. Nie narzekałem na swoje życie. W
szkole, jak w szkole. Nikt nie chciał ze mną gadać, a nawet jeśli, to po
co? Pasowało mi to, że jestem sam w swoim małym świecie i robię rzeczy,
które mi się podobają. Ale potem... W te wspaniałe wakacje spotkałem
Gee. I było nawet lepiej niż wspaniale. Cieszyłem się każdą minutą
spędzoną z nim, a te chwile były po prostu magiczne. Wtedy sobie nawet
nie wyobrażałem, że mógłbym normalnie funkcjonować bez Gerarda. Sama
myśl, że kiedyś miałbym zostać całkiem sam była zabawna. No, może nie do
końca sam, ale świat dzielony bez tej jednej jedynej osoby wydawał się
być przerażający. I w końcu stało się to, czego najbardziej się
obawiałem. Nasze relacje stopniowo się psuły i... Chwila Nie było już
"nas". Jestem tylko ja i oni. Fuj. Nadal nie rozumiem jak on mógł
związać się z kimś takim. Gee...
Upadłem na kolana i rozszlochałem
się na dobre. Tego nie można było nazwać płaczem, tylko prawdziwą
histerią, taką, którą miewa często moja matka. Boże... Gdzie jest moja
miłość?! Czy ja naprawdę już nic dla niego nie znaczę?! Błagam,
wróć...Niech Gerard otworzy te pieprzone drzwi, weźmie mnie w swoje
silne ramiona, a potem tuli, powtarzając, że żartował. Wybaczyłbym mu,
nawet na to, co powiedział. Może i to było cholernie egoistyczne, ale w
końcu to Gerard, no! Poszedłbym za nim na koniec świata, jeżeli tylko
mógłbym codziennie patrzeć na idealną twarz i malinowe, słodkie usta,
które całowałbym przy każdej możliwej okazji. Mmm...
Rozmarzyłem się,
trochę za bardzo. Za daleko się posunąłem. Myślałem, że jak będę się z
nim częściej widział i powtarzał, co do niego czuję, to zatrzymam go
przy sobie. Nie miałem pojęcia, że to jest potworny błąd. Przesadzałem i
pewnie dlatego ode mnie odszedł. Za mocno na niego naciskałem i miał
mnie już po prostu dosyć. Przy Lyn-z pewnie czuje się lepiej, swobodnie,
a ja...
- Gerard, przepraszam. - załkałem, sam dokładnie nie wiedząc
do kogo. Ściany w tym domu raczej mi nie pomogą. Ale chwila... Moja
matka zaraz może wrócić z pracy. Możliwe, że już nawet stoi za drzwiami i
podsłuchuje, co jej głupi syneczek ma do powiedzenia... Samemu sobie.
Szybko
się podniosłem i pobiegłem jak na zabicie do swojego pokoju. Nie
zważając na przeróżne rzeczy walające mi się pod nogami, jakoś
przebrnąłem przez to pobojowisko i rzuciłem na łóżko bezwładne ciało.
Ogólnie zwłoki Franka Iero. No bo człowiekiem nie można tego było
nazwać. I bez lustra mogłem stwierdzić jak wyglądam. Potargane włosy,
czerwone oczy, blady jak trup. Oh, błagam was. Lepiej, żeby nikt mnie
teraz nie widział, bo zawału dostanie.
Zostałem sam,
całkiem...Chociaż ja się o żadne towarzystwo nie proszę, zwłaszcza, że
coraz bardziej jestem przekonany,że powinienem to zrobić. Już nikogo nie
obchodzę. No bo po co komuś taki Frank w totalnej rozsypce? Mikey ma
Rose, Gee Lyn-z, reszta przeżyje beze mnie. W sumie moi najbliżsi
przyjaciele-Mikey, Rose i, niestety już nie, Gerard-pomagali mi, kiedy
byłem smutny, czy coś. Czas, żeby się odwdzięczyć, ale nie miałem na to
siły. No to, żebym nie był im wdzięczny, po prostu...Teraz się do tego
nie nadawałem. Wczas zauważyłem, że to ja zawsze, o każdej porze, męczę
ich swoimi problemami, a nigdy nie dałem czegoś w zamian. Może dlatego,
że Mikes nie przechodzi częstych załamań..Nie do końca o to mi chodziło.
Oni byli prawdziwymi przyjaciółmi, a ja tylko z tego korzystałem.
Jestem okropny...I oto kolejny argument, żeby wreszcie to zrobić.
Zastanawiałem się nad tym dość długo i każda sekunda daje mi coraz
więcej pewności. Z każdym dniem przekonuje się, ile znaczę dla innych.
Nic, prawie nic. To uczucie było jak ogień wewnątrz mnie. Bolało i to
bardzo. Nie mogłem się pogodzić ze stratą Gerarda. Najważniejsza osoba w
moim życiu zostawiła mnie. wystarczyło kilka słów, żeby moje serce
rozerwało się na pół. Tak jakby nie starczał mi codzienny widok jego i
Lindsey, obmacujących się. Skoro wiedział, to czemu ciągnął to tak
długo? A ja, głupi, miałem nadzieję, że się ułoży. Myślałem, że tylko
tymczasowo zauroczył się tą dziewczyną, i po jakimś czasie przejdzie.
No, ale jak widać "nadzieja matką głupich". Chyba naiwnych... Ale
dlaczego myślenie o tym wszystkim przychodzi mi z takim spokojem? Odkąd
leże na własnym łóżku nie uroniłem ani kropelki łzy. Mój oddech się
uspokoił, nawet nie szlochałem. Prawdopodobnie przez to, iż wiedziałem
bardzo dokładnie, co zaraz nastąpi. Podjąłem decyzję i nie zamierzam jej
zmienić.
Wstałem i wolnym krokiem skierowałem się do łazienki.
Rzuciłem ostatnie, tęskne spojrzenie na pokój i zamknąłem drzwi na
klucz. Żeby nikt nie mógł się tu dostać i mi przeszkodzić. To dla
twojego dobra, Frank. Prędzej, czy później musiało się tak skończyć.
Będzie dobrze. Już nikomu nie będziesz przeszkadzał, nie będziesz
ciężarem dla przyjaciół, ani dla samego siebie.
Wyjąłem z szafki
jakąś żyletkę, nawet nie fatygując się sięgnąć po czystą, bo ta była
trochę zardzewiała. Ale po co mi to? Czy to ważne? Za kilka minut będę
wolny. Czułem się dobrze z tą myślą i raczej miałem pewność, że nikt mi
nie przeszkodzi. Zanim wyważy drzwi, zanim ktokolwiek tu przyjdzie będę
za późno. I dobrze...Nikt nie ma prawa mi zakazać. To moja decyzja i
tego się trzymam. I choćby się waliło i paliło dopnę w końcu swego.
Ból był nie do wytrzymania. Nie, nie chodzi o ten fizyczny. Byłem
wykończony... Po co żyć dalej jak nie masz dla kogo? No właśnie. Nie ma
żadnego powodu. Gerard odszedł i nie wróci. Nie oszukujmy się. To tylko i
wyłącznie moja wina i to ja zasługuje na karę. Ale śmierć nie jest
karą. Chyba, że będzie powolna i bolesna. Nie było tego w moich planach.
Miałem zamiar zginąć szybko, bez pomocy kogoś innego. A może tak by
było łatwiej? Podejść do jakiegoś, z założenia, niebezpiecznego kolesia,
pookurzać go trochę i gotowe. Albo oddać się w ręce jakiejś mafii. Ta,
tyko gdzie ja takie coś znajdę... Dobre rozwiązanie, przynajmniej
miałbym pewność, że się nie zawaham. Gdybym odsunął rękę, wszystko
byłoby stracone. Jestem pewien, że drugi raz nie odważyłbym się
przystawić tego ostrego przedmiotu do swojego nadgarstka. Sam nie wiem,
czego bardziej bym żałował. Z jednej strony chciałbym zakończyć całe
przedstawienie z Gerardem. Wystarczy kilka cięć, trochę bólu i po
sprawie. Dam radę. Zrobię to. Nie chcę być wytykany palcami przez ludzi w
szkole. Nie chcę być znowu nieakceptowany. To za dużo jak na mnie.
Nawet nie wyobrażam sobie, że coś takiego mogłoby się zdarzyć. Moje
dotychczas nawet spokojne życie runęło w gruzach. Jeszcze chwila, a
popadnę w depresję. Ale to się nie zdarzy. Wtedy już dawno mnie nie
będzie. Podobała mi się ta wizja. Nadzieja na lepszy świat. Choć z
drugiej strony wyszedłbym na egoistę nie myślącego o swojej rodzinie.
Nie pożegnałem się z matką, z nikim się nie pożegnałem. Uciekam od
własnych problemów, raniąc bliskie mi osoby. Czy mnie to w tej chwili
obchodzi? Nie, nie bardzo. Zachowuję się jak dupek w stosunku do nich,
chociaż tak wiele im zawdzięczam. Zwłaszcza Lindzie. Wychowała mnie,
starała się jak mogła, a jej odpłacam takim czymś. Nie ma co...Wzorowe
dziecko. Ale czy ona zrozumie? Nie, nigdy nie pojmie mojej miłości do
Gerarda. Ma pojęcie ile razy mnie skrzywdził i pewnie uważa, że lepiej
dać sobie spokój. Otóż tak nie jest. Nie poddam się, nie zrezygnuję.
Dzisiejsze wydarzenia dały mi do myślenia. Wiem na pewno, co powinienem
robić. Ucieczka w doskonały świat, bez żadnego bólu, bez cierpienia.
Piękna śmierć to dobra śmierć.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon.
Mimo, że był lekki czułem jak ciąży mi w kieszeni. Musiałem napisać
do... No nie wiem, chociażby do Mkey'a. Nie czułbym się z tym dobrze,
zostawiając ich bez żadnego słowa. Niech wiedzą, że mi na nich zależy.
Bo zależy i to bardzo. Ciężko opuszczać wszystko, co do tej pory znałem i
kochałem. Ale nie mógłbym patrzeć codziennie na swoje odbicie w lustrze
i widzieć...Człowieka, jako kłębek nerwów z depresją w dodatku.
Drżącymi palcami powoli wystukałem wiadomość, wiele razy wahając się, czy wysłać, czy nie. "Mikey,
Rose, Gee...Wszyscy. Kocham was bardziej niż myślicie. Byliście moją
najbliższą rodzina, zawsze mnie wspieraliście i za to wam dziękuje.
Gerard...Przepraszam, nie powinienem był się tak narzucać. Kocham cię.
Nie mogę dłużej tego ciągnąć...Wiecie o co mi chodzi. No to...Żegnajcie.
Nigdy o was nie zapomnę. P.S. Powiedzcie mojej mamie, że ją kocham i
przepraszam." Przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby zapisać
moje stare skarpetki w testamencie do Lindsey, ale szybko o tym
zapomniałem. Przecież nie powinienem w takiej chwili żartować. A ta
wiadomość. To się bardziej nadawało na mowę pożegnalną, a nie na sms-a.
Nacisnąłem "wyślij", które w pewnym sensie kończyło moje marne życie.
Wziąłem żyletkę do ręki i przystawiłem do swojej bladej skóry. Muszę to
zrobić... W przeciwnym razie ktoś przyjdzie tu na czas, powstrzyma mnie,
a później wyśle do zakładu dla obłąkanych. Tak musi być. Przycisnąłem
brzytwę mocniej, a po chwili na moim ubraniu pojawiła się plama
szkarłatu.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz