piątek, 16 listopada 2012

Rozdział 6

Ugh, bardzo przepraszam, że nie dodałam wczoraj. Nie miałam za bardzo czasu, gdyż po przyjściu ze szkoły i zjedzeniu obiadu od razu poszłam do muzycznego, gdzie przesiedziałam bardzo długo w towarzystwie pana, który majstrował przy mojej gitarze i pani, która nie potrafiła obejść się bez kąśliwych uwag. Po przyjściu chciałam coś napisać, ale przed tym położyłam się na chwilę by odpocząć i niestety usnęło mi się. Po obudzeniu było już dosyć późno, a ja musiałam jeszcze się pouczyć i odrobić zadania. Tak więc bardzo mi przykro z powodu tego opóźnienia.

A teraz chciałabym ogłosić, że chyba zrobię sobie przerwę na tydzień lub dwa tygodnie. Z  II części opowiadania został usunięty 4 rozdział, więc musiałabym go napisać od nowa, co by bardzo opóźniło rozdział 7. Oczywiście podczas tej przerwy pisałabym kolejne, jak i poprzednie rozdziały aby blog nie był za bardzo w tyle. Przerwa nie byłaby konieczna, jeśli nie mielibyście problemu z tym, że tego jednego fragmentu brakuje, a ja uzupełniłabym go podczas świąt. W końcu owy rozdział nie wnosi nic aż tak ważnego dotyczącego całego opowiadania, oprócz tego, że Frankie dostał w mordzie.

Co do poprzedniego rozdziału: Dziękuję wszystkim za miłe komentarze ;] A co do niektórych: Skąd ta niepewność do Jeffa? :o Heh, obsypuj swojego chłopaka prezentami, niech ludzie myślą że jesteś zbiegłym psychopatą, który chce jedynie uśpić jego czujność.. :D Ale już nic nie mówię, nie będę zdradzać wam smaku kolejnych rozdziałów ;D 


Jeśli ktoś liczył, to będzie to już 3 raz kiedy Gerard zachowuje się, jakby był opętany. W końcu raz przechadzał się z nożem po domu, a dwa razy Frank natknął się na niego, kiedy ten stał w ciemnościach. Jak to ujęła Pika Pika: PARANORMAL GERARDVITY! Na miejscu Franka już dawno zwiałabym stamtąd z piskiem, wy zapewne też... No, dzielny chłopak ^__^ 

Dziękuję anonimowi, który wysłał w komentarzu link do pewnego komiksu... Zainspirowało mnie to. Nie, nie będzie łamania żeber! 

Przepraszam za ten kilometrowy wstęp, ale... kocham was i się muszę komuś wygadać, no. 

O! Dodam jeszcze, że całe opowiadanie planowane jest, aby Frank opowiadał, więc już nie będę pisać jego imienia przed rozdziałem. Umieszczę je tam tylko wtedy, kiedy wyjątkowo ktoś inny będzie gadać. 
____________________________________________________________________________


   W takich chwilach jak ta miałem ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, wyparować i już nigdy się nikomu na oczy nie pokazywać, a już szczególnie jemu. Gdy tylko ujrzałem jego wściekłą twarz w nikłym świetle pochodzącego od wyświetlacza mojej komórki, zrozumiałem jak bardzo sobie nagrabiłem. Złowrogie spojrzenie czarnowłosego skierowane na mnie zdradzało wszystkie jego uczucia. Bez wahania mogłem stwierdzić, że Way w tej właśnie chwili mógłby się na mnie rzucić i rozszarpać moje drobne ciało, gdyby nie... No właśnie, co go powstrzymywało? W pobliżu nie było świadków, Bandit i Lyn-z zapewne już spały, więc nikt by nie przeszkadzał w popełnieniu tego jakże okrutnego czynu. Śmiało mógłby mnie ukarać za to, co mu zrobiłem. Jednak po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że mój zły uczynek nie był znowu taki zły. Czy zrobiłem komukolwiek krzywdę tym, że uciekłem sobie przez okno na randkę ze swoim chłopakiem? Co mnie obchodzi, że Gerardowi się to nie podobało i nie chciał mnie wypuścić? To przecież nie jego sprawa z kim i gdzie wychodzę, on ma przecież własną rodzinę, a ze mną to już nie nawet nie przyjaźni. Czasem naprawdę nie potrafię pojąć jego toku rozumowania. Nie jesteśmy razem, więc dlaczego on się wpieprza w moje życie prywatne? Nie wierzę, że Mikey kazał mu się tak zachowywać, on tak nie jest. Prawda, nie podobało mu się to, że mam chłopaka i że w dodatku jest nim Jeff. Zdecydowanie wolałby, żebym znalazł sobie dziewczynę, ożenił się z nią, zrobił sobie gromadkę dzieci i wiódł normalne życie z normalną rodziną. Ale czy on mi cokolwiek wypominał? Nie. Pozwalał mi na szczęście z ukochaną osobą, bo... bo mu na mnie zależało? Mikey jakoś zawsze interesował się mną bardziej, niż Gerard. Nawet wtedy, kiedy byłem w związku z czarnowłosym, to do Mikey'a lub do Rose przychodziłem z problemem. Bo problemem zwykle był Way. Szczerze, żałuję niektórych decyzji podjętych kilka lat temu. Nie mam na myśli spotkania Gerarda i zostania jego chłopakiem, a dni w których Lyn-z pojawiła się w naszym życiu. Mogłem od razu iść do Gee i wszystko wyjaśnić, powiedzieć co mi leży na sercu. Jestem pewien, że on doskonale to wiedział, jednak... Nic go nie wytłumaczy, mógł przecież jakoś zareagować, pocieszyć. Ah, nie mógł! Ja dla niego nic nigdy nie znaczyłem, byłem tylko zabawką do pieprzenia. Nikt mi nie wmówi, że było inaczej,bo gdyby było, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie było by pani Way, Bandit... Bylibyśmy tylko ja i on, sami, tylko dla siebie. Nikt by nam się nie wtryniał, moglibyśmy żyć razem w spokoju, kochając się wzajemnie. Nie byłoby również Jeffa... Co jak co, ale na nim chyba najbardziej mi zależy. Głębiej się zastanawiając, nawet gdybym miał opcję przeniesienia się do przeszłości i uniemożliwieniu Gerardowi spotkania Lyn-z, nie zrobiłbym tego. To właśnie przez ten bieg wydarzeń poznałem blondyna. Zaufałem mu, zacząłem mu się zwierzać co było trochę nieodpowiednie jak na krótką znajomość. Zawsze miałem dziwne tendencje do ufania wszystkim, choć ledwo ich znałem. Wracając, zaczynaliśmy się z Jeffrey'em powoli zaprzyjaźniać. Z każdym dniem lubiłem go coraz bardziej, coraz lepiej czułem się w jego towarzystwie. Z czasem zacząłem dostrzegać wszystkie te jego cechy, których przyjaciele nie zauważają. Zaczął wydawać mi się przystojny, podobało mi się, kiedy patrzył na mnie swoim czułym wzrokiem. Postrzegałem go już całkiem inaczej. Brąz jego tęczówek był tak hipnotyzujący, że często wgapiałem się w nie, tracąc kontakt z otoczeniem. Kształt jego ust, ich delikatnie różowy kolor naprowadzały mnie na fantazje, w których całowaliśmy się bez opamiętania. Całe jego idealnie zbudowane ciało nasuwało mi grzeszne myśli. Wiele razy obiecywałem sobie, że już się nie zakocham, ale jakoś tak samo wyszło. Chyba nikt nie potrafiłby pojąć szczęścia, które wypełniało mnie tamtego pamiętnego dnia.
  
  Właśnie skończyliśmy koncert. Siedziałem w naszej garderobie sam, ponieważ inni gdzieś wybyli. Gerard najprawdopodobniej wymieniał się gdzieś z Lyn-z swoją płynną wydzieliną wytwarzaną w jamie ustnej. Mikey pewnie kręcił się gdzieś z Rose, a pozostali dwaj panowie z zespołu być może poszli do łazienki czy gdzieś indziej. Szczerze, nie obchodziło mnie to za bardzo Miałem ochotę znaleźć się już w swoim pokoju, we własnym łóżku. Szkoda tylko, że miałem spać sam. Trochę dobijająca była myśl, że każdy z My Chemical Romance ma jakąś partnerkę, tylko nie ja. Nie spotkałem jeszcze żadnej dziewczyny, w której mógłbym się zakochać. Po zdarzeniach z przeszłości wątpiłem, żebym sobie znalazł partnera bądź partnerkę. Niestety tylko ja do tej sprawy miałem takie podejście. Moi kochani kumple z zespołu postanowili mnie zeswatać ze znajomą przyjaciółki dziewczyny Ray'a. Nie powiem, była całkiem ładna, miła, podobał mi się jej gust co do muzyki, ale... nie zaiskrzyło. Na początku spotykałem się z nią, bo po prostu nie chciałem być nieuprzejmy i nie znając jej, od razu skreślać. Po paru tygodniach zakończyłem ten "związek". Zrobiłem to delikatnie, nie rzucając tekstu w stylu "Sorry mała, nie pociągasz mnie, spadaj", a mimo to i tak oberwałem w twarz. Nie zrobiłem przecież nic złego, a ona mnie spoliczkowała. Nie sadzę, żeby znajomość w której jedna osoba jest przymuszana do bycia z drugą wypaliła. Nie było opcji. Co najgorsze dziewczyna twierdziła, że jesteśmy dla siebie stworzeni, idealnie do siebie pasujemy i że gdybym dał jej szansę, mogłaby mi zapewnić wspaniałe życie, rodzinę i dzieci. Ktoś tu się za bardzo zagalopował. Jaka rodzina, jakie dzieci? Jestem młody, chcę się bawić, imprezować a nie zajmować się bobasami. Dobra, większość ludzi w moim wieku planuje już wspólne życie, potomstwo i tak dalej. Ale ja tego nie chciałem. Nigdy nie widziałem siebie w roli ojca, nie nadawałem się do tego. To mnie po prostu przerosło. Miałbym siedzieć całymi dniami wsłuchując się w płacz niemowląt i próbując je uspokoić? Co to to nie. Poza tym... od zawsze czułem większy pociąg do mężczyzn niż kobiet.
   Oparłem się rękami o stolik, toaletkę czy jak to się tam nazywało. Podniosłem wzrok na wielkie lustro znajdujące się teraz tuż przed moim nosem i uważnie przyjrzałem się sobie. Włosy miałem lekko postrzępione, skóra świeciła mi się od potu. Muszę przyznać, wyszalałem się podczas dzisiejszego koncertu. Gdyby nie pewna osoba, zapewne stałbym tylko, szarpiąc odpowiednie struny i naciskając na progi, próbując wytrwać do końca. Nikt by nie uwierzył, ale w ten stan wprowadził mnie nie kto inny, jak Jeffrey. Przed koncertem pojawił się w koszulce z napisem "Frank Iero is my hero". Zrobiło mi się gorąco, kiedy go takiego zobaczyłem. Moja sympatia nosiła taki t-shirt! Myślałem, że posikam się ze szczęścia. Jeff był tylko asystentem, jednak ja darzyłem go szczególną sympatią. Zawsze rozumiał mnie bez słów. Czasem wydawało mi się, że czyta mi w myślach. Zdarzało się, że podsuwał mi pod nosem kubek z moją ukochaną kawą zanim zdążyłem otworzyć usta i wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Z moich obserwacji wywnioskowałem, że chłopak najwięcej swojej uwagi poświęca właśnie mi, a pozostały praktycznie olewa. Miałem go na wyłączność. Jestem pewien, że gdybym zadzwonił do niego w środku nocy z najgłupszym problemem na świecie, on przyjechałby do mnie, aby mnie pocieszyć i zrobić mi kawę. Nie wiedziałem jednak, czy zachowuje się dlatego, że mnie lubi, czy obchodzi go tylko moja sława. Szczerze wątpiłem w to drugie. On taki nie jest. Przynajmniej tak mi się wydawało.
   Moje przemyślenia przerwało głośne wtargnięcie do garderoby. W pierwszej chwili przyszło mi na myśl, że to Gerard i Lyn-z postanowili się tutaj ostro zabawiać, nie wiedząc o mojej obecności. Gwałtownie się obróciłem, odszukując wzrokiem intruzów. Ku mojemu zdziwieniu zauważyłem tylko blondyna, który w ustach trzymał coś co wyglądało na kopertę, natomiast w dłoniach gniótł dwa kubki z kawą, starając się, aby niczego nie rozlać. Na małym palcu lewej ręki przywieszone miał klucze, a pod pachą swoją podkładkę na dokumenty, w której przyczepione było parę kartek. Obładowany próbował domknąć drzwi, popychając je własnym tyłkiem. Nie namyślając się długo podszedłem do niego i odebrałem od niego napoje. Chłopak odłożył klucze i kopertę na stolik, po czym wyszeptał ciche "dziękuję".
- Co to miało być? Myślałem, że mi tu jakiś tabun słoni w leciał - zaśmiałem się. Usadowiłem się na stole, zgarniając kubek z moją ukochaną kofeiną. Przyłożyłem go do ust, następnie spijając duży łyk gorącej cieczy.
- Przepraszam, ale miałem dużo rzeczy, nie umiałem inaczej... - Szepnął, spuszczając głowę. Wlepił swoje zmieszane spojrzenie w podarte już trampki. Nie o taką odpowiedź mi chodziło. Wcale nie miałem zamiaru, by tak się peszył.
- Hej, przecież żartuję - powiedziałem, zeskakując z blatu, wcześniej odkładając kawę na bok. Przybliżyłem się do chłopaka i pogłaskałem go po jego pięknych, blond włosach. Z początku dziwiłem się sobie, że odważyłem się na taki gest. Blondyn tylko podniósł wzrok, przypatrując mi się uważnie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, cofnąłem dłoń, lekko się rumieniąc. - A tak z innej beczki, po co ci te kartki? - Zmieniłem ton głosu na taki, żeby nie zdradzać jak bardzo się zawstydziłem.
- Zapisuję sobie ważne rzeczy. O! Tu na przykład mamy "Frank chce kawy". Tutaj "Frankie znowu chce kawy", a tu tak dla odmiany "Franuś ponownie domaga się kofeiny" - zakończył i posłał mi najpiękniejszy uśmiech, jaki dane mi było oglądać na jego ślicznej buzi. Czy to oznacza, że... piję aż tyle kawy w ciągu jednego dnia? Uf, trzeba by zmienić trochę swoje odżywianie.
- Franuś? - spytałem, gdy dotarło już do mnie co Jeffrey przed chwilę powiedział. Po raz kolejny tego dnia zrobiło mi się przez niego ciepło. To miłe, że tak zdrabnia moje imię. Może naprawdę mnie lubi bardziej niż przyjaciela?
- Ym, prze-przepraszam. Zaraz to zmienię - gdy byłem już święcie przekonany, że trochę się rozluźnił, on ponownie się speszył. Szybko wyciągnął z kieszeni swojej kraciastej koszuli długopis i nerwowo zaczął kreślić coś na kartkach. Muszę przyznać, że wyglądał pociągająca. Ubrany był w obcisłe czarne spodnie, idealnie opinające jego zgrabne nogi, i takiego samego koloru trampki. Miał na sobie tą cudowną koszulkę z napisem "Frank Iero is my hero", a na niej czerwoną koszulę w kratę. Mimo, że już przedtem powiedziałem mu, że ładnie dziś wygląda, miałem ochotę zrobić to jeszcze raz. Jednak "ładnie wyglądasz" było takie zwykłe, proste. Te dwa słowa w ogóle nie oddawały jego urody, były zbyt lekkie. Śliczny, to też nie to określenie. Zniewalająco piękny, fantastyczny. Zachód słońca mu nie dorówna. Nawet najsłodszy szczeniak na świecie nie jest w stanie przebić słodyczy Jeffrey'a. On był po prostu idealny.

- A co ci ten... list? - Zadałem mu kolejne pytanie, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo upierdliwy jestem. Chłopakowi to wypytywanie mogło się przecież nie podobać, a ja mu się najzwyczajniej w świecie narzucałem. Teraz i ja poczułem się nieswojo, kiedy blondyn znowu spuścił wzrok, wbijając go w podłogę, jakby próbował przewiercić nim w niej dziurę. 
- To dla ciebie - powiedział cichutko, ledwo słyszalnie. - Wiem, że możesz mnie przez to znienawidzić i odtrącić, ale nie mogę już dłużej tak żyć. Przepraszam, że nie powiem ci tego osobiście. Wiem, jestem tchórzem, ale nie mogę... - Zabrał kopertę ze stolika i wręczył mi ją do ręki. Niepewnie obracałem ją w dłoniach, dokładnie jej się przyglądajać i analizując jej kształt, wypukłość, a także wielki napis "Frank" na jej przodzie. Domyślam się, że mimo iż moje imię ma tylko pięć liter, Jeff musiał długo to pisać. Wywnioskowałem to po tym, że było ono pięknie wykaligrafowane, a na co dzień blondyn bazgrał jak kura pazurem. To miłe, że się tak postarał, ale i dziwne, bo nie znałem powodu jego poczynań. Przez moją głowę przechodziło milion negatywnych myśli. A co jeśli mnie nie chce? Jeśli go denerwuję, a ona ma już dość tego wszystkiego i odchodzi? Nie, to nie może być prawda... Przecież tak doskonale się razem bawimy, on nie mógł by mnie okłamywać.
- Ty przeczytaj, a ja już sobie pójdę... - Po tych słowach niechętnie skierował się w stronę drzwi. Wyciągnął rękę, aby nacisnąć na klamkę i opuścić pomieszczenie, jednak udało mi się go powstrzymać. Szybko chwyciłem go za drugi nadgarstek i pociągnąłem do siebie. Chcąc lub nie chcąc, musiał stać przy mnie i patrzeć, jak będę czytał. 
   Upewniając się, że Jeffrey nie ma zamiaru mi nigdzie uciekać, powoli rozerwałem biały papier. W środku znajdowała się zgięta chyba z cztery razy na pół kartka. Rozchyliłem ją po czym zatopiłem się w lekturze. Szybko przeleciałem wzrokiem po tekście, a z każdym kolejnym zdaniem moje serce zwiększało tempo pompowania krwi. 
Drogi Frankie... 
   Na początku bardzo, ale to bardzo chciałem Cię przeprosić, że nie mam tyle odwagi, aby powiedzieć Ci to osobiście. Chciałbym, abyś dowiedział się tego ode mnie, jednak nie mam tyle odwagi by mówić to, jednocześnie patrząc w Twoje piękne oczy. 
   Od naszego pierwszego spotkania poczułem do Ciebie coś dziwnego. Na początku myślałem, że to tylko zauroczenie. Nawet nie wiesz, jak bardzo się myliłem... Zakochałem się w Tobie. Każda chwila spędzona z Tobą była przepiękna. Gdybym mógł, cofnął bym czas tylko po to, by przeżyć je jeszcze raz. Przebywając z Tobą miałem wrażenie, że mnie lubisz... bardziej niż kolegę czy przyjaciela. Ale mogło to być tylko i wyłącznie wrażenie. Bałem się Ciebie o to spytać, po prostu nie zniósłbym odrzucenia z Twojej strony. Za bardzo mi na Tobie zależy, żeby od tak Cię stracić. Nawet nie chcę widzieć Twojej miny po przeczytaniu tego... Najlepiej będzie jeśli odejdę, bo pewnie i tak nie chcesz mnie już nigdy na oczy widzieć. Chcę tylko, abyś wiedział, jak głębokie jest moje uczucie do Ciebie.
                                                                                                                 Kocham Cię
                                                                                                                                             Jeff
   Myślałem, że dostanę zawału. Nie sądziłem, że to wszystko to dlatego, że mnie kocha... Kocha mnie, naprawdę mnie kocha... Gdybym mógł, pewnie zacząłbym skakać z radości, piszczeć i cieszyć się jak dziecko, które na święta dostało swoją wymarzoną zabawkę. Zaraz, zaraz... Przecież mogę.
   Szybko znalazłem się na przeciwko Jeffrey'a. Nie patrzył na mnie. Zaciskał powieki, a w wargę wbijał zęby. Wyglądał, jakby miał się zaraz popłakać. Czy on uważał, że go nie cierpię? 
- Czy... czy to wszystko, co tu napisałeś, to prawda? - Jako odpowiedź uzyskałem lekkie skinienie jego głowy. Nie namyślając się długo, przycisnąłem swoje usta do tych, należących do niego. Nikt nie będzie w stanie pojąć, jak bardzo w tej chwili byłem szczęśliwy. Jeszcze większa radość ogarnęła mnie, kiedy chłopak zaczął oddawać pocałunki. Trwaliśmy tak przez chwilę, ciesząc się sobą i smakując swoich warg.
- Ja też cię kocham... - Wyszeptałem, kiedy oderwaliśmy się od siebie.

    Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie tego dnia. Stałem z błogim uśmiechem, całkowicie ignorując zdezorientowanego Gerarda. I tak był na mnie zły, więc większej różnicy mi to nie zrobi. I tak już patrzył na mnie wrogim wzrokiem, zapewne snując jednocześnie plany na karę dla mnie. A skoro już o karze mowa. W tym nikłym, pomarańczowym świetle pochodzącym od małej lampki, wyglądał jakoś dziwnie groźnie. Przez moje rozmyślania nawet nie zauważyłem, kiedy ją zaświecił, ale mniejsza z tym. Patrząc tak na niego, kiedy tak stał niedbale oparty o ścianę, pożerający mnie swym wzrokiem, na myśl przyszła mi pewna wizja. Otóż, Gerard stałby dokładnie w tamtym miejscu, uśmiechając się zalotnie i wymawiając słowa "Frankie, byłeś dziś bardzo niegrzeczny... A wiesz co dostają niegrzeczni chłopcy? Klapsa w tyłeczek. Albo dwa. Ewentualnie obrywają pejczem..." Nie, nie, nie. Nie powinienem tak o nim myśleć, przecież ja mam chłopaka. Z drugiej strony to przecież nie moja wina, że coś takiego nawinęło mi się na myśl...
- Frank, słuchasz ty mnie w ogóle?! I czemu się tak idiotycznie uśmiechasz? Frank, no! - Niemalże krzyczał mi do ucha, kiedy zatapiałem się w swoim malutkim, dziwnym świecie, pełnym nieprzyzwoitych rzeczy.
- Wyluzuj Gerdi, coś ty taki nerwowy? - Spytałem, posyłając mu pewne siebie spojrzenie. Igrałem z ogniem, to jasne. Z każdą chwilą tylko pogarszałem sytuację i, o dziwo, sprawiało mi to pewnego rodzaju satysfakcję. Nie mógł zrobić praktycznie nic. Oczywiście, nikt mu nie zabroni robić mi godzinnych wykładów na temat uciekania przez okno do swojego chłopaka, ale poza tym był bezradny. Nie mógł by mnie uderzyć, bo już wie, że zrobiłby tym problemy tylko i wyłącznie sobie. Mikey'owi też nie mógł się poskarżyć, bo wina również byłaby po jego stronie. Nie upilnował mnie, za co Mikeś na pewno po powrocie by go stłukł. Jak ja kocham mieć władzę nad wszystkimi.
- Frank, musimy poważnie porozmawiać.
- Poważnie porozmawiać? Ah, już wiem! Jesteś w ciąży? Gerdi, to cudownie! Nawet nie wiesz, jak się cieszę! - Prawie wywrzeszczałem, rzucają mu się na szyję i ściskając go z całej siły. Próbowałem zignorować fakt, że się do niego bezkarnie przytulam. Miałem to tylko zrobić dla zabawy, jednak nie mogłem się powstrzymać od wykorzystania tego dla osobistych przyjemności. - A teraz dobranoc, idę spać. - Jakby nigdy nic puściłem go i już zwróciłem się w stronę schodów prowadzących na górę, jednak szybko zostałem zatrzymany i odwrócony w stronę czarnowłosego.
- Nie wydurniaj się. I przestań nazywać mnie Gerdi.
- Puszczaj mnie! -  Wszedłem mu w słowo i zacząłem energicznie wyrywać dłoń z jego uścisku. Nie szło mi dobrze, ale Gee postanowił się nade mną zlitować i tak po prostu mnie puścił. - Nie chcę z tobą rozmawiać, nie mamy o czym. Jestem zmęczony, dobranoc. - Wszystkie te słowa wypowiedziałem tak chamsko jak jeszcze nigdy. Mój humor gwałtownie się zmienił. Nie miałem zamiaru dyskutować z nim na tak nie ważne tematy, nawet jeśli czekał na mnie od paru godzin. Zresztą co go to obchodzi? Uciekłem, bo tak mi się chciało. Miałem do tego prawo. Nie jestem przecież w jakimś zakładzie karnym, chociaż coraz bardziej te dwa miejsca zaczynają się upodabniać.
- Frank, no - warknął na mnie, jakbym był co najmniej jego wrogiem... a nie byłem nim? Możliwe.
- Jeśli tak bardzo ci zależy, to pogadamy jutro. A teraz się odwal, chce mi się spać - odpowiedziałem i szybko ruszyłem w stronę schodów. Nie miałem już ochoty na nic, oprócz długiego wypoczynku. Trzeba by jeszcze przygotować się na jutrzejszą pogadankę. Ugh, wręcz nie mogę się doczekać jego pytań bądź wykładu, jaki to ja jestem niedobry.

                                                                    ***
   Obudziły mnie szturchania. Bardzo mocne. Wręcz bolesne. Nie otwierając oczu starałem się odpędzić tą natrętną rękę, należącą na pewno do Gerarda. No bo kto inny? Lyn-z odpada, znalazła by sobie lepsze zajęcie niż budzenie mnie w tak brutalny sposób. Bandit? Ona również nie, gdyż nie miała by tyle siły. Nie został nikt inny, jak czarnowłosy. Tylko czego ta cholera chce? Przecież mu mówiłem, że jestem bardzo zmęczony i ma mnie zostawić.
   Powoli uchyliłem powieki i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Pierwsze co zauważyłem, to wściekła mina Gerdi'ego. Nie no, ta dziwna ksywka coraz bardziej mi się podoba. Tak, postanowiłem. Od dzisiaj będę na niego mówić Gerdi, żeby go wkurzać. A co mi tam, on i tak nic mi nie zrobi, tylko trochę się powścieka co jest u niego normalnością. Przez ostatni czas ciągle widzę go wnerwionego, co jest akurat moją zasługą. Może nie powinienem... Niestety sumienie dawało mi o sobie znać. Na początku nie miałem z tym żadnych problemów. On mnie bez jakiegoś wielkiego powodu uderzył, a to była taka mała zemsta. Robiło mi się jednak źle, bo przecież zależało mi na odbudowaniu z nim tych dawnych relacji, a tymczasem ja wszystko niszczę. Już sam nie wiem co z tym wszystkim zrobić. Nie kochałem go już jak dawniej, ale jednak... Istniał w moim sercu ten malutki promyk nadziei, że jeszcze kiedyś nam się uda, że będziemy razem. Nie, stop! Mam Jeffa, to jego kocham. To on jest moją prawdziwą i jedyną miłością, to z nim chcę spędzić cały mój wolny czas, to on jest moim powietrzem bez którego nie potrafiłbym żyć. Tylko on się liczy...
- Ała! - Nim się obejrzałem, zostałem złapany za nadgarstek i siłą wytargany z łóżka. No jasne, po co być delikatnym skoro można mną wycierać podłogę. - Puść mnie, to boli!
   I puścił. Ale dopiero wtedy, kiedy wręcz pchnął mnie na krzesło przy biurku. Zwróciłem jeszcze zaspane spojrzenie na stojący obok laptop. Był włączony na jakieś stronce, której niestety nie mogłem dostrzec.
- Możesz mi to wyjaśnić? - spytał, krzyżując ręce na piersi. Oparł się biodrem o blat, wyczekując jakiegokolwiek ruchu z mojej strony. Yh, zaczęło się. Leniwie przetarłem oczy i spojrzałem na ekran. Znajdowały się tam zdjęcia moje i Jeffa, zrobione wczoraj podczas naszej randki. Obok umieszczono jakiś tekst, którego i tak nie chciało mi się czytać.
- Chyba nie rozumiem.
- Po prostu mi powiedz, co to ma być - wskazał palcem na monitor, a dokładniej na fotografię, gdzie siedzę na barierze mostu, a Jeff stoi obok całując mnie namiętnie.
- To, kochanie, nazywa się miłość - odpowiedziałem z rozbrajającym uśmiechem.  Nie była to odpowiedź, którą on chciał usłyszeć. Jemu chodziło za pewno o to, dlaczego daliśmy sobie robić takie zdjęcia i czemu one znajdują się w internecie, jak i w każdym magazynie dla nastolatek. Nie żeby coś, ale ostatnio strasznie irytuje mnie zachowanie Way'a. Naprawdę nie rozumiem po kiego on się wcina w moje życie prywatne.
- Nie o to mi...
- Wiem - wciąłem mu się w zdanie. Znów czułem się pewny siebie, chociaż wcale nie powinienem. Gerard skarcił mnie wzrokiem, ale jakoś nie bardzo mnie to wzruszyło. Wolnymi ruchami podniosłem się z fotela i ruszyłem w stronę łóżka. - Wiem, że nie o to. A jeśli pozwolisz, pójdę z powrotem spać. Jest bardzo wcześnie.
  
_____________________________________________________________________
   Tak miał wyglądać rozdział dodany wczoraj. Niestety gdy zaczęłam pisać wstęp, zawołała mnie mama. Wyłączyłam wszystko, uprzednio zapisując. Gdy wróciłam i chciałam wejść na bloga, nie dało się. Z dwóch przyczyn:
- internet zaczął strasznie zamulać
- wszędzie włączały mi się reklamy zajmujące cały ekran, których nijak nie szło się pozbyć, nawet przez ponowne wejście na stronę O_o

Dlatego bardzo,bardzo,bardzo przepraszam. Obiecuję, że wam to obficie wynagrodzę. Jeśli wiecie o czym mówię... O shotach oczywiście. Akurat jeden jest w trakcie. Chyba nie będziecie mieli nic przeciwko Waycestowi łamanemu na Frerarda?

Oh, jeszcze jedno. Rozdział miał być dłuższy, ale drugą część postanowiłam przenieść do 7 rozdziału, bo tu po prostu to nie pasowało. Szósty praktycznie nic nie wnosi i jest nudny jak flaki, no ale...

Może przestanę pisać, kiedy dodam, bo wtedy cały świat staje przeciwko mnie i nie pozwala mi się wyrobić na czas. Pamiętam, że kiedy nie pisałam dat, wychodziło mi to szybciej... 


14 komentarze:

Everybody wants to change the world pisze...

Gerdi! Ah, co za twórczość. Zazdroszczę weny, złotko. Wiesz, że cię uwielbiam. Ale i tak cieżarny Gerduś wyglądałby słodko. :'33

Darsa pisze...

W końcu! Jezusie, ile się naczekałam XD

Dobrze Frank potraktował Gerarda. Niech spieprza głupek. Nie lubię go :D A Jeff... nie sądzę, że jest jakimś psychopatą dokonującym w swojej piwnicy autopsji na własną rękę, ale mam przeczucie, że po prostu coś ukrywa. Nie chce mi się wierzyć, że to coś złego, bo on zwyczajnie kocha Franka. Może to jakiś mało znaczący sekrecik? Nie wiem, czy ten sekrecik w ogóle jest, ale no... ja zawsze się doszukuję czegoś, co potem się okazuje w sumie, że jednak jest, ale... nie zawsze mam rację XD

Środek : Awwwwwwwwwwwwwwwwwww ♥♥♥♥♥♥ Boskie i po prostu uśmiechałam się delikatnie do monitora, bo niezwykle rozczuliło mnie to frankowe wspomnienie ♥♥♥

Końcówka: Nie zakumałam o co chodziło... chyba, że nie mieliśmy zakumać... Bo ja nie wiem... Jest późno, a moja siła dedukcji się zredukowała o połowę połowy, bo jeszcze specjalnie czekałam do późna na rozdział :3 wytłumaczyłabyś mi to kochana w odpowiedzi na ten komentarz jeżeli to nie tajemnica? Bo jeżeli tajemnica to ok, nie chcę wtedy wiedzieć , bo się wyjaśni w 7 bądź później :3

Co do shota, to mi osobiście nie przeszkadza taki podział ról.

Przerwa każdemu dobrze robi, więc odpoczywaj, albo nabieraj sił do pisania czy rób zapasy. Przerwa jest zbawienna niekiedy. W moim przypadku skutkuje jak na razie i odstresowuje. Nabieram nowych chęci oraz zapału do pisania, więc jeżeli czujesz taką potrzebę, to śmiało, tylko wracaj szybko ♥♥♥

-> red like a blood <-

Frerard pisze...

Hahah, ktoś tu ogląda/czyta za dużo kryminałów, no chyba, że to taki wrodzony talent do dedukowania xD

Będzie jeszcze dużo takich retrospekcji, właściwie prawie w każdym rozdziale pojawią się takie wspomnienia z przeszłości. Tak, zrobię z Frank taką babunię która lubi poopowiadać swoim wnukom różne rzeczy. Uprzedzając pytania: tak, będzie piekł z Bandit ciasteczka ^__^

Oczywiście, że bym wytłumaczyła, ale najpierw mi powiedz, czy chodzi ci o tą część po wspomnieniu Franka, czy o tą całkiem ostatnią, po "***"? Mogłaś nie zrozumieć, bo może napisałam to tak głupio że po prostu się nie dało. Pisałam to wieczorem, będąc "nietrzeźwą umysłowo" i szczerze nie wiem, czy to co się tam znajduje jest tym, co chciałam opisać. Nie miałam nawet siły tego sprawdzać, szczególnie jeśli dopadł mnie katar i potwornie rozbolała mnie głowa. Jutro przejrzę wszystko i jeśli znajdę niejasności to poprawię. ;3

Lack of Sleep pisze...

Kocham cię, Głupi Gerdi. Frankie znalazł w końcu miłość a głupi Gerard chce wszystko spieprzyć. Toć to on ma rodzinę !

Shampain pisze...

Rozdział świetny, ale na wieść o Wayceście zadrżałam. Przykro mi, ale nie. Wiem, że pewnie moja opinia nie ma nic do rzeczy... Zniosę wszystko, tylko nie Waycesty. To jest po prostu chore i złe.

Frerard pisze...

Chciałabym uszczęśliwić wszystkich czytelników, a nie wzbudzać w nich wstręt. Tak więc byłoby ok, jeślibym ograniczyła się do braterskich uścisków? Zresztą od samego początku nie chciałam robić z tego całkowitego Waycesta, zależało mi tylko na opisaniu ich więzi. Nie wiem nawet, czy mogę to nazwać Waycestem. A jak już, to takim bardzo, bardzo lekkim. Nie chodziło mi o to, że będę ich pakować do łóżka czy coś w tym stylu. Po prostu Mikey i Gee będą ze sobą bardzo związani, ze względu na trudne warunki życia i brak jakiejkolwiek troski ze strony jedynego rodzica. Zaznaczyłam też, że będzie to shot Waycest/Frerard, jednak dużo więcej wydarzy się pomiędzy Frankiem a Gerardem. Mam nadzieję, że nikogo nie będzie przeszkadzać jakaś gorętsza, frerardowa scena? ;3

Pika Pika pisze...

uuuu Gerard traci autorytet... może odkąd ma dziecko próbuje tak ojcować frankowi, a ten swoje bunty ;p

Shampain pisze...

Powiem tak, jestem uczulona na Waycesty w kategorii Mikesa i Gerda uprawiających seks i pałających do siebie czystą kazirodczą miłością oraz namiętnością...Mam tak odkąd przeczytałam parę opowiadań, m.in. takie, w którym dwaj bracia molestowali seksualnie Bandit, a także inne, gdzie również wspólnie gwałcili trupa Franka w prosektorium...wiem, że to ogromna przesada, ale prawdę powiedziawszy miałam tą "alergię" już przed przeczytaniem. Po prostu kocham relacje M/G na szczeblu braterskim - i zgaduję, że tak to chcesz opisać i to mi się bardzo podoba, bo myślę, że powinno się częściej w opowiadaniach podkreślać to, jak mocno są ze sobą związani - bo sami w prawdziwym życiu wciąż to wyszczególniają. I to jest piękne. Tak więc mnie straszą i obrzydzają tylko i wyłącznie ich seksualne stosunki, często tak pieczołowicie opisywane przez niektóre osoby zwące się "fankami", choć do takich im daleko moim zdaniem...Waycest generalnie wzięło się od "incest", i nie chcę się tu mądrzyć, tylko wyjaśniam skąd moje oczywiste skojarzenia, etc. No i myślę, że dogłębny opis ich braterskich uczuć byłby wspaniały, bo ludzie zbyt rzadko się na tym skupiają, a to według mnie dwaj najlepiej zgrani i najmocniej się kochający bracia w historii rock'n'rolla :)

Darsa pisze...

- To, kochanie, nazywa się miłość - odpowiedziałem z rozbrajającym uśmiechem. Znów czułem się pewny siebie, chociaż wcale nie powinienem. Gerard skarcił mnie wzrokiem, ale jakoś nie bardzo mnie to wzruszyło.
- Nie o to mi...
- Wiem - wciąłem mu się w zdanie. Wolnymi ruchami podniosłem się z fotela i ruszyłem w stronę łóżka. - Wiem, że nie o to. A jeśli pozwolisz, pójdę dalej spać.

O to mi chodziło XD Bo nie wiem, o co im chodziło :D Rozumiesz o co mi chodziło? XDDDDDDDD

Frerard pisze...

Dobra, poprawiłam w rozdziale ten fragment, żeby było przejrzyściej. Rozumiem, że wielu mogło nie zrozumieć, bo końcówkę pisałam z myślami "Jeszcze kawałek, byle skończyć i dodać, jeszcze kawałek". Na wszelki wypadek wyjaśnię jeszcze w komentarzu: Gdy Gerdi sobie wstał rano, wypił kawusię i przelizał się już ze swoją żoną, postanowił przejrzeć sobie coś ciekawego w necie. Z tego też powodu załączył laptopa i wszedł w przeglądarkę. Akurat w wiadomościach natrafił na pewien artykuł o gitarzyście swojego zespołu, więc zaczął to czytać. Załączone tam również zdjęcia bardzo go wkurzyły, bo uważał, że to zniszczy reputację zespołu (pewnie ta sucz jest zazdrosna a tylko wmawia sobie, że chodzi o zespół... kto by go tam zrozumiał xDD). Wnerwiony poszedł do Frank i wręcz go wytargał z łóżka, oczekując wyjaśnień. Gdy wskazał brunetowi zdjęcia, czekając na odpowiedź w stylu "Przepraszam Gee, to był przypadek, nie wiedzieliśmy, że ktoś robi nam zdjęcia. To już się nie powtórzy *chlipchlip*", Frank postanowił zrobić mu na złość i wyjaśnił mu, co przedstawia to zdjęcie. A reszta będzie wyjaśniona w kolejnym rozdziale. :3

Darsa pisze...

Tak myślałam, że o to chodziło xD Ale i tak głupia ja :♥

Unknown pisze...

juZ się nie mogę doczekać szota *.*

Unknown pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
*_* pisze...

Matko...matko...uwielbiam Jeffa, ale wydaje mi się, że coś knuje xD

Prześlij komentarz