niedziela, 14 października 2012

Rozdział 11

Frank

*
Leżę na podłodze. Ogarnia mnie przerażająca ciemność. Nie mam sił, by wstać. Nie widzę nic, prócz dwóch lekko zarysowanych sylwetek, stojących niedaleko mnie. Jedna postać chyba mnie dostrzegła, bo zaczęła iść w moim kierunku. Gdy była już dostatecznie blisko, uklękła przy mnie. Dostrzegłem, iż był to dobrze znany mi chłopak. Gerard. Wierzchem dłoni delikatnie pogładził mnie po policzku, po czym wyszeptał:
Żegnaj, Frankie...
Wstał i oddalił się ode mnie. Podszedł do drugiej postaci, najwyraźniej dziewczyny. Przypominała Jennę.  Chłopak zbliżył się do niej i namiętnie pocałował. Po chwili oboje, trzymając się za ręce odeszli w głąb tych strasznych ciemności. A ja zostałem sam. Zupełnie sam...
*
Zalany potem szybko podniosłem się z łóżka. Z przerażeniem zacząłem rozglądać się po pokoju. Po moim policzku popłynęły łzy, gdy zauważyłem coś dziwnego. Nie obok mnie Gerarda! To nie może być prawda. Skuliłem się i wpakowałem głowę w poduszkę. To chyba jakiś zły sen, on nie mógł mnie zostawić. Zacząłem głośno szlochać. Nagle drzwi do pokoju uchyliły się.  Podniosłem głowę i spojrzałem w tamtą stronę. Zobaczyłem w nich znajomego chłopaka. Szybko wstałem z łóżka i podbiegłem do niego. Objąłem chłopaka mocno w pasie, podczas gdy on stał zszokowany. Po chwili jednak przytulił mnie mocno.
- Co się stało Frankie? – spytał z troską.
- Nie zostawiaj mnie! Obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz! - krzyknąłem, a z moich
oczu wypłynęła kolejna fala łez.
- Frank! Co ci strzeliło do głowy?  Nie zostawię cię, nigdy! Obiecuję. Kocham cię...
- J-ja c-cie-b-bie te-ż. - zdołałem powiedzieć przez łzy.
  Chłopak posadził mnie na łóżku i mocno przytulił, prawie miażdżąc mi żebra.
- Co się dzieje Frankie?
- N-nic. T-to tylko z-zły sen. - mówiłem nadal łkając.
-  Skarbie, no nie płacz. Jestem przy tobie. –chłopak otarł moje mokre od łez policzki.
- Gee?
- Ta?
- Wyjdziemy dzisiaj gdzieś? Nudzi mi się... - zrobiłem grymas, jak małe dziecko.
- Jeżeli noga cię już nie boli, to nie mam nic przeciwko. - posłał mi swój rozbrajający uśmiech. Odwzajemniłem go. Delikatnie pocałowałem chłopaka w usta i
skierowałem się w stronę drzwi.
- Ej! - powiedział Gerard. - Liczyłem na coś więcej. - zrobił przy tym taką słodką minę.
- Na pieszczoty trzeba sobie zasłużyć. - odparłem,  cicho chichocząc i poszedłem w stronę kuchni.
  Zaparzyłem kawę i postawiłem na stole. Wpatrywałem się w obłoczki pary unoszące się znad filiżanki. Po chwili do stołu dosiadł się Gee.
- Pośpiesz się. Chcę wyjść wcześnie, by móc spędzić z tobą jak najwięcej czasu.
Jednym łykiem wypiłem kawę i już miałem otworzyć drzwi, gdy spostrzegłem, ze nie mam na sobie koszulki. - Niech to szlag. - Tą, którą miałem na sobie, rzuciłem gdzieś w kąt parę minut temu. - Gee, możesz mi przynieść jakąś koszulkę? - zawołałem.
- Jak dla mnie, to możesz iść bez. - spojrzał na mnie zadziornie.
- Gerard, nie wygłupiaj się!
  Chłopak po chwili pojawił się na dole z koszulką w ręku. Szybko ją na siebie włożyłem i razem z chłopakiem wyszedłem na zewnątrz.
Słońce raziło po oczach, a delikatny wietrzyk lekko rozwiewał włosy mojego partnera. Wyglądał cudownie. Jak zwykle udaliśmy się na spacer po parku.
   Po jakieś godzinie bezcelowego błądzenia po alejkach, usiedliśmy w cieniu wielkiego drzewa. Gerard spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami, zbliżył się do mnie powoli i namiętnie pocałował. Pozostaliśmy w takiej pozycji przez jakieś 5 minut. Ludzie przechodzili koło nas, komentując albo śmiejąc się. Mało mnie to obchodziło w takiej chwili.
-Ekhm... - odwróciłem wzrok na stojącą nad nami postać, przerywając pocałunek. Przez chwilę nie mogłem do końca dostrzec, kto to był.
-Mikey? - spytał zdziwiony Gerard.
-A kto inny? - odpowiedział ironicznie.- Mam do ciebie sprawę, Frank.
-Do mnie?
-Czego znów od niego chcesz? - wtrącił się Gee.
-Frank już wie, o co chodzi. - powiedział, po czym zwrócił się w moją stronę - Chodź ze mną.
Podniosłem się z trawy i ruszyłem za chłopakiem, zostawiając Gerarda samego sobie.
-Frank, pamiętasz o naszej umowie?
-Jakiej?
-Płyta mojego zespołu...
-Ach tak! Sorki Mikey, ale zapomniałem. Załatwię ci ją na pojutrze, zgoda?
-Może być, ale to ostatni termin. Inaczej wszystko się wyda.
-Ok, ok. Będziesz ją miał.-powiedziałem i poszedłem z powrotem do Gerarda.
-Co chciał? - spytał podejrzliwie chłopak.
-Nic, nic. Chciał tylko pogadać.
-Z tobą?
Nie zdążyłem nic już odpowiedzieć, ponieważ przed nami pojawiły się kolejne dwie postacie.
-Gerry! - krzyknęła kobieta i rzuciła się chłopakowi na szyję. Zasypywała go buziakami, zostawiając na jego policzkach czerwone ślady szminki. Mężczyzna, niczym nie wzruszony, stał nadal w tym samym miejscu. Wszędzie rozpoznałbym tą twarz.
-Mamo! - krzyknął Gee.
-Przepraszam kochanie. Po prostu stęskniłam się za tobą.
Po chwili dołączył do nas Mikey, który za plecami matki, naśladował ją, tak, że ojciec trzepnął go w głowę.
-Auć! A to za co to było?!
-Dobrze wiesz, za co.- mężczyzna po raz pierwszy się odezwał.
-Gerry, słonko. Mamy do ciebie z ojcem prośbę. Powiedz mu, kochanie…
-No więc... Matka i ja chcieliśmy cię zapytać, czy chcesz wrócić do domu.
-Prosimy...-kobieta spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.
Propozycja wydawała się dość kusząca.   Przecież mi i Gerardowi i tak zaczynało brakować środków na utrzymanie.
-Ale tylko pod jednym warunkiem. Frank zamieszka z nami. - odpowiedział po chwili chłopak.
-W porządku! - wykrzyknęła nagle kobieta.- Zależy nam na tobie i za wszelką cenę chcemy, żebyś wrócił do domu.
Gee chyba chciał sprawdzić ich reakcję, bo chwycił mnie mocno w pasie, gwałtownym ruchem przyciągnął do siebie i pocałował w usta.
-Fuj! - skomentował tylko Mikey, ale na rodzicach nie wywarło to żadnej reakcji.
Po chwili, gdy zdołałem się oderwać od Gerarda, wszyscy ruszyliśmy w stronę jego domu.

                   ***
  Weszliśmy do domu. Wziąłem Franka za rękę i pociągnąłem do swojego pokoju. Tak dawno w nim nie byłem, że już nawet zapomniałem, jak wygląda.
  Razem z moim partnerem niepewnie wsunęliśmy się do środka. Panowały tu ciemności. Zapaliłem światło. Naszym oczom ukazał się nieduży pokój ze ścianami pomalowanymi na ciemny fiolet. Gdzieniegdzie porozwieszane były plakaty rockowych zespołów. Tuż obok okna stała pięknie zdobiona, wielka szafa. Zaraz przy niej znajdowała się czarna skórzana kanapa. Na przeciwko drzwi stało duże łóżko, a tuż obok niego biurko zawalone stertą moich rysunków. Po tak długim czasie nieobecności spodziewałem się dziesięciocentymetrowej warstwy kurzu, jednak było tu niebywale czysto. Zapewne moja matka tu sprzątała. To miłe z jej strony.
  Usiadłem niedbale na kanapie, przyglądając się Frankowi, który nieśmiało rozglądał się po pokoju.
- Usiądź sobie, nie wstydź się. - powiedziałem z lekkim uśmieszkiem.
Niepewnie podszedł do mnie i usiadł obok.
- Coś się stało, Frankie? - spytałem z troską obejmując go ramieniem. - Wszystko w porządku?
Chłopak nie odpowiedział, lecz wpił się agresywnie w moje usta, popychając do pozycji leżącej. Po chwili położył się na mnie, kontynuując pocałunek. Byłem zaskoczony tą sytuacją, jednak odwzajemniałem jego pieszczoty. Po chwili zdołałem się jednak od niego oderwać.
- Ej! A to co miało znaczyć?! - spytałem niby oburzony.
- Takie tam... moje aktorskie zdolności. - odparł z pięknym uśmiechem.
Nie mogłem się oprzeć. Złączyłem nas w namiętnym pocałunku. Z każdą sekundą całowałem go coraz nachalniej. W pewnym momencie zrzuciłem go z siebie, tak że wylądował na podłodze. Zsunąłem się z kanapy i położyłem na nim. Zacząłem składać pocałunki na jego szyi. Z ust chłopaka wydobywały się ciche jęki. Ściągnąłem jego koszulkę i rzuciłem gdzieś na drugi koniec pokoju. Całowałem go po nagim torsie, gdy nagle drzwi pomieszczenia otworzyły się, a w progu stanął Mikey. Wgapiał się w nas z obrzydzeniem wypisanym na twarzy.
- Eeee... ja do Franka... - powiedział lekko zmieszany.
- Nie widzisz, że jest zajęty?! - warknąłem na niego z miną psychopaty.
- Dobra, dobra, już idę. - chyba go wystraszyłem, bo wyleciał z pokoju jak z procy.
- No, to na czym skończyliśmy? - z zadziornym uśmieszkiem spojrzałem na Franka, który słodko chichotał po zaistniałej przed chwilą sytuacji.
- Buzi. – odpowiedział z zacieszem na twarzy.
Bez dłuższego namysłu agresywnie wpiłem się w jego wargi.  Oddawał pocałunki z wielkim zaangażowaniem. Po chwili wstałem i chwyciłem jego dłoń. Mocno pociągnąłem go w górę, tak że był zmuszony do wstania.  Zaprowadziłem go do mojego łóżka. Oboje, wtuleni w siebie, opadliśmy na materac. Znalazłem dogodne miejsce na jego klatce piersiowej i wtulony w nią głową usnąłem.

0 komentarze:

Prześlij komentarz