No to ten... Nie sprawdzałam błędów w tekście, bo chciałam dodać jak najszybciej. W końcu musieliście długo czekać. Nie mam teraz za bardzo czasu na odpisywanie na komentarze, więc zrobię to jutro. Aktualizując ten post napiszę również pewne informacje. A teraz czytajcie o uroczej randce naszej Franczeski.
EDIT: No to teraz te informacje, które obiecałam.
1. Rozdziały będę dodawać wieczorami, gdyż ostatnio często nie ma mnie w domu popołudniami. Nie ustalam dla nich jednego terminu, będą nieregularnie.
2. Mam do was taką prośbę. Otóż widniejąca po prawej stronie lista blogów nie jest kompletna, ponieważ nie miałam za bardzo czasu. Więc... Chciałabym was poprosić o podanie adresu swojego bloga, jeśli go nie ma w liście. Ja go tam dodam i zabiorę się za komentowanie.
A co do kolejnego rozdziału; popracuję sobie przez weekend, więc może jakoś do poniedziałku się wyrobię. ;D
EDIT2: Jutro rozdział dodam już na pewno. Chciałam skończyć dzisiaj, jednak okazało się że jutro mamy prawie na każdej lekcji kartkówki i chyba z 2 sprawdziany. Ale na pocieszenie powiem, że jutrzejszy rozdział będzie najdłuższym rozdziałem w historii bloga.
+ Było by miło, gdybyście odwiedzili tego bloga ;D
____________________________________________________________________________
Frank
Ponownie sięgnąłem po szczotkę, próbując uporządkować nią busz znajdujący się na mojej głowie. Myślałem, że szlag mnie trafi. Nijak nie mogłem ogarnąć swoich ciemnych kudłów. Ciągle jakieś odstawały w złą stronę albo po prostu układały się w nieodpowiedni sposób. I to w dodatku w tak ważny dzień! Dzisiaj był piątek, a to oznacza, że spotykam się z Jeffrey'em. Idę na randkę, idę na randkę! Gdybym był całkiem sam w tym wielkim domu na pewno zaczął bym skakać z radości, piszcząc przy tym jak te słodkie idiotki w różnych serialach, które Rose ogląda.
Poprawiłem moją zajebistą fryzurę jeszcze raz. No nie, siedziałem nad nią już chyba z godzinę, a i tak wyglądałem, jakbym dopiero co wstał z łóżka. Wkurzające. Co ja miałem z nią zrobić? Za niedługo Jeffrey po mnie przyjdzie, a ja nie zdążę się przygotować. Dobra, wdech, wydech. Będzie dobrze. Przecież mamy jeszcze jedno wyjście. A mianowicie...
- Bandit! - Krzyknąłem, wychylając głowę zza drzwi mojego pokoju. Miałem szczęście, bo czarnowłosa dziewczynka akurat szwendała się po korytarzu ze swoim wiernym towarzyszem - pluszowym misiem z niebieską wstążeczką na szyi. Jestem ciekaw, czy ona kiedykolwiek się z nim rozstaje. - Mam wielką prośbę. Mogłabyś mi z tym pomóc? - Spytałem, wskazując na moją głową, kiedy mała weszła do pomieszczenia. Ona tylko uśmiechnęła się promiennie, kiwając potakująco głową. Gestem dłoni pokazała mi, abym usiadł na łóżku, co też od razu uczyniłem. Pomknęła do łazienki, z której wzięła szczotkę i parę innych rzeczy, o których istnieniu nawet nie wiedziałem i po powrocie usadowiła się za moimi plecami. Trochę mnie przerażało to, co ona zrobi mi z głową, ale zaufałem jej i siedziałem spokojnie, w ogóle się nie odzywając. Dziewczynka wzięła szczotkę, grzebień czy czym tam to było i zaczęła przeczesywać moje włosy. Dziwiło mnie, że praktycznie nic nie czułem. Robiła wszystko ostrożnie, przez co nawet nie szarpała, jak pewna osoba, którą wszyscy znamy . Grr, Mikey zawsze wyrywał mi przy tym garści włosów. Jakiż on był niedelikatny. Już wiem, czemu nie mają dzieci. Rose najzwyczajniej musi się bać czy jej ukochany nie uszkodziłby jej podczas wiadomych rzeczy.
- Skończyłam! - Niemal wrzasnęła mi do ucha, kiedy przestała nakładać mi coś na głowę. Nawet szybko poszło. Wziąłem lusterko, które czarnowłosa mi podała i przejrzałem się w nim. Cały "zabieg" zajął niecałe dziesięć minut, a efekt był zniewalający. Nie chwaląc się, byłem naprawdę śliczny. Nie, wcale się nie chwalę, w ogóle.
- Dzięki, Ban - powiedziałem i posłałem jej prześliczny uśmiech. Mój wybawca. Gdyby nie ona, na pewno nie zdążyłbym się wyrobić na czas. Kochana mała istotka.
- Idziesz na randkę? - Spytała, szczerząc swoje małe ząbki.
- Ja? Nie, to znaczy tak... eh - nie wiedziałem co powiedzieć. W sumie to będzie randka, ale nie mogę jej o tym powiedzieć. Przecież może zacząć wypytywać z kim idę, a co mam jej wtedy powiedzieć? Że idę z chłopakiem? Wystraszyłaby się. Chyba sobie stworzę niewidzialną dziewczynę, żeby mieć o kim opowiadać Ban. Ugh, ja przecież nawet nie lubię dziewczyn. Oprócz Rose i Bandit. One są takie wyjątkowe i ich nie da się nienawidzić.
- Yay, to świetnie! Zaraz wracam! - Wykrzyknęła radośnie i wybiegła z pokoju, zostawiając pluszaka. Rozstała się z nim, dziwne. Już po chwili wróciła z kosmetyczką. W kosmetyczkach zwykle znajdują się kosmetyki, prawda? Czu ona... czy ona chce mnie pomalować? Jeśli nie będę po tym wyglądać jak dziewczyna to okay, zgadzam się. - Zrobię cię na bóstwo!
Nie powiedziałem już nic. Po prostu pozwoliłem jej działać. Co jak co, ale ona miała wprawę w takich rzeczach, chociaż sama nigdy nie robiła sobie takiego czegoś. Trochę dziwne. No chyba, że ćwiczyła na jakiś lalkach, bo miała ich naprawdę dużo. Nie żeby coś, ale była trochę rozpieszczona. Trochę bardzo.
- Zamknij oczy - rozkazała, co posłusznie wykonałem. Robiła mi jakieś dziwne życie, ciągle czymś kreśliła mi czymś po twarzy. Po jakimś czasie skończyła. Znowu przejrzałem się w lusterko i zaniemówiłem. To jak idealnie podkreśliła mi oczy kredką powalało. Skąd w niej tyle perfekcji? Dziwne to dziecko.
- Dzięki Ban.
- Cśś. Jeszcze ciuchy! - Radośnie klasnęła w dłonie i podbiegła do mojej szafy. Otworzyła ją i niemal wpadła do środka. Zaczęła przegrzebywać moje rzeczy, aż w końcu coś znalazła. Podała mi czarne spodnie, oczywiście rurki, a do tego szarą koszulkę z krótkim rękawkiem. No, miała gust jak na małą dziewczynkę. Wziąłem to wszystko i wszedłem do łazienki, by się przebrać. Zrobiłem to bardzo szybko. Ostatni raz przejrzałem się w dużym lustrze i już chciałem wychodzić, gdy coś przyciągnęło moją uwagę. Spojrzałem na wewnętrzną stronę mojej ręki. "Zdobiły" ją liczne, białe blizny. Na samo wspomnienie o tym, w jaki sposób się tam znalazły, skrzywiłem się. Nawet jeśli kiedyś chciałbym zapomnieć o Gerardzie, to te paskudne pamiątki będą mi o nim przypominać. Bandit także zdążyła je zauważyć, jednak gdy pytała, wykręcałem się czymś w stylu "taki tam wypadek przy pracy". Ona oczywiście uwierzyła.
Wróciłem do pokoju, gdzie czekała dziewczynka. Pokazałem się jej, okręcając się wokoło. Uznała, że wyglądam świetnie. Z uśmiechem na ustach wcisnąłem do kieszeni komórkę i trochę kasy. Nigdy nie wiadomo gdzie Jeff mnie wyciągnie, a znając jego wybierze coś drogiego. Jak dla mnie to moglibyśmy pójść nawet na te zwyczajne lody, byle by tylko spędzić razem czas. A on? On nie. U niego wszystko musi być najdroższe i najwspanialsze. Już wiele razy przekonywałem go, że to niepotrzebne, ale ten zwykle odpowiadał mi zdaniem "Mój cukiereczek zasługuje na wszystko, co najlepsze". I jak tu do takiego przemówić?
Podziękowałem ładnie Bandit i wyszedłem ze swojego pokoju. Zbiegłem po schodach na dół i dorwałem moje kochane trampki. Szybko je na siebie włożyłem i jeszcze raz spojrzałem do lustra. Mogłem powiedzieć, że wyglądałem zjawiskowo.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Chciałem pójść i je otworzyć, lecz niestety ktoś mnie wyprzedził. Nie kto inny jak Gerard z nożem w ręku. Zapowiadało się bardzo ciekawie.
- Em, cześć. Frank już jest gotowy? - Usłyszałem nieco zmieszany głos blondyna. Aż się boję pomyśleć co on czuł, kiedy drzwi otworzył mu czarnowłosy z miną, jakby chciał go zabić na miejscu. Jakoś w ogóle nie potrafię zrozumieć dlaczego wszyscy mają taki uraz do Jeffa. Przecież on jest taki słodki, uroczy, śliczny, miły, cudowny... i jeszcze wiele innych pozytywnych przymiotników. Czemu więc tak go nie lubią? Chyba nigdy się tego nie dowiem.
- Nie, ... - Nie zdążył dokończyć, bo zepchnąłem go na bok i podbiegłem do Jeffa. Jego przecudny wygląd przykuł moją uwagę. Miał na sobie czarne conversy i tego samego koloru rurki oraz białą koszulkę. Na górę narzucił skórzaną kurtkę, przez co bardziej mi się spodobał. Chociaż... jak dla mnie to nawet w worku na ziemniaki byłby przepiękny.
- Świetnie wyglądasz - wyszeptał chłopak, kiedy się na niego rzuciłem, ściskając go z całej siły. Przez chwilę patrzyłem w brązowawe tęczówki blondyna. Rzadko kiedy spotykałem osoby o jasnych włosach z ciemnym odcieniem oczu. Jasnowłosi zwykle posiadają niebieskie tęczówki, a tu proszę. Mój Jeff był wyjątkowy.
Całkowicie ignorując Gerarda zaczęliśmy się delikatnie całować. Nasze powieki były zamknięte, a usta delikatnie się muskały. Wcale nam nie przeszkadzało, że stoimy sobie w progu domu Way'ów i tak po prostu się miziamy. Nic nas nie obchodziło.
Po króciutkiej chwili zostałem brutalnie odciągnięty od mojego kochanka. Czarnowłosy mocno wyszarpał mnie za ramię z powrotem do domu, następnie rzucając tylko "żegnam" i zamykając Jeffrey'owi drzwi przed nosem. To było niemiłe, a można by nawet powiedzieć, że wredne. Co się dzisiaj z nim dzieje? I po co mu ten nóż, do jasnej cholery?!
- Co ty wyprawiasz? - Zadał to pytanie dość nieprzyjemnym głosem. Oparł się plecami o drzwi i spojrzał na mnie jak na wroga. Jego wzrok był ostry niczym brzytwa. Przez chwilę naprawdę się Go bałem.
- Co ja wyprawiam?! Chyba tobie powinno się zadać to pytanie! I po cholerę ci ten nóż?! - Wrzasnąłem, nieco już zdenerwowany zaistniałą sytuacją. Mam randkę i żaden jebany Gerard Way nie będzie mi tego zabraniał. Ja mu jakoś nie przeszkadzałem, kiedy latał za Lyn-z. W ślubu też mu nie przerwałem, co nawet mnie zdziwiło. Mogłem mu tam wpaść siekierą, tak jak on tu z nożem i udupić mu tą jego niezwykle śliczną żonkę. Mogłem, ale tego nie zrobiłem. A szkoda.
- Kroiłem jabłko na sok dla Bandit, nie wolno? - Odparł z dziwną jak dla niego powagą. Nie odpowiedział na moje główne pytanie i zmienia temat. Skrzywdzę go zaraz.
- Mhm, mogę już iść?
- Nie.
- Nie, ponieważ...? - Spytałem, lekko unosząc jedną brew. Chciałem jak najszybciej się stąd wyrwać, żeby wskoczyć prosto w jego ramiona. Później poszlibyśmy na jakąś ładną łąkę czy tam nad staw i byśmy sobie siedzieli i przytulali cały dzień, leniwie muskając się wargami. To było takie tam moje małe marzenie. Chyba odpłynąłem, bo zacząłem się błogo uśmiechać, podczas gdy Way zabijał mnie wzrokiem. No proszę, dwie korzyści z jednego. Mogę sobie pofantazjować jednocześnie wkurzając Gerarda. Pasuje mi taki układ.
- Nie, ponieważ ja tak mówię. Idź do siebie, natychmiast - rozkazał, po czym ponaglił mnie gestem dłoni. Wkurwiony ruszyłem w stronę schodów, szepcząc pod nosem coś w stylu "suka". Nie, nie ulegnę mu tak łatwo. On nie ma prawa mną rządzić, nie jest przecież moim ojcem.
Powoli wchodziłem na górę, jednocześnie wyciągając z kieszeni spodni swój telefon. Szybko wystukałem wiadomość do Jeffa, informując go, żeby poszedł na tył domu. Doczłapałem się do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Podszedłem do okna i zacząłem się z nim mocować. Trochę czasu mi to zajęło, gdyż nie umiałem poradzić sobie z tą przeklętą klamką. Gdy w końcu mi się to udało, usiadłem na parapecie, ostrożnie przekładając nogi na drugą stronę. Jeffrey już czekał na mnie na dole, gotowy w każdej chwili mnie złapać. Zeskoczyłem najciszej jak potrafiłem na dach ganku, a następnie na ziemię, prosto w objęcia mojego ukochanego.
- Tęskniłem... - zamruczał, wciskając twarz w moją szyję. Przez moje ciało przeszedł lekki dreszcz. Uciekłem z domu, robiąc na przekór Gerardowi. Najcudowniejsze uczucie na świecie. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że Way na pewno zadzwoni do swojego kochanego braciszka i wszystko mu wyśpiewa, po czym ja dostane ostry opieprz. Gdy wrócę do domu, będą kolejne krzyki, tym razem w wykonaniu Gee, a jak już poskarżę się Jeffrey'owi, on również na mnie nawrzeszczy, bo nie chcę się do niego przeprowadzić. Nie, stop. To nie jest tak, że ja nie chcę z nim mieszkać, bo bardzo tego pragnę, ale są pewne przeszkody. Mikey i Rose są temu przeciwni. Co prawda nie są oni moimi rodzicami, ja jestem już dorosły i oni mają tak jakby gówno do powiedzenia, jednak w przeszłości zawsze mi pomagali. Nigdy nie zdarzyło się, żeby doradzili mi źle albo po prostu mnie olali. Byli przy mnie zawsze wtedy, kiedy ich potrzebowałem. Nawet wtedy, kiedy Gee... No i znowu o tym myślę, chociaż mam randkę z Jeffem. Kocham mojego chłopaka, jest dla mnie bardzo ważny, jednak nie potrafię wyrzucić z głowy Gerarda. Ciągle gnębią mnie te wszystkie wspomnienia, niektóre piękne, a inne... są po prostu straszne, ale nie umiem się ich pozbyć. Powracają najczęściej w chwilach, kiedy jestem załamany. Wtedy jest już tragicznie. Gdyby nie Mikey i Rose, ale głównie Mikey, pewnie już dawno bym się zabił. Nie potrafię sobie samodzielnie poradzić z tymi wszystkimi problemami. Praktycznie przez cały czas próbuję wmówić sobie, że nie kocham czarnowłosego, że jest dla mnie po prostu kolegą z zespołu. Przecież mam Jeffrey'a i jestem z nim naprawdę szczęśliwy, poza tym Gerard ma rodzinę, nigdy nie będziemy razem. Ja tego nawet nie chcę... Mam blondyna, Way mi nie potrzebny...
- No to idziemy? Czas nam ucieka, a chciałbym spędzić go z tobą jak najwięcej - szepnął mi do ucha, po czym ujął moją dłoń i pociągnął mnie w stronę... no właśnie, gdzie on mnie w ogóle zabiera? Jak znam życie pewnie zaciągnie mnie do jakieś drogiej restauracji, kina czy tam czegoś innego choć, jak już wcześniej wspominałem, ciągle próbuję mu to wybić z głowy. Ja rozumiem, chce żebym się dobrze czuł i tak dalej, no ale bez przesady. Nie potrzebuję tych wszystkich drogich prezentów, którymi on mnie zasypuje, ale do tej cholery nie można dotrzeć. Dlaczego tak ciężko jest mu wytłumaczyć, że najszczęśliwszy będę kiedy po prostu on będzie obok?
- Mówiłem ci już, że niezwykle pociągająco dziś wyglądasz? - Wypalił nagle, przerywając tą niezręczną ciszę wiszącą w powietrzu. Nie zdziwiłem się na jego słowa, bo powtarza mi to ciągle, jednak poczułem się jakoś dziwnie. Według Jeffrey'a cały jestem idealny, nie mam żadnych braków. Nie przeszkadzają mu nawet te przeklęte blizny, a nawet zdaje się ich nie zauważać. Wie o nich, ponieważ opowiadałem mu o swojej przeszłości. Wie również o tym, że Gee był moim pierwszym chłopakiem i tak dalej, ale nie bardzo mu to przeszkadza. Nie jest zazdrosny, bo czarnowłosy ma przecież żonę i raczej nie w głowie mu dobieranie się do mnie. To nawet i dobrze.
- Mówiłeś, ale nie pogniewam się, jeśli powtórzysz jeszcze raz - zachichotałem infantylnie i posłałem mu swój najpiękniejszy uśmiech. On tylko przystanął i złapał moje dłonie w swoje ręce. Spojrzał mi w oczy, a jego wyraz twarzy zdradzał, że chłopak zastanawiał się nad doborem odpowiednich słów, które by mnie zadowoliły.
- Frank, jesteś... - przerwał na chwilę i spojrzał w niebo. Po chwili wpatrywania się w nie, jego wzrok ponownie zwrócił się ku mnie. - Jesteś tak zajebiście seksowny, że brałbym cię przy każdej możliwe okazji - dokończył i wyszczerzył się do mnie, jakby zadowolony ze swojej wypowiedzi. Nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć na ten sprośny komplement.
- Ty to jesteś romantyczny, nie ma co - mruknąłem, niby obrażony. No, może trochę mnie to uraziło. Oczekiwałem od niego jakiegoś miłego słowa, a on tu mi wyskakuje z tekstem, że by mnie brał. Już chciałem ruszyć w dalszą drogę, jednak blondyn mnie zatrzymał, łapiąc mocno za moje przedramienia. Unieruchomił mnie, zmuszając wręcz do spojrzenia w swoje tęczówki.
- No co? Dobra, dobra. To inaczej. Jesteś tak wyjątkowy, piękny i wspaniały jak mlecyk z "Epoki lodowcowej" - oznajmił, przywołując na usta cudowny uśmiech. Patrzył na mnie, oczekując na odpowiedź. Nie dawałem mu jej przez dłuższy czas, po prostu stałem z lekko uchylonymi ustami. Co jak co, ale Jeff i romantyzm to dwie inne rzeczy, nie chcące iść ze sobą w parze. A szkoda.
- Oj no, Frankie. Skoro tak bardzo ci na tym zależy, to bardziej się postaram - powiedział cicho, obejmując mnie ramionami. Złożył krótki, ale niezwykle czuły pocałunek na moich ustach, a następnie nachylił się i zaczął szeptać mi do ucha - Kiedy widzę Twoje piękne usta, podziwiam je i mam ochotę je całować bez końca. Kiedy oglądam twój piękny nosek, uśmiecham się, bo słodko wyglądasz. Kiedy patrzę w Twoje oczy, widzę część twojej duszy i to jak wspaniały jesteś. Gdy muskasz mnie swoimi miękkimi włosami, opierając głowę na moim ramieniu, nie potrzebuję już niczego więcej. Jesteś moim ideałem. Nigdy nikogo nie potrafiłbym pokochać tak bardzo, jak pokochałem ciebie.
Odebrało mi mowę. Teraz to już kompletnie nie wiedziałem, jak mam się zachować. Nawet nie przypuszczałem, że mógłbym usłyszeć z jego ust coś tak pięknego. Nie, nie, po prostu nie. To do niego nie podobne, ktoś musiał mi go podmienić podczas chwili nieuwagi.
- Jeffrey, ja... - Próbowałem powiedzieć cokolwiek, lecz uniemożliwił mi to, zatykając usta subtelnym pocałunkiem. Trwał on może z kilkanaście sekund, a po ich upływie blondyn jakby nigdy nic odsunął się ode mnie i chwytając mnie za rękę, poprowadził w to nieznane mi jeszcze miejsce. Nie wyrażałem sprzeciwu, szedłem obok niego z lekka oszołomiony. Ciągle trawiłem słowa mojej miłości. Naprawdę nie mogłem uwierzyć w to, że on stał się taki... romantyczny.
- Śliczności ty moje, wolisz najpierw przejść się na spacer czy może pójść coś zjeść? - spytał czułym tonem, który chwilę pieścił moje uszy. Gdy w końcu zacząłem kontaktować z otoczeniem, odpowiedziałem, że teraz chętnie przeszedłbym się na spacer. Było mi obojętne, co najpierw, ale niedawno jadłem śniadanie. Nie byłoby problemu, jednak gdybym czegoś nie zjadł Jeffrey byłby w stanie wepchnął mi to jedzenie do buzi. Czasem blondyn zachowuje się jak moja babcia, albo Mikey... "Jedz, bo jesteś strasznie wychudzony, jakbyś stanął bokiem to cię nie widać". Najbardziej wkurzający wypowiedź na świecie. Ja przecież wcale nie jestem wychodzony, tylko szczupły. No, może mam tam trochę niedowagi, ale bez przesady. Anorektykiem jeszcze nie jestem.
Szliśmy w ciszy, trzymając się za dłonie i czasem posyłając sobie pełne miłości spojrzenia. Nadal nie było mi dane wiedzieć, dokąd zmierzamy, ale nie przeszkadzało mi to. Z Jeffem mógłbym iść nawet na koniec świata, o ile wystarczyłoby mi sił. A co ja się tam zamartwiam, najwyżej wziąłby swoją księżniczkę na ręce i poniósłby ją. Jestem przecież taki chudy i lekki, że nie miałby z tym większych problemów.
Mijaliśmy przechodniów, którzy zwykle mieli mieszane odczucia. Niektórzy patrzyli na nas z sympatią, pewne dziewczyny może nawet i zaliczyły orgazm na miejscu, ale nie wnikajmy w to. Inni zaś spoglądali na nas z pogardą i szczyptą nienawiści. Starałem się ich ignorować. No bo kto by się nimi przejmował? Istnieją różni ludzie, o różnych poglądach. Nie będę czepiać się ich o byle co, bo to nie moja sprawa jak oni sobie życie poukładali, ale jeśli oni czepiają się mnie, to jest z nimi coś nie tak. Cały problem XXI wieku. Wszyscy interesują się życiem nie swoim, a innych.
Nim się obejrzałem, byliśmy już w parku. Przechadzaliśmy się powoli po wydeptanej ścieżce. Nie powiem, było całkiem przyjemnie. Nie spotkaliśmy zbyt wielu ludzi, a to dobrze. Tych, których mijaliśmy, nie bardzo przejęła nasza obecność. Mieli gdzieś, czy jesteśmy sławni czy nie, co bardzo mi odpowiadało. Nie musieliśmy przerywać niczego, by rozdawać autografy lub pozować do zdjęć. Mogliśmy w spokoju zajmować się sobą, nie przejmując się opinią innych - których nic nie obchodziliśmy.
- Siadaj. - poinstruował blondyn, nie dając mi jednak szans na jakikolwiek ruch, bowiem złapał mnie w pasie i posadził na barierze mostu. Nawet nie zauważyłem kiedy się tu znaleźliśmy. Zdecydowanie powinienem bardziej zwracać uwagę na mojego ukochanego, niż zajmować się jakimiś pierdołami. Od tej chwili starałem się już nie odpływać. Posłusznie, z lekką pomocą chłopaka, usiadłem w wyznaczonym mi miejscu. Mój kochanek od razu przysunął się do mnie, rozszerzając mi nogi i stając między nimi. Wyginając usta w uśmiechu, przytuliłem go do siebie. Z Jeffrey'em było mi tak dobrze. On zawsze się o mnie troszczył i dbał, żebym miał wszystko czego bym potrzebował. Z nim czułem się może i lepiej, niż z Gerardem. Czarnowłosy jakoś nigdy nie zawracał sobie głowy zabieraniem mnie na randki lub po prostu na zwykły spacer, a jak już, to tylko wtedy, kiedy się o to upomniałem. Bardzo rzadko zdarzało się też, żeby obdarowywał mnie jakimiś upominkami. Nie jestem jakimś materialistą czy coś i naprawdę nie zależy mi na prezentach, jednak... jednak Gee mógł mi chociaż nabazgrać głupią laurkę z okazji... no, bez okazji. Przecież potrafi tak ślicznie rysować, więc dlaczego nic dla mnie nie naszkicował? Nie chciałem przecież wiele.
- Kocham cię, wiesz? - szepnąłem, oplatając go nogami w pasie. Dzięki wysokiej barierze znajdowałem się nieco wyżej, tak że głowa Jeffa była na poziomie mojej klatki piersiowej. Blondyn nie odpowiedział mi, a jedynie wtulił we mnie twarz. To mi wystarczyło. Nie musiał mi nic mówić, byłem szczęśliwy, że po prostu był obok. Jeff był jedynym, czego potrzebowałem do szczęścia.
- Wiem to. Ja ciebie też. - odszepnął, zadzierając głowę i delikatnie muskając moje wargi swoimi. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Taki drobny gest, a tak potrafił zadowolić. Odsunąłem się i porozglądałem po otoczeniu. Na widok pewnych ludzi cicho się zaśmiałem.
- Jeff, robią nam zdjęcia.
- Kto? - spytał, gwałtownie się ode mnie odrywając i kręcąc głową na wszystkie strony, byle by zobaczyć owe osoby. - Ah, tam. No to może damy im jakiś fajny temat do opisania w gazetach? - dodał, poruszając znacząco brwiami, po czym uniósł się na palcach u stóp i sięgnął moich ust. Nie cackając się z czułościami, agresywnie wpił się w moje usta. Założyłem ręce na jego ramiona, poddając się jego pocałunkom. Chłopak pieścił swoim językiem ten, należący do mnie, a ja w międzyczasie cicho pojękiwałem. Co jak co, ale Jeff całował cudownie. Jego usta były takie mięciutkie, smakowały jak kawa. Kolejna rzecz, która nas łączyła: zamiłowanie do kofeiny. Oboje interesowaliśmy się również muzyką, chociaż blondyn nie robił nic w tym kierunku. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem gdzie on pracuje. Ostatnio podobno zmienił posadę. Ciekawe czym się zajmuje.
- Hm... jednak zgłodniałem. Chodźmy coś zjeść. - zaproponowałem, kiedy już oderwaliśmy się od siebie. Blondyn skinął głową, po czym ściągnął mnie z barierki, obdarowując przy okazji buziakiem w policzek. On by chyba nie był sobą, gdyby nie dał mi całusa. Uwielbiałem w nim ten nawyk. Uroczy był.
Mój kochanek zaprowadził mnie do jakieś restauracji. Niestety nie do byle jakiej. Wziął mnie do najdroższej w okolicy. Było mi trochę głupio, bo nie wziąłem ze sobą aż tyle pieniędzy, a w takich miejscach ceny muszą być kosmiczne. W dodatku nie byłem odpowiednio ubrany. Ah ten Jeffrey.
- Zapraszam moją księżniczkę - uśmiechnął się, otwierając mi drzwi. W przejściu złożył kolejny czuły pocałunek, co nie uszło uwadze fotografom. Zapowiadało się ciekawe popołudnie.
***
Wyszliśmy z restauracji, trzymając się za ręce. Na szczęście wszyscy sobie poszli i nikt nie czekał na nas przy wyjściu. Pewnie im się znudziło, bo szczerze mówiąc, jedliśmy całkiem długo. Dobra, nie oszukujmy się. Jeffrey jadł normalnym tempem, ale ja żułem każdy kęs jakieś pięćdziesiąt razy. O dziwo mojemu chłopakowi to nie przeszkadzało. Gdy skończył swój posiłek, oparł łokcie na stole, a głowę na swoich zaciśniętych pięściach i wpatrywał się we mnie jak w obrazek. Nie powiem, trochę mnie to peszyło. Nie potrafię jeść, kiedy ktoś się na mnie patrzy tak dziko, nawet jeśli jest to Jeff.
- A teraz pójdziemy do mnie. Mam coś dla ciebie - ogłosił z niesamowicie pięknym uśmiechem. Jego śliczny wzrok tak mnie hipnotyzował, że ledwo dotarło do mnie, co przed chwilą powiedział. Znowu złapałem się na tym, że go nie słucham i odpływam.
- Jeff, czy ty aby trochę nie przesadzasz? Już wystarczy niespodzianek na dziś...
- Ćss! Zrób mi tą przyjemność i przestać terkotać. - uciszył mnie, po czym pociągnął za dłoń w stronę jego domu. Już nawet się nie odzywałem, bo pewnie dostałbym kolejny opieprz. Frank Iero - zły kochanek, ponieważ nie chce otrzymywać drogich prezentów. Jestem geniuszem zła.
Czas jakoś szybciej mi zleciał, gdy ciągle o czymś rozmyślałem. To o Jeffie, to o Gerardzie, czasami nawet o głupiej Lyn-z, której miałem ochotę zrobić krzywdę. Pamiętam, jak w dawnych czasach uwielbiałem się mścić. Teraz zmieniło się to w robienie wszystkim krzywdy. Cóż, na biedę to i dobre.
Weszliśmy do jego domu. Jeffrey zapalił światło, dzięki czemu mogłem dostrzec wszystkie szczegóły. Jak na faceta Jeff całkiem nieźle się urządził. Nie ukrywam, że byłem u niego po raz pierwszy, mimo tak długiego związku. Cóż, trzeba to nadrobić.
Chłopak przybliżył się do mnie. Objął mnie rękami w pasie, przyciągając mnie mocniej do siebie. Kiedy moje plecy zetknęły się z jego torsem, Jeff zaczął całować mnie po karku. Odchyliłem głowę w bok, dając mu większe pole do popisu. Jego ciepły język znaczył drogę przez moją szyję, żuchwę, aż do ust. Złączył nasze wargi w namiętnym pocałunku. Odwrócił mnie do siebie przodem i wsunął język w moje usta. Przez chwilę nasze języki pieściły się wzajemnie. Mój ukochany wsunął dłonie pod moją koszulkę, kładąc je na moich bokach. Muszę wspomnieć, że były niesamowicie ciepłe, co tylko bardziej podsycało sytuację. Ja jednak nie chciałem, żeby doszło do czegoś więcej. Tak było dobrze. Wiem, że Jeffrey tego chce, ale ja nie byłem co do tego stuprocentowo pewny. Nie, żebym mu nie ufał, bo miałem do niego bezgraniczne zaufanie, jednak... Nie byłem gotowy. Nie chciałem się spieszyć, tak jak to było z Gerardem. Ugh! Znowu o nim myślę. Teraz już się od niego na pewno nie uwolnię.
Po krótkiej, namiętniej chwili oderwaliśmy się od siebie. Oplotłem ramionami jego szyję i wtuliłem głowę w jego tors.
- Frank chodź, mam coś dla ciebie. - szepnął i popchnął mnie lekko w stronę kanapy. Posłusznie na niej usiadłem i zacząłem obserwować poczynania swojego partnera. Podszedł do meblościanki stojącej naprzeciwko mnie i zdjął z półki jakieś małe pudełeczko. Odwrócił się i wrócił do mnie z delikatnym uśmiechem na twarzy. Usadowił się obok mnie i ujął moją dłoń w swoją, dużo większą. Chwilami czułem się przy nim taki mały, kruchy, jakbym miał pięć lat, a on dwadzieścia. Chłopak spojrzał mi głęboko w czekoladowe tęczówki. Jedynie co mogłem wyczytać z jego oczu, to miłość. Patrzył na mnie z taką troską, aż miałem wrażenie, że się zaraz rozpłynę.
- Jesteśmy ze sobą tak długo i bardzo cię kocham, wiesz o tym, Frank. - powiedział cichutko, głaszcząc mnie delikatnie po policzku. Zaraz cofnął dłoń, a jej miejsce zajęły usta chłopaka. Złożył tam czuły pocałunek i cofnął się. - Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, nie ma cudowniejszej osoby od ciebie... więc przyjmij dowód mojej miłości do ciebie. - zakończył i podał mi pudełeczko. Przez jego słowa po mojej twarzy przebiegł lekki rumieniec. Otworzyłem mały kartonik i spojrzałem na jego zawartość. Pierścionek. Chwila. To nie są oświadczyny, prawda? A nawet jeśli to... chyba się cieszę. Co ja gadam? Bardzo się cieszę. Zwróciłem wzrok na wnętrze srebrnego krążka. Był tam wygrawerowany jakiś napis. "Całym sercem do końca życia...". Mimowolnie moje usta wygięły się w lekkim, prawie niezauważalnym uśmiechu, a gdzieś tam w środku zrobiło się cieplej. Kochał mnie. Naprawdę mnie kochał. Miałem tylko nadzieję, żeby to nie była taka miłość jak z Gerardem. Wtedy do bym się chyba już naprawdę zabił, nikogo o tym nie informując. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, jeśli ja miałbym tak kogoś potraktować. Prędzej bym sobie strzelił w łeb z pistoletu.
Chłopak wyjął mały krążek i podniósł moją dłoń, umieszczając go na moim palcu serdecznym. Przyjrzałem mu się dokładnie. Błyszczał, odbijając jasne światło lampy. Przeniosłem swoją uwagę na mojego kochanka. Znów wpatrywał się we mnie tym cudownym wzrokiem. Przybliżyłem się do niego i krótko pocałowałem. Nie oddalając się zbytnio od niego, wyszeptałem:
- Dziękuję, kocham cię. - jeszcze raz ucałowałem jego słodkie wargi. Nim się obejrzałem, jego silne dłonie usadowiły mnie na jego kolanach. Czym prędzej wtuliłem się w niego. To wszystko było takie cudowne. Cały dzisiejszy dzień, ta romantyczna atmosfera, no i on. Po prostu randka marzeń.
- Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, Frankie. - zamknąłem oczy i rozkoszowałem się tą chwilą. Tylko ja i on. Żadnego Gerarda, który pewnie już odkrył, że uciekłem i teraz ma zamiar zabić mnie zaraz po moim powrocie.
- Chodź tu, dzióbku. - zamruczał, kładąc się na kanapie. Pociągnął mnie za sobą, tak że leżałem na jego klatce piersiowej. Zaciągałem się zapachem jego perfum, wtulając twarz w jego szyję. Poczułem, jak jego zimne dłonie przesuwają się w dół po moich plecach. Wsunął je w moje spodnie, a następnie pod bieliznę kładąc je na moich pośladkach. Mruknąłem cicho, kiedy zaczął je masować, wykonując dłońmi koliste ruchy. Jednocześnie zaczął muskać wargami skórę na moje szyi. Zassał ją w pewnym miejscu, przez co cicho westchnąłem.
- Jeffrey, nie... będę miał ślady. - powiedziałem cicho, chociaż w głębi duszy błagałem, by nie przestawał. Moje modlitwy zostały wysłuchane, gdyż chłopak całkowicie mnie zignorował.
- I dobrze, niech Gerard sobie poogląda. Będzie zazdrościł. - wyszeptał mi do ucha, kiedy już zaprzestał wszystkich swoich wcześniejszych czynności. Spojrzałem na niego lekko nieprzytomnym wzrokiem. Dlaczego niby Gerard miał zazdrościć? On ma żonę, dziecko, a mnie w dupie. Ale jednak trochę dziwnie zachowywał się rano, kiedy blondyn po mnie przyszedł. Nie pozwolił mi z nim wyjść, ale dlaczego? Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem było to, że Gee może jest zazdrosny i nie chce, abym spędzał czas z Jeffrey'em. Frank, śmieszny jesteś. Way ma cię gdzieś, ty sobie wyobrażasz nie wiadomo co.
Jego nadal zimne, wręcz lodowate dłonie wsunęły się głębiej. Nie przestawał, tylko zjeżdżał nimi coraz niżej. Jęknąłem z aprobatą po czym wyszeptałem:
- Co ty wyprawiasz?
- Sprawdzam, jak daleko mogę się posunąć zanim mnie odepchniesz i przywalisz mi w twarz. - odparł, cały czas spoglądając w moje tęczówki namiętnym wzrokiem. Czułem się pożerany przez jego spojrzenie i wcale mi to nie przeszkadzało. Było przyjemne. Tak przyjemne, jak jego ręce w mojej bieliźnie.
- Niedoczekanie twoje. - mruknąłem i podniosłem się lekko, patrząc na niego z góry. Prze zmienienie pozycji był zmuszony zabrać swe cudowne dłonie, bo też niechętnie uczynił. Leżał pode mną z tym swoim niewinnym uśmiechem, który jednak nie wróżył nic dobrego. Szybko podniósł się do siadu, objął mnie w pasie i przerzucił mnie na swoje dawne miejsce. Rozchylił moje nogi i ułożył się miedzy niby, zniżając do mojego poziomu. Na początku tylko lekko musnął moje wargi, lecz po chwili wpił się w nie jak jakiś wampir na głodzie. Nasze języki splotły się w namiętnym tańcu pożądań. Całowaliśmy się nieprzerwanie, aż do momentu kiedy Jeff podwinął moją koszulkę i przeniósł usta na mój brzuch. Wysunął swój języczek i zaczął nim błądzić po moim ciele. Znaczył małą, mokrą dróżkę od mojego podbrzusza po klatkę piersiową. Przymknąłem powieki, jednocześnie odchylając głowę w tył, całkowicie się mu oddając. Było mi tak dobrze, kiedy palcem rysował mi na brzuchu jakieś mniej i bardziej normalne rysunki, robiąc mi w tym samym czasie malinkę na szyi. Jęczałem cicho i wzdychałem. Marzyłem, by to nigdy się nie kończyło. Mógłbym zostać w tej pozycji do końca świata, byle by tylko Jeff leżał na mnie, pieszcząc i całując mnie. Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy język blondyna przejechał po całej mojej twarzy; od żuchwy aż po samo czoło. Ponownie złożył na moich ustach pocałunek, jednak tym razem był czuły. Z delikatnością złączyliśmy nasze wargi, leniwie nimi poruszając.
Po pewnym czasie spojrzałem ukradkiem na zegarek wiszący na ścianie. Wskazywał bardzo późną godzinę. Eh, chyba już czas na mnie. Było miło i przyjemnie, ale Gerard już pewnie czeka na mnie z siekierą.
- Kochanie, chyba musiałbym już wracać. - przerwałem ciszę trwającą chyba z dziesięć minut. Przez cały ten czas tuliliśmy się do siebie bądź wymienialiśmy drobnymi całusami. - Naprawdę chciałbym zostać, ale nie mogę, sam wiesz...
- Nie szkodzi. Ale skarbie? Dlaczego się do mnie nie wprowadzisz? - spytał, spoglądając na mnie błagalnym wzorkiem niczym szczeniak proszący o przysmak. Zadał bardzo ciekawe pytanie. Jesteśmy razem, więc moglibyśmy razem zamieszkać. Jest tylko jeden problem. A dokładniej to dwa. Nazywają się Rose i Mikey. Uważają, że Jeff nie jest dla mnie odpowiedni, chociaż wcale go nie znają.
- Rozważę tą propozycję. - uśmiechnąłem się do niego słodko, podnosząc się z kanapy i udając się do wyjścia. Dopiero teraz zauważyłem, że przez tą całą całuśną atmosferę nawet się nie rozebraliśmy. Ale co się dziwić? Przy Jeffrey'u zapomina się o całym świecie.
- Pozwolisz, abym odprowadził moją kruszynę do domku? - zadał kolejne pytanie, zbierając ze stołu pęk kluczy. Nawet nie pytałem, po co mu ich aż tyle.
- Nie musisz. Ale pozwolę.
- To chodź. - pocałował mnie w policzek i razem wyszliśmy na zewnątrz. Chłopak przekręcił klucz w zamku i odwrócił się do mnie. Złapał mnie za dłoń i oboje ruszyliśmy spacerkiem do domu Way'ów. Niebo było piękne. Wyglądało, jakby ktoś wylał na nie czarną farbę i przejechał po nim pędzlem umaczanym w białym kolorze, tworząc ledwie widoczne chmurki. Z każdą chwilą szare chmury zaczęły się kłębić nad nami. Przeczuwałem, że zaraz lunie deszcz. Żałowałem, że nie wziąłem żadnej kurtki, a na sobie miałem tylko cienką koszulkę z krótkim rękawem.
W połowie drogi moje prognozy się sprawdziły. Zaczęło kropić, a do domu była jeszcze długa droga do przebycia. Wiatr nasilał się, co wywołało u mnie dreszcze. Jeff zauważył to i zaczął ściągać swoją kurtkę. Szybko narzucił mi ją na ramiona, składając przy okazji kolejny pocałunek na moich wargach.
- Nie musiałeś... Sam zmarzniesz.
- Cśś. Ty jesteś ważniejszy. Jeszcze mi się zaziębisz i co wtedy?
- Ale ty...
- Cicho. Jesteś ważniejszy i koniec.
Nie stawiałem już oporów. Nie było po co. Ponownie wzięliśmy się za ręce i powędrowaliśmy do domu. Na miejscu otrzymałem buziaka na pożegnanie, a potem Jeff wrócił do siebie. Oczywiście zapomniał kurtki, a był już za daleko, kiedy sobie o niej przypomniałem.
Odwróciłem się i wsadziłem do zamka swoje klucze. Dłonie lekko mi się trzęsły. Wiedziałem, że zaraz przeżyję coś strasznego. O ile w ogóle to przeżyję.
Przekroczyłem próg domu i od razu zająłem się zdejmowaniem butów. Miałem nadzieję, że wszyscy śpią, dlatego też nie oświecałem światła. Wyciągnąłem jedynie swoją komórką, odblokowując ją i świecąc na drogę przed sobą. Już miałem ruszać do swojego pokoju, gdy dostrzegłem w świetle telefonu jego twarz. Te wściekłe oczy wpatrywały się we mnie jakby z chęcią do zabicia mnie. Stanąłem jak wryty, nie wiedząc co zrobić. Przecież ja zaraz zginę.
czwartek, 8 listopada 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

10 komentarze:
boże, boże, boziulu, chce kolejny sdythudffdidfjfdif! I zazdroszczę długich rozdziałów D:
kiedy kolejny, właśnie?!
omg, to było genialne! pokochałam Jeffa, chociaż coś mi w nim nie pasuje... *-*
xox
JEST! JEEEST! Całowanie sie w progu restauracji! O TAK! 8)
Oh goood *.* To był normalnie najcudowniejszy, najśliczniejszy i najlepiej przeze mnie wspominany rozdział całości :D Doskonale wiesz z jak wielkim wyczekiwanie zabijałam dni, aby w końcu to przeczytać ! I nie zawiodłam się, w ogóle :3 Tworzą taką super parę, że aż im zazdroszczę ! :D Uważam jednak, że Jefferey ukrywa coś przed Frankiem, ale i tak go uwielbiam ♥
-> red like a blood <-
Och, cudo. Jeff jak na mój gust jest słodki , ale chyba coś ukrywa i próbuje "uśpić" czujność Frankiego tymi drogimi prezentami. A ten Gee z nożem... no Me Gusta.
na początku rozdział był dziwny, 4/5 latka perfekcyjny makijaż i wybieranie ciuchów? Ale w ogóle rozdział ocieka zajebistością. Gerard niczym z horroru łazi po domu z nożem i stoi w ciemnościach na korytarzu.... paranormal gerardvity ;o;
Bać się tylko takiego gerarda, heh bardzo mi się nożem spodobał
oby tylko nie zrobił czegoś takiego http://hedahe.deviantart.com/art/585-Kochany-pamietniczku-3-177239709?q=gallery%3AHedahe%20randomize%3A1&qo=0#/d56ougs
kurde link się nie zrobił
'___;
yay, Gerard jest straszny, a Frank ma teraz przesrane *zaciera łapki*, wygląda mi na to że pan Gerard jest zazdrosny o naszego Frania, a to o czymś świadczy. Chociaż ja go nie rozumiem, ani trochę. Ma żonę i dziecko, sam zdecydował się zostawić Franka, to co on teraz od niego chce, jakim prawem nie pozwala mu wyjść na randkę, czyżby nadal go kochał? Chłopak Frania jest słodki, aż za bardzo słodki ale mi to się jak najbardziej podoba, ponieważ Franiu jak najbardziej zasłużył na szczęście. Tylko teraz pozostaje pytanie, co zrobi Gred? I taka maleńka prośba, dodajcie szybciej, ja tak ślicznie proszę, wiecie przecież że mogę zemrzeć przed komputerem w trakcie czekania. Więc ładnie ploseeee... <3
Odświeżam stronę od kilku bitych godzin i nic... Ja tu zdycham! Dodaj rozdziała.... proszę...
Prześlij komentarz