niedziela, 14 października 2012

Rozdział 40

Gerard
- Frank... - wyszeptałem, gdy już się od niego odsunąłem. Cały czas spoglądałem w jego cudowne, czekoladowe oczy. Wyglądał, jakby zapomniał o tym, co usłyszał od Mikey'a. To znaczy... nie wliczając opuchniętych oczu, rozczochranych ciemnych włosów i tych ślicznych usteczek, które teraz dygotały, lekko uchylone. Ten jego urok wcale nie pomagał w obecnej sytuacji. No Iero, do cholery, musisz być taki uroczy w najgorszym momencie mojego... twojego... a może naszego życia? - Frank, musimy poważnie porozmawiać. Bardzo poważanie...
- Gerard, przerabiałem już ten temat z mamą... - zaśmiał się. Jego nastrój gwałtownie się zmienił. Nawet nie spodziewał się, co zaraz mu powiem. Po krótkiej chwili zastanowienia dodał -  Ale skoro tak bardzo chcesz.
  Stałem otępiały, kiedy chłopak się do mnie przybliżał. Poczułem jego delikatne wargi na moich ustach. Nie zdążył zrobić nic więcej, ponieważ odepchnąłem go od siebie na całą długość ręki. Dlaczego zrobił takie coś? Wybaczył mi? Wybaczył każdy pocałunek z Lyn-z, każdą zdradę, kłamstwo?
- Nie, Frank... - powiedziałem cicho, zagryzając wargę. Sam nie wierzyłem w to, co zaraz zrobię. Być może będzie to najlepsza, albo najgorsza decyzja podjęta w moim życiu. Wolałbym pierwszą opcję. Ja po prostu... chcę najlepiej dla niego. Żeby nie musiał już cierpieć... przeze mnie. Mam wielką nadzieję, że dobrze to rozegram i wszystko dobrze się potoczy...
  Chłopak spojrzał mi w oczy swoim smutnym, a zarazem i błagalnym wzrokiem. Przez to jego spojrzenie zrobiło mi się strasznie głupio, aż miałem ochotę powiedzieć, że to nieważne i rzucić się na niego. A potem bym go przytulał, całował i robił z nim inne rzeczy, tak długo, jakby tylko chciał. Bo chciał na pewno. No ale... Gerard, uspokój się. Nie po to tutaj przyszedłeś, pamiętasz?
- Frankie, ja... - zatrzymałem się na chwilę i wziąłem głęboki oddech. Odwróciłem wzrok i zacząłem oglądać wszystko dookoła, byle tylko nie napotkać jego przepełnionego żalem spojrzenia. Gdy już w końcu byłem gotowy, by cokolwiek powiedzieć, zwróciłem oczy ku jego czekoladowym tęczówkom i złapałem go za rękę. Nie protestował, co nawet nie zdziwiło mnie tak bardzo. - Ja... na początku chciałem cię bardzo przeprosić. Za wszystko... za to, że tyle razy nieumyślnie cię krzywdziłem, że przeze mnie i przez wszystkie moje głupie błędy musiałeś tak cierpieć. Naprawdę tego nie chciałem... Błagam, wybacz mi...
- Gerard, ale...
- Cśś. - uciszyłem go, przykładając mu palec do ust, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. To było dla mnie bardzo trudne, więc gdyby mi przerwał, na pewno bym się zaciął i już nie mógłbym wydusić z siebie słowa. A tego nie chciałem. Marzyłem o tym, żeby ta rozmowa już się skończyła. Nie! Nie mam wcale na myśli tego, żeby jak najszybciej rozstać się z Franiem. Po prostu te słowa ciężko przechodzą mi przez gardło, kiedy tylko pomyślę, ile ze sobą przeżyliśmy... Tyle wspaniałych miesięcy, żeby teraz to wszystko runęło... Ale ja nie chcę go porzucać na dobre, że już nigdy nie mielibyśmy się zobaczyć. Co to to nie. Nadal chcę się z nim przyjaźnić i być z nim najbliżej jak się da, ale tylko jako przyjaciele, nic więcej... Nasz związek i tak by już pewnie nie wypalił, gdyż nasze relacje tak drastycznie się zmieniły. To już nie było to co kiedyś, i zapewne już nigdy tamte uczucia by nie wróciły...
- Przepraszam, za wszystko... Ale... musimy to zakończyć. Nie chcę cię już więcej ranić... Przepraszam - wyjąkałem. W końcu, nie wiem jakim cudem, udało mi się to powiedzieć. Miałem tylko mały promyczek nadziei, że się nie zezłości na mnie za to. Przecież byliśmy ze sobą już bardzo długo, a on przez ten cały okres był mi wierny, z kolei ja... niezbyt. To ja go tyle razy zdradziłem, obrażałem a on... ciągle mi wybaczał, bo mu zależało. I nadal zależy... Byłem zbyt głupi, żeby do dostrzec. Dopiero Mikey mi to wyjaśnił... Niby wkurzający, młodszy brat, ale jednak w poważnych sprawach potrafi być pomocny.
- Ty... ty ze mną zrywasz? - spojrzał na mnie niedowierzająco. Właśnie takiej reakcji najbardziej się obawiałem. Nie chciałem, żeby mnie nienawidził. Mieliśmy się rozstać w przyjaźni, a nie...
- Tak, przepraszam...
  Cisza. Zbyt długa. Nie patrzyliśmy na siebie, a sytuacja stawała się coraz bardziej krępująca. Byłoby dużo prościej, gdyby po prostu przywalił mi w pysk i zwyzywał od idiotów, bo przecież na to sobie zasłużyłem. I zniósłbym to bardziej, niż to bezczynne stanie. No niech on się w końcu odezwie.
- Tak, rozumiem. - szepnął, po chwili rozmyślań. Nie spodziewałem się tego. Już szykowałem policzek na jego cios, ale on nic nie zrobił. Po prostu stał przede mną ze smutną miną. Nadal trzymałem go za rękę. Nie chciałem go puszczać, bo wiedziałem, że jeśli to zrobię, stracę go. Ale już nie było odwrotu. Cokolwiek bym teraz zrobił i tak on by już nigdy nie był mój, nie ufałby mi. I szczerze, to w wcale bym się nie zdziwił. Chyba nikt by nie chciał być partnerem takiego dupka, jakim jestem ja...
- Jest już późno, chyba powinieneś już iść... - powiedział ściszonym głosem, wlepiając wzrok w podłogę.
- Frank...
- Wyjdź. - to słowo wypowiedział już bardziej stanowczo i wręcz wypchnął mnie za drzwi, zamykając mi je przed nosem. Chwilę później usłyszałem cichy huk, co oznaczało, że chłopak najwyraźniej zsunął się po drzwiach i siedzi teraz skulony pod nimi.
  Delikatnie oparłem dłoń na drzwiach. W jednym momencie poczułem ból. Było mi tak strasznie głupio, że w ogóle tu przyszedłem i powiedziałem coś takiego. Chciałem dobrze, a oczywiście zrobiłem źle. No ale czego innego można się po mnie spodziewać? Przecież ja zawsze wszystko muszę spierdolić...
  Po moich policzkach spływały strumienie łez. Nie powstrzymywałem ich. Nie chciałem... nie potrafiłem... Boże, dlaczego ja jestem takim debilem? Przez własną głupotę straciłem najważniejszą osobę w moim życiu. Ale ja przecież chciałem dobrze...
  Moja ręka zsunęła się z drzwi, a ja wycofałem się o parę kroków. Przed oczami miałem wizję Franka, skulonego i zapłakanego... a to wszystko znowu przeze mnie...
  Otarłem oczy wierzchem dłoni, ale to nie pomogło. Nadal były pełne łez, przez co prawie niczego nie widziałem. Odwróciłem się na pięcie i wolnym krokiem ruszyłem w stronę domu. Nadal nie mogłem pojąć, że właśnie zakończyłem to wszystko... Nie mogłem przyjąć do wiadomości, że już nigdy go nie przytulę, nie pocałuję... że już nigdy nie będzie "nas".


Frank

  Jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w miejsce, gdzie przed sekundą stał mój Gerard. No, teraz już nie mój, tylko tej suki... Bezskutecznie próbowałem sobie go wyobrazić, że za moment ktoś podejdzie do mnie i powie, że to żart. Ta, dobry mi żart...Chyba koszmar! Ale niestety, nic się takiego nie stało. W całym domu panowała kompletna cisza, przerywana moimi płytkimi oddechami. Wraz z jego wyjściem straciłem wszystko. Moje, i tak niewarte nic, życie, skomplikowało się jeszcze bardziej. Najbardziej przerażający był jednak fakt, że nie mogłem kompletnie nic zrobić. To tylko kilka, z pewnością, nieprzemyślanych słów, a już skreśla moją miłość i szansę na choć odrobinę szczęścia. Gerard był dla mnie wszystkim. Dziwnie mówić o nim w czasie przeszłym, jakby zginął, czy coś takiego. Ale chyba nie powiem, że jest. Chciałbym, żeby czas się cofnął, chociaż o kilka minut. Może wtedy moja reakcja różniła by się trochę od tamtej, za którą mam ochotę sobie przywalić, ale tak porządnie. "W porządku"?! Taa, jasne.
  Przed poznaniem Gee było dobrze. Nie narzekałem na swoje życie. W szkole, jak w szkole. Nikt nie chciał ze mną gadać, a nawet jeśli, to po co? Pasowało mi to, że jestem sam w swoim małym świecie i robię rzeczy, które mi się podobają. Ale potem... W te wspaniałe wakacje spotkałem Gee. I było nawet lepiej niż wspaniale. Cieszyłem się każdą minutą spędzoną z nim, a te chwile były po prostu magiczne. Wtedy sobie nawet nie wyobrażałem, że mógłbym normalnie funkcjonować bez Gerarda. Sama myśl, że kiedyś miałbym zostać całkiem sam była zabawna. No, może nie do końca sam, ale świat dzielony bez tej jednej jedynej osoby wydawał się być przerażający. I w końcu stało się to, czego najbardziej się obawiałem. Nasze relacje stopniowo się psuły i... Chwila Nie było już "nas". Jestem tylko ja i oni. Fuj. Nadal nie rozumiem jak on mógł związać się z kimś takim. Gee...
  Upadłem na kolana i rozszlochałem się na dobre. Tego nie można było nazwać płaczem, tylko prawdziwą histerią, taką, którą miewa często moja matka. Boże... Gdzie jest moja miłość?! Czy ja naprawdę już nic dla niego nie znaczę?! Błagam, wróć...Niech Gerard otworzy te pieprzone drzwi, weźmie mnie w swoje silne ramiona, a potem tuli, powtarzając, że żartował. Wybaczyłbym mu, nawet na to, co powiedział. Może i to było cholernie egoistyczne, ale w końcu to Gerard, no! Poszedłbym za nim na koniec świata, jeżeli tylko mógłbym codziennie patrzeć na idealną twarz i malinowe, słodkie usta, które całowałbym przy każdej możliwej okazji. Mmm...
Rozmarzyłem się, trochę za bardzo. Za daleko się posunąłem. Myślałem, że jak będę się z nim częściej widział i powtarzał, co do niego czuję, to zatrzymam go przy sobie. Nie miałem pojęcia, że to jest potworny błąd. Przesadzałem i pewnie dlatego ode mnie odszedł. Za mocno na niego naciskałem i miał mnie już po prostu dosyć. Przy Lyn-z pewnie czuje się lepiej, swobodnie, a ja...
- Gerard, przepraszam. - załkałem, sam dokładnie nie wiedząc do kogo. Ściany w tym domu raczej mi nie pomogą. Ale chwila... Moja matka zaraz może wrócić z pracy. Możliwe, że już nawet stoi za drzwiami i podsłuchuje, co jej głupi syneczek ma do powiedzenia... Samemu sobie.
Szybko się podniosłem i pobiegłem jak na zabicie do swojego pokoju. Nie zważając na przeróżne rzeczy walające mi się pod nogami, jakoś przebrnąłem przez to pobojowisko i rzuciłem na łóżko bezwładne ciało. Ogólnie zwłoki Franka Iero. No bo człowiekiem nie można tego było nazwać. I bez lustra mogłem stwierdzić jak wyglądam. Potargane włosy, czerwone oczy, blady jak trup. Oh, błagam was. Lepiej, żeby nikt mnie teraz nie widział, bo zawału dostanie.
  Zostałem sam, całkiem...Chociaż ja się o żadne towarzystwo nie proszę, zwłaszcza, że coraz bardziej jestem przekonany,że powinienem to zrobić. Już nikogo nie obchodzę. No bo po co komuś taki Frank w totalnej rozsypce? Mikey ma Rose, Gee Lyn-z, reszta przeżyje beze mnie. W sumie moi najbliżsi przyjaciele-Mikey, Rose i, niestety już nie, Gerard-pomagali mi, kiedy byłem smutny, czy coś. Czas, żeby się odwdzięczyć, ale nie miałem na to siły. No to, żebym nie był im wdzięczny, po prostu...Teraz się do tego nie nadawałem. Wczas zauważyłem, że to ja zawsze, o każdej porze, męczę ich swoimi problemami, a nigdy nie dałem czegoś w zamian. Może dlatego, że Mikes nie przechodzi częstych załamań..Nie do końca o to mi chodziło. Oni byli prawdziwymi przyjaciółmi, a ja tylko z tego korzystałem. Jestem okropny...I oto kolejny argument, żeby wreszcie to zrobić. Zastanawiałem się nad tym dość długo i każda sekunda daje mi coraz więcej pewności. Z każdym dniem przekonuje się, ile znaczę dla innych. Nic, prawie nic. To uczucie było jak ogień wewnątrz mnie. Bolało i to bardzo. Nie mogłem się pogodzić ze stratą Gerarda. Najważniejsza osoba w moim życiu zostawiła mnie. wystarczyło kilka słów, żeby moje serce rozerwało się na pół. Tak jakby nie starczał mi codzienny widok jego i Lindsey, obmacujących się. Skoro wiedział, to czemu ciągnął to tak długo? A ja, głupi, miałem nadzieję, że się ułoży. Myślałem, że tylko tymczasowo zauroczył się tą dziewczyną, i po jakimś czasie przejdzie. No, ale jak widać "nadzieja matką głupich". Chyba naiwnych... Ale dlaczego myślenie o tym wszystkim przychodzi mi z takim spokojem? Odkąd leże na własnym łóżku nie uroniłem ani kropelki łzy. Mój oddech się uspokoił, nawet nie szlochałem. Prawdopodobnie przez to, iż wiedziałem bardzo dokładnie, co zaraz nastąpi. Podjąłem decyzję i nie zamierzam jej zmienić.
  Wstałem i wolnym krokiem skierowałem się do łazienki. Rzuciłem ostatnie, tęskne spojrzenie na pokój i zamknąłem drzwi na klucz. Żeby nikt nie mógł się tu dostać i mi przeszkodzić. To dla twojego dobra, Frank. Prędzej, czy później musiało się tak skończyć. Będzie dobrze. Już nikomu nie będziesz przeszkadzał, nie będziesz ciężarem dla przyjaciół, ani dla samego siebie.
  Wyjąłem z szafki jakąś żyletkę, nawet nie fatygując się sięgnąć po czystą, bo ta była trochę zardzewiała. Ale po co mi to? Czy to ważne? Za kilka minut będę wolny. Czułem się dobrze z tą myślą i raczej miałem pewność, że nikt mi nie przeszkodzi. Zanim wyważy drzwi, zanim ktokolwiek tu przyjdzie będę za późno. I dobrze...Nikt nie ma prawa mi zakazać. To moja decyzja i tego się trzymam. I choćby się waliło i paliło dopnę w końcu swego.
  Ból był nie do wytrzymania. Nie, nie chodzi o ten fizyczny. Byłem wykończony... Po co żyć dalej jak nie masz dla kogo? No właśnie. Nie ma żadnego powodu. Gerard odszedł i nie wróci. Nie oszukujmy się. To tylko i wyłącznie moja wina i to ja zasługuje na karę. Ale śmierć nie jest karą. Chyba, że będzie powolna i bolesna. Nie było tego w moich planach. Miałem zamiar zginąć szybko, bez pomocy kogoś innego. A może tak by było łatwiej? Podejść do jakiegoś, z założenia, niebezpiecznego kolesia, pookurzać go trochę i gotowe. Albo oddać się w ręce jakiejś mafii. Ta, tyko gdzie ja takie coś znajdę... Dobre rozwiązanie, przynajmniej miałbym pewność, że się nie zawaham. Gdybym odsunął rękę, wszystko byłoby stracone. Jestem pewien, że drugi raz nie odważyłbym się przystawić tego ostrego przedmiotu do swojego nadgarstka. Sam nie wiem, czego bardziej bym żałował. Z jednej strony chciałbym zakończyć całe przedstawienie z Gerardem. Wystarczy kilka cięć, trochę bólu i po sprawie. Dam radę. Zrobię to. Nie chcę być wytykany palcami przez ludzi w szkole. Nie chcę być znowu nieakceptowany. To za dużo jak na mnie. Nawet nie wyobrażam sobie, że coś takiego mogłoby się zdarzyć. Moje dotychczas nawet spokojne życie runęło w gruzach. Jeszcze chwila, a popadnę w depresję. Ale to się nie zdarzy. Wtedy już dawno mnie nie będzie. Podobała mi się ta wizja. Nadzieja na lepszy świat. Choć z drugiej strony wyszedłbym na egoistę nie myślącego o swojej rodzinie. Nie pożegnałem się z matką, z nikim się nie pożegnałem. Uciekam od własnych problemów, raniąc bliskie mi osoby. Czy mnie to w tej chwili obchodzi? Nie, nie bardzo. Zachowuję się jak dupek w stosunku do nich, chociaż tak wiele im zawdzięczam. Zwłaszcza Lindzie. Wychowała mnie, starała się jak mogła, a jej odpłacam takim czymś. Nie ma co...Wzorowe dziecko. Ale czy ona zrozumie? Nie, nigdy nie pojmie mojej miłości do Gerarda. Ma pojęcie ile razy mnie skrzywdził i pewnie uważa, że lepiej dać sobie spokój. Otóż tak nie jest. Nie poddam się, nie zrezygnuję. Dzisiejsze wydarzenia dały mi do myślenia. Wiem na pewno, co powinienem robić. Ucieczka w doskonały świat, bez żadnego bólu, bez cierpienia. Piękna śmierć to dobra śmierć.
  Wyciągnąłem z kieszeni telefon. Mimo, że był lekki czułem jak ciąży mi w kieszeni. Musiałem napisać do... No nie wiem, chociażby do Mkey'a. Nie czułbym się z tym dobrze, zostawiając ich bez żadnego słowa. Niech wiedzą, że mi na nich zależy. Bo zależy i to bardzo. Ciężko opuszczać wszystko, co do tej pory znałem i kochałem. Ale nie mógłbym patrzeć codziennie na swoje odbicie w lustrze i widzieć...Człowieka, jako kłębek nerwów z depresją w dodatku.
  Drżącymi palcami powoli wystukałem wiadomość, wiele razy wahając się, czy wysłać, czy nie. "Mikey, Rose, Gee...Wszyscy. Kocham was bardziej niż myślicie. Byliście moją najbliższą rodzina, zawsze mnie wspieraliście i za to wam dziękuje. Gerard...Przepraszam, nie powinienem był się tak narzucać. Kocham cię. Nie mogę dłużej tego ciągnąć...Wiecie o co mi chodzi. No to...Żegnajcie. Nigdy o was nie zapomnę. P.S. Powiedzcie mojej mamie, że ją kocham i przepraszam." Przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby zapisać moje stare skarpetki w testamencie do Lindsey, ale szybko o tym zapomniałem. Przecież nie powinienem w takiej chwili żartować. A ta wiadomość. To się bardziej nadawało na mowę pożegnalną, a nie na sms-a. Nacisnąłem "wyślij", które w pewnym sensie kończyło moje marne życie. Wziąłem żyletkę do ręki i przystawiłem do swojej bladej skóry. Muszę to zrobić... W przeciwnym razie ktoś przyjdzie tu na czas, powstrzyma mnie, a później wyśle do zakładu dla obłąkanych. Tak musi być. Przycisnąłem brzytwę mocniej, a po chwili na moim ubraniu pojawiła się plama szkarłatu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz