sobota, 8 grudnia 2012

Rozdział 7

Ugh, przepraszam za tą okropnie długą przerwę. Gdyby nie ta cholerna jesienna depresja i brak chęci do pisania czegokolwiek, pewnie rozdział byłby szybciej.
Jak już pewnie wiecie pogodziłam się z pewną osobą... ale to już pewnie wiecie z jej bloga. Ba dum, kolejne zdanie tryskające sensem. No ale dedykuję ten rozdział CherryBomb i Dawidowi, bo mnie ciągle o niego męczyli.

W sprawie komentarzy... Jeśli u kogoś nie dodałam to postaram się to nadrobić. Niestety nie miałam ostatnio na nic czasu i ochoty dlatego trochę to wszystko zaniedbałam. 

Chciałabym jeszcze powitać nowe osoby które skomentowały poprzedni wpis. Wcześniej jakoś was nie widziałam. Ninje się ujawniły? :D  
_____________________________________________________________________________

   Od momentu kiedy Gerard wytargał mnie z łóżka, nie mogłem już zasnąć. Mimo, że byłem cholernie zmęczony nie potrafiłem zapaść w sen. Wciąż dręczyły mnie myśli. Naprawdę nie mogłem już niczego zrozumieć. Dlaczego on aż tak się mną przejmuje? Dlaczego się tak troszczy? Przecież on mnie nawet nie lubi. Gdyby mu na mnie zależało nie biłby mnie. Prawda, zrobił to tylko jeden jedyny raz, jednak zabolało jakby robił tak codziennie po pięćdziesiąt razy. Może trochę przesadziłem. Ale tylko trochę.
   Było już późne południe, a ja jeszcze nie przeprowadzałem z Gerardem tej jakże ważnej rozmowy. Ciągle go unikałem, żeby przełożyć ten moment jak najdalej. Siedziałem zamknięty w swoim pokoju, albo szedłem do Bandit, by pobawić się z nią. Trochę obawiałem się tego, co Gerard mi powie. Będzie zły, to pewne. Gdybym był na jego miejscu to też bym się wściekał. Nie, gdybym był w jego skórze nawet nie wpuściłbym takiego Franka do domu. Przecież, jak to Lyn-z lubi twierdzić, jestem pedałem który demoralizuje jej dziecko. Jakby ona sama miała na nie dobry wpływ...
   Zszedłem powolnym krokiem do salonu, gdzie natknąłem się na czarnowłosego. Siedział na kanapie, łokciami opierając się o blat stołu. Z tego co zdążyłem wywnioskować, oglądał jakiś program telewizyjny. Domyślałem się, że były to wiadomości, gdyż na ekranie widniał facet z mikrofonem w ręku, zawzięcie coś relacjonujący. Gdy odwróciłem wzrok na Gerarda dostrzegłem, że w ogóle nie zmienił pozycji. Nawet nie drgnął. Zgadywałem, że pewnie mnie nie zauważył, albo inaczej - nie chciał mnie zauważyć. Cicho podszedłem do niego i usadowiłem tyłek na czarnej kanapie. Odchrząknąłem próbując zwrócić na siebie uwagę, lecz na nic. Poczułem się trochę urażony, jednak nie dałem po sobie tego poznać. Przecież to on chciał ze mną gadać, a nie na odwrót. Mnie to nawet nie obchodzi... nie obchodziło.
- Gerard? - Czarnowłosy mnie olał. Nie poruszył się, traktował mnie jak powietrze. - Hej, Gee. No odezwij się do mnie - szepnąłem żałośnie. Jego nieobecność nie była denerwująca, ale trochę mnie zabolała. Czy on w ten sposób dawał mi do zrozumienia jak bardzo mnie nienawidzi i jak pragnie tego, bym sobie poszedł? Może powinienem...
   Westchnąłem cicho i podniosłem nogi na czarny mebel. Przyciągnąłem je i oplotłem ramionami. Zacząłem nienawidzić tej ciszy. Zdecydowanie wolałbym, gdyby na mnie krzyczał, darł się jakim to jestem wrednym dupkiem ale nie, on musiał siedzieć cicho. Nawet naszła mnie chwilowa ochota, by go przytulić. Na szczęście szybko wybiłem sobie z głowy ten pomysł. Po pierwsze; Lyn-z jest w domu i gdyby to zobaczyła, obdarła by mnie żywcem ze skóry. Po drugie; Bandit również gdzieś tu biegała, a widok dwóch przytulających się facetów, z których jeden jest jej ojcem, nie byłby dla niej odpowiedni. Przynajmniej tak twierdzi pani Ballato. Uh, przepraszam! Miałem na myśli pani Way.
- Przepraszam... - Powiedziałem cichutko. Domyślałem się, że właśnie na to czekał, żebym go przeprosił. Był na mnie zły za to całe pyskowanie, to fakt. Przyznaję, mógłbym się bardziej hamować. Możliwe, że zrobiłem mu przykrość przez swój niewyparzony dziób, chociaż wcale tego nie chciałem. W gruncie rzezy zależy mi na nim, jednak nie potrafię zachować się inaczej w rozmowach z nim. Chciałbym być dla niego milszy, ale jakoś nie potrafię. Wspomnienia z przeszłości ciągle dają o sobie znać. Tak bardzo chciałbym się od tego wszystkiego uwolnić.
   Słysząc skrzypnięcie kanapy gwałtownie odwróciłem się w kierunku jego pochodzenia. Gerard postanowił zmienić nieco pozycję i ułożył plecy na oparciu kanapy. Założył prawą nogę na lewe kolano, a ręce skrzyżował na piersi. Nadal nie zaszczycił mnie nawet krótkim spojrzeniem, ale spodziewałem się tego. Kto by chciał patrzeć na kogoś takiego jak ja? Oprócz Jeffa to chyba nikt, ale i tak nie jestem co do tego do końca pewny. Nie, żebym go nie kochał i mu nie ufał, ale po prostu nie potrafię pojąć tego, że ktokolwiek mógłby tak o mnie dbać i rozpieszczać jak on. Mam wrażenie, że znajduję się w jakimś śnie. Śnie, który jak na razie nie ma zamiaru się kończyć.
- O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - Spytałem, widząc że Pan Szanowny Way nie ma zamiaru przerywać tej krępującej ciszy.
- Domyśl się - odparł tak chłodno, że lekki dreszcz przeleciał wzdłuż mojego kręgosłupa. Dobra, nie chciałem doprowadzać go aż do takiego stanu. W ogóle nie miałem zamiaru przez swoje zachowanie go zdenerwować. Ja tylko chciałem spędzić jeden dzień z moim chłopakiem, czy to tak wiele? Mam chyba prawo się z nim spotykać, przecież jest moim partnerem. Ja jakoś nie zabraniam Lyn-z zbliżania się do Gerarda, więc nie wiem w czym problem.
- Nie mam pojęcia o co ci chodzi - odpowiedziałem najbardziej spokojnie, jak tylko potrafiłem. Zdecydowanie wolałem, żeby on zaczął swój długi monolog, kazanie... Mógłbym wtedy tylko kiwać głową i potakiwać, a na koniec przeprosić, zwiewając do swojego pokoju.
- Nie wiesz? Nie wiesz?! - Podniósł na mnie głos. Jak dobrze, że nie było Panny Jestem-Najfajniejsza-I-Muszę-Zniszczyć-Frankowi-Życie. Na szczęście zachciało jej się wyjść z Bandit do jakieś swojej koleżaneczki. Postanowiłem wykorzystać ten czas na pogadankę z Gerardem. Raczej nie miałem ochoty robić tego w obecności tej, która ma wytatuowanego kurczaka na ramieniu.
   Czarnowłosy energicznie podniósł się z kanapy i zaczął nerwowo chodzić po pokoju, jednocześnie gestykulując rękami. - Całkowicie olewasz to, co do ciebie mówię. W ogóle mnie nie szanujesz. Zachowujesz się jak jakiś głupi dzieciak! Uciekasz z domu, w dodatku przed okno, na cały dzień! Dzwoniłem do ciebie chyba ze sto razy, a ty co? A ty najnormalniej w świecie masz mnie w dupie! Wyobraź sobie, że się o ciebie kurwa martwiłem, czy nic ci się nie stało. Ale nie łaska nawet głupiego sms-a napisać. Mam cię dość, DOŚĆ - dosadnie zaakcentował ostatnie słowo. Gdy skończył, stanął przy oknie i wlepił swój wzrok w przestrzeń. Szczerze mówiąc, aż takich słów się od niego nie spodziewałem. Jednakże muszę stwierdzić, że kiedy usłyszałem, iż martwił się o mnie zrobiło mi się... miło. Przyjemne uczucie zagościło w moim sercu. Czy o to mi chodziło? Nieświadomie doprowadziłem do tego, by zwrócił na mnie uwagę, by zaczął przejmować się moją osobą. A może jednak zrobiłem to świadomie...
- Wiesz co? - Zacząłem mówić, również podnosząc się z mebla. - Ja też cię mam dość. Wcale, wcale się o to nie prosiłem! Nie chciałem tu być, to Mikey mi zmusił. Gdyby nie on, nigdy bym w tym domu stopy nie postawił! Ale wiesz, zrobiłem to dla niego, bo on jest dla mnie ważny. Jeśli mógłbym cofnąć się w czasie, to zrobiłbym to, byle tylko cię nie poznać. Nawet nie wiesz, jak ja cię nienawidzę! Jesteś dla mnie nikim! Najchętniej w ogóle bym się z tobą nie widywał, ale zespół jest dla mnie ważniejszy. I mam prośbę. Zniknij wreszcie z mojego życia - ostatnie zdanie wypowiedziałem cicho, jednak byłem pewien, że dotarło ono do jego uszu. Kiedy odwróciłem się w jego stronę i spojrzałem na niego, on nadal stał w tym samym miejscu. Zdawał się mnie ignorować. Czekałem tylko na moment, kiedy gwałtownie obróci się i podejdzie do mnie z zamiarem jebnięcia w mą śliczną buźkę. Dobra, w mą przeciętną twarz. W gruncie rzeczy nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Odbiegłem trochę od tematu. Wracając. Mężczyzna nawet nie drgnął. Być może analizował to co przed chwilą powiedziałem, albo po prostu to olał i czekał aż opuszczę pomieszczenie. Nie doczekując się żadnej reakcji z jego strony, obróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę schodów. Szybko wspiąłem się na górę i zwróciłem w stronę drzwi mojego tymczasowego pokoju. Miałem dość tego dnia, dość wszystkiego, dość siebie. Jedyne czego chciałem, to zamknąć się w pokoju i posiedzieć w samotności.
   Nacisnąłem na klamkę i wszedłem do środka. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i podszedłem do biurka, które stało w kącie. Usiadłem przy nim i głośno westchnąłem. Źle się czułem. Nie tyle fizycznie, co psychicznie. Z każdym dniem spęczonym w tym domu było coraz gorzej. Mikey chciał, by nasze relacje się poprawiły, a stało się przeciwnie - pogorszyły się i to w znacznym stopniu. Nie chciałem żeby to tak wyszło, ale to samo się dzieje. Cokolwiek bym nie zrobił, zawsze robię to źle co spotyka się z ochrzanem od Gerarda...
   Zwróciłem wzrok ku gitarze, znajdującej się na stojaku. Nie myśląc długo wziąłem ją do ręki i oparłem na prawym udzie. Chwyciłem za gryf, naciskając odpowiednie progi, a moje palce jakby same zaczęły delikatnie muskać struny. Spokojne dźwięki rozniosły się po sypialni, odbijając od ścian i wpadając prosto w me uszy. To było to, co kocham. Jedyna rzecz, która potrafiła dać mi taki spokój i ukojenie. Przymknąłem oczy i całkowicie oddałem się swojej pasji. Zapowiadał się cholernie długi wieczór.

                                               ***
   Było już dosyć późno, kiedy odstawiłem swój instrument. Trochę poprawił mi humor, ale i tak byłem zdołowany. Doczłapałem do łóżka, a następnie ułożyłem się na nim wygodnie. Chociaż nie robiłem przez cały dzień niczego, co mogłoby mnie zmęczyć, to i tak byłem wyczerpany. Nie miałem już na nic siły ani ochoty. Ta cała rozmowa z Gerardem była wyczerpująca. Widać, że znów go zraniłem. O ile wcześniej sprawiało mi to przyjemność, teraz zaczęło dręczyć. Przesadzałem i to ostro. Ale co innego mogłem mu powiedzieć? Zgoda, mogłem to ubrać w jakieś ładniejsze słowa, a nie wyjeżdżać na niego chociaż on niczemu nie był winien. Okay, parę lat temu zranił mnie, przez niego prawie się zabiłem, nie wspominając już o tym że nawet mnie w szpitalu nie odwiedził, ale to było kiedyś. Teraz mamy własne sprawy. Ja mam Jeffa, którego kocham nad życie. Gee natomiast ma wspaniałą córeczkę i, mam nadzieję, kochają żonę. Lyn-z można jeszcze zignorować, ale Bandit... Ban jest chyba najsłodszą dziewczynką jaką kiedykolwiek widziałem. Nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem za dziećmi, lecz jej po prostu nie da się nie lubić. Jej duże, piękne piwne oczy były zawsze roześmiane. Zarażała swoim optymizmem wszystkich dookoła. Zupełnie jak ja kiedyś... Póki ktoś mnie nie zmienił. No i znowu rozpamiętuję to wszystko. Tak bardzo chciałbym przestać, ale nie mogę. Co innego, gdyby po tych zdarzeniach nasze drogi całkowicie się rozbiegły, ale nie. Ja przecież musiałem wstąpić do tego samego zespołu co on, musiałem zamieszkać z jego bratem i tymczasowo u niego. Nienawidzę siebie.
   Przymknąłem oczy i pozwoliłem, by moje myśli biegły ku Jeffrey'owi. Trochę żałuję, że u niego nie zostałem. Mogliśmy spędzić noc na wymienianiu się leniwymi pocałunkami, na czułym przytulaniu się i rozmawianiu na te bardziej i mniej głupie tematy. Mogłoby się też zdarzyć, że spędzilibyśmy te godziny na zupełnie innych rzeczach. Jednak wtedy  wróciłbym do domu Way'ów następnego dnia, a opieprz który bym dostał byłby ze sto razy gorszy. Gdyby mi się poszczęściło, dostałbym szlaban. Ja, dorosły facet, zostałbym uziemiony. Ale czy na pewno jestem aż taki dojrzały? Przecież ja sypiam z misiem...
   Wziąłem głęboki wdech, następnie wypuszczając powolnie powietrze z płuc. Przez te wszystkie ostatnie wydarzenia całkowicie zapomniałem o moim najlepszym i najwierniejszym przyjacielu. Ciekawe co u Poisona. Mam nadzieję, że nie narozrabiał za bardzo, bo kochana sąsiadeczka mnie zabije po powrocie. Jednak wątpię w to, by moja grzeczna psina zdemolowała komuś mieszkanie albo w najmniejszym stopniu okazała się nieposłuszna. Mój mały rudzielec był wychowany i nigdy nie zrobiłby nikomu krzywdy ani niczego by nie pogryzł, nawet gdyby go bardzo korciło. Nigdy nie ośmielił się warknąć na nikogo, no chyba że sobie ktoś na to zasłużył lub były to osoby, których nie lubiłem. Zdarzył się jeden jedyny raz kiedy to szczeknął na Jeffa. Było to przy ich pierwszym spotkaniu. Poisonowi prawdopodobnie mój chłopak wydawał się podejrzany, dlatego trzymał go na dystans i warczał, kiedy blondyn mnie przytulał lub po prostu w jakikolwiek sposób okazywał mi miłość. Na szczęście oboje przywykli już do siebie. Chyba bym umarł jeśli miałbym zrezygnować z któregoś z nich. Poison jest moim najlepszym przyjacielem od kilku lat. Zawsze był przy mnie kiedy źle się czułem lub miałem problemy z przyjaciółmi... to znaczy z Gerardem. Poprawiał mi humor taką głupią sztuczką jak podanie łapy lub wskoczenie mi na kolana i wylizanie całej twarzy. Jeff z kolei jest moim partnerem, chyba najlepszym. Troszczy się o mnie i na każdym kroku udowadnia, jak bardzo mnie kocha. Przy nim czułem się wyjątkowo. Jakbym był najważniejszy na tym całym popieprzonym świecie. Może tak było w świecie mojego ukochanego. Przynajmniej miałem taką nadzieję.
   Dosyć długo rozmyślałem o Jeffrey'u, w ogóle nie zmieniając pozycji. Po prostu leżałem na plecach z rękami skrzyżowanymi odrobinę na głowę. Ciągle wlepiałem wzrok w sufit zastanawiając się, co by było gdyby. Zdając sobie sprawę, że wypadałoby iść w końcu spać, postanowiłem obrócić się na bok i udać do kolorowej krainy pełnej jednorożców. Próbowałem się przekręcić, jednak ku mojemu zaskoczeniu moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Ponowiłem próbę jeszcze raz i jeszcze, lecz na nic. Czułem jakbym ważył co najmniej z tonę. Nie mogłem poruszyć nawet rękami. Sprawiały wrażenie, jakby był wręcz przygwożdżone do łóżka. Z nogami i każdą inną częścią mego ciała było podobnie. Jedyne co potrafiłem zrobić to oddychać i poruszać gałkami ocznymi. Poczułem się trochę nieswojo, lecz uznałem to tylko za chwilowe zdrętwienie. Nie mogło być możliwe, żeby ktokolwiek mnie trzymał, nikogo przecież nie było.
   Zrobiło się o wiele straszniej, gdy po chwili usłyszałem jakiś szum. Nie byłoby to aż takie dziwne, gdyby owe dźwięki nie znajdowały się tylko i wyłącznie w mojej głowie.
Frank!
   Ktoś krzyczał moje imię tak histerycznie, że mój strach narastał. To zaczynało się robić chore. Miałem wrażenie, że jestem w jakimś horrorze, że zaraz jakiś psychopata z nożem przyjdzie i mnie zabije. Mój oddech stał się nieregularny, wręcz chaotyczny. Chciałem krzyknąć, ale nie mogłem. Nie byłem w stanie nawet stęknąć. Żadne dźwięki nie chciały wydobyć się z moich ust.
Pomocy!
   Kolejne krzyki pozostawiały po sobie głuche echo w mojej głowie. To było koszmarne. Zamknąłem oczy błagając w duchu, by to wszystko jak najszybciej się skończyło. Miałem ochotę rozpłakać się jak małe dziecko, ale nie dawałem rady.
Frank!
   Znów próbowałem się poruszyć, ale na nic. Nie miałem pojęcia ile to już trwało, ale wydawało się że całą wieczność. Przeleciałem wzrokiem po pokoju, próbując dostrzec choćby najmniejszą niepokojąca rzecz. Jakieś było moje rozczarowanie, gdy jednak coś zobaczyłem. Myślałem, że dostanę zawału kiedy zorientowałem się, iż nie jestem sam. Zobaczyłem czarną postać, która powolnym krokiem zbliżała się do mnie. Bałem się tak cholernie, że nie zdziwiłbym się, jeśli wstałbym z pełnymi gaciami. O ile w ogóle wstanę...
   Mężczyzna, bo tak wywnioskowałem po dokładnym przyjrzeniu się jego sylwetce, po chwili znalazł się nade mną. Zacisnąłem oczy najmocniej jak potrafiłem. Nie chciałem na niego patrzeć, nie chciałem widzieć jego twarzy. Ocknąłem się, kiedy poczułem mocny ucisk na mojej klatce piersiowej. Wyobrażałem sobie jaką ma zabawę, gdy ja leżę skrępowany, a on bez najmniejszych przeszkód może mnie dusić. Nie mogłem już myśleć logicznie zwłaszcza, że z trudem przychodziło mi zaczerpnięcie powietrza. Trwało to może minutę, może więcej, kiedy musiałem walczyć o każdy oddech. Nagle ku mojemu zdziwieniu przestał. Otworzyłem oczy, ale jego już nie było. Ustały także wszystkie straszne dźwięki. Poruszyłem nieco rękami i jak się okazało, mogłem to już robić bez większych problemów. Korzystając z okazji, szybko naciągnąłem kołdrę po sam czubek głowy. Wtuliłem twarz w poduszkę i rozryczałem się na dobre. Pozwalałem, by wielkie słone łzy spływały strumieniami, mocząc pościel. W pięściach mocno ściskałem boki przykrycia bojąc się, że to coś wróci z chęcią zrobienia mi krzywdy, może i gorszej niż tej przed chwilą. W duchu modliłem się, by ta noc minęła jak najszybciej. Przez głowę chwilowo przeszła mi myśl, żeby wstać i jak małe dziecko z płaczem pobiec do Gerarda, ale szybko ją przepędziłem. Po pierwsze, nie miałem ochoty wpaść na tego ducha, psychopatę czy czym to tam było. Po drugie, czarnowłosy nie spał sam lecz z Lyn-z, a ona bez dwóch zdań była o wiele gorsza niż wyżej wymienione straszydło. Tak więc byłem skazany na samotne łkanie przez resztę nocy. Musiałem zmagać się ze swoim strachem i wyobraźnią aż do nadejścia świtu. Nie miałem pojęcia jak wytrzymam tyle czasu, o ile w ogóle wytrzymam. Do wschodu słońca zostało co najmniej z pięć godzin. Od samego początku byłem pewien, że nie dam rady. Ta cała sytuacja mnie przerastała. Chciałem zaliczyć to zdarzenie do koszmaru, ale to odpadało. Żeby to był sen najpierw musiałbym zasnąć, a następnie się obudzić. Ja miałem przecież oczy cały czas szeroko otwarte, więc nie było takiej opcji.
   Nie zdawałem sobie sprawy, że z każdą chwilą mój płacz jest coraz głośniejszy. Już nawet nie łkałem, a cicho zawodziłem. Nie potrafiłem tego opanować, to samo ze mnie wychodziło. Starałem się jednak ściszyć najbardziej jak potrafiłem, aby nie robić zbyt wielkiego hałasu. Gdy na chwilę wpakowałem się głębiej w poduszkę, tłumiąc przy okazji mój szloch, usłyszałem ciche skrzypnięcie drzwi. Wydawało mi się, że moje serce stanęło na moment, a po chwili zwiększyło tempo pompowania krwi o jakieś dziesięć razy. Znieruchomiałem, próbując powstrzymać się od jakiegokolwiek ruchu. Pewnie to zombie jest takie głupie, że nie zauważy że przed sekundą całe to łóżko trzęsło się wraz ze mną, a teraz nagle jest spokój. Szkoda tylko, że usłyszałem kroki. Owy ktoś ciągle się do mnie przybliżał, a ja nie wiedziałem co mam robić. Najlogiczniejszym zachowaniem byłoby po prostu stąd zwiać, były jednak szanse, że ten psychol stoi przy drzwiach. Drugim rozwiązaniem był wpadnięcie do łazienki, której drzwi akurat są w moim pokoju. Jednak tam nie znalazłbym nic co nadawało by się do obrony, oprócz szczkotki do kibla. No kurwa. Były jednak szanse, że udałoby mi się "pokonać" to coś tym narzędziem. Zapewne zaraz po zobaczeniu mnie z tym w ręku, umarłoby... ze śmiechu.
   Po mojej i tak już mokrej twarzy ściekły kolejne łzy. Czułem obecność tego kogoś za sobą. Stał za mną i najpewniej przyglądał mi się, śmiejąc w duchu ze mnie i z tego, że już nie mam żadnych szans. Wszystko było jeszcze straszniejsze ze względu na fakt, iż nie miałem pojęcia co on ode mnie chce. Nie wiedziałem, czy wymaga ode mnie jakieś rzeczy, czy po prostu z nudów sobie do mnie przylazł żeby mnie podręczyć, torturować a następnie zabić. To było chore, cała ta sytuacja była pojebana. Może nie bałbym się tak bardzo, gdyby mi się nie zachciewało czasami z Rose i Mikey'm urządzać wieczoru z horrorami. Teraz się przekonałem, że był to najgłupszy pomysł na świecie.
   Z myśli wyrwało mnie lekkie pociągnięcie kołdry. Cały zlany ze strachu mocniej przytrzymałem przykrycie. Niech to będzie tylko popierdolony sen, błagam. Niech się okaże, że jest już rano, gdy tylko się odkryję. Niech Jego miejsce zajmie Bandit, która jak co dzień wdrapie się na moje łóżko razem ze swoim misiem, by mnie obudzić. Niestety byłem przekonany, że nic takiego się nie stanie, a to wszystko dzieje się naprawdę. Chwilę później udowodniono mi to silniejszym szarpnięciem. Owiał mnie chłód, kiedy część pościeli wylądowała na podłodze. Leżałem na brzuchu, nie mając zamiaru się odwracać. Bałem się, tak bardzo się bałem. Chciałem krzyknąć, ale nie mogłem. Czułem jakbym miał ściśnięte gardło dlatego nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nim się obejrzałem, zostałem wręcz brutalnie obrócony na plecy. Pisnąłem głośno, gdy dostrzegłem w ciemnościach zarys postaci. Przez załzawione oczy zdołałem zauważyć tylko to, że jest to dość wysoki mężczyzna, cholernie podobny do tego, który chciał mnie przedtem udusić. Szybko sturlałem się z materaca i z hukiem wylądowałem na podłodze. Dłonią wymacałem, że pod łóżkiem szafką nocną leży druciany wieszak. Chwyciłem go obiema rękami, prędko wycofując się w kąt pokoju. Przypomniało mi się, że w jednym horrorze kobieta uratowała się przed zombie takim właśnie wieszakiem. Najpierw zgięła go w pół, by następnie wbić je w ramię atakującej ją istoty. Muszę wspomnieć również, że gdy potwór mocował się z drutem wbitym w rękę, duch pewnej kobiety wciągnął związaną sznurami ofiarę zombiaka tajemniczym przejściem do pokoju, w którym leżał naładowany pistolet. Gdy tylko straszydło uporało się ze swoim problemem, ruszyło za dziewczyną co było jego wielkim błędem, gdyż został zastrzelony. Wszystko oczywiście skończyło się szczęśliwe. Mam tylko jedno pytanie: dlaczego to ja muszę mieć takiego pecha? Głupim wieszakiem to mogę najwyżej kogoś dźgnąć, podczas gdy ten będzie mnie konsumował.
   Zauważyłem, że mężczyzna zbliża się do mnie. Przerażony jeszcze bardziej wcisnąłem się w ścianę. Mój płacz przerodził się w tak histeryczne wycie, że już nawet nie wiedziałem czy cicho wypowiadane moje imię pochodziło z ust tajemniczej postaci, czy były to kolejne głosy mieszczące się tylko i wyłącznie w mojej głowie. Z trudem próbowałem zaczerpnąć nieco powietrza do mich płuc. Kątem oka spostrzegłem, że zarys tej osoby mam już przed sobą. Obróciłem głowę jak najbardziej w bok, byle by nie musieć patrzeć na to, co zaraz się wydarzy. Zacisnąłem oczy najmocniej jak potrafiłem i zaczął wymachiwać przed sobą tym nieszczęsnym wieszakiem. Nim się obejrzałem moje ręce były puste. Jęknąłem żałośnie, nie przestając popłakiwać.
- Błagam, nie krzywdź mnie, zostaw... -  Załkałem, zasłaniając twarz dłońmi. Bardzo pragnąłem w tamtej chwili zniknąć. Gdybym wiedział, że spotka mnie coś takiego to nocowałbym dzisiaj u Jeffa. W sumie to ciągle zastanawiam się, dlaczego jeszcze u niego nie zamieszkałem. Może w końcu nadeszła pora, żeby podjąć tą decyzję?
- Frank, do cholery. Spójrz na mnie - warknął, przez co jeszcze bardziej się go przeraziłem. Złapał moje nadgarstki w silnym uścisku na skutek czego jęknąłem. Próbowałem się wyszarpać, jednak na nic.
-  Nie zabijaj mnie, proszę... - Błagałem po cichutko, wiercąc się z nadzieją, że jednak mnie puści.
- Nic ci nie zrobię, uspokój się - szepnął zadziwiająco czułym tonem. Poczułem, jak mnie puszcze i zaraz po tym usłyszałem jego kroki. Otworzyłem powieki. Nagle do moich oczu dotarło rażące światło, pochodzące od lampy. Zamrugałem parę razy, by przyzwyczaić się do panującej jasności. Zanotowałem, że On ponownie do mnie podchodzi. On, nie kto inny jak Gerard. Tak, dokładnie, Gerard. Wspomnę, że miał na sobie czarne bokserki i białą koszulkę z jakimś nadrukiem. Nie zapominajmy o jego kruczoczarnych, rozczochranych włosach. Wyglądał pięknie. Jednak to nie wyklucza mojego strachu. Nadal byłem przerażony. W dodatku przypomniały mi się wszystkie scenki z poprzednich dni. Dwa razy stał w ciemnościach, czekając na mnie, co było dość dziwne... A potem jeszcze ta akcja z nożem... O mój boże, on chce mnie zabić.
- Zostaw, nie krzywdź mnie...
- Frank, spokojnie. Nie chcę ci nic zrobić. Chodź do mnie - mruknął, wyciągając do mnie dłoń. Nie chwyciłem jej, a jedynie posłałem czarnowłosemu niepewne spojrzenie. Zauważył mój strach, dlatego wysunął bardziej rękę i pogłaskał mnie delikatnie po policzku. Przymknąłem oczy, poddając się jego dotykowi. Jego dłoń była tak zimna, że działała niemal kojąco kiedy dotykał mojej zapłakanej twarzy. Przewróciłem się na kolana i zacząłem raczkować w jego stronę. Szybko wziął mnie w ramiona, pozwalając mi wtulić się w siebie i wypłakać w swoje ramię. Ignorowałem wszystko, co do mnie mówił. Chciałem zapomnieć o zdarzeniach, które miały miejsce wcześniej. Obchodziło mnie tylko to, że w ogóle do mnie przyszedł, że jest przy mnie, przytula mnie i pociesza. To dawało mi poczucie, że jestem dla niego choć trochę ważny.
   Gee wziął mnie pod boki i podniósł, następnie sadzając na łóżku. Zaraz po tym usiadł obok mnie. Przygarnął mnie do siebie obiema rękami, głaszcząc jednocześnie po plecach. Delikatnie złożył pocałunek na mojej skroni, obejmując mnie w pasie.
- Boję się - z trudem udało mi się wypowiedzieć te dwa słowa, ponieważ zacząłem krztusić się własnymi łzami. Ledwo zdołałem złapać oddech.
- Nie masz czego - odparł wprost do mojego ucha. - Jestem przy tobie, nic ci się nie stanie. Ale nie płacz już - dodał, chwytając w dłonie moją twarz, kciukami ścierając mokre dróżki z policzków. Był tak blisko, nasze usta dzieliło tylko kilka centymetrów. Mógłbym się lekko pochylić, a nasze wargi zetknęłyby się w delikatnym pocałunku.
- Frank? - Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Zdałem sobie sprawę z tego, że ciągle wpatruję się w jego usta. A przecież mi nie wolno, mam Jeffa. On i tylko On jest dla mnie najważniejszy na świecie, Gerard to tylko przyjaciel. Choćbym nie wiem jak chciał, nigdy nie pocałowałbym czarnowłosego. Nie odważyłbym się.
- Połóż się, jesteś zmęczony - stwierdził, popychając mnie lekko do pozycji leżącej. Naciągnął na mnie kołdrę, po czym sam położył się tuż obok. Byłem zdziwiony. Powinien być z Lyn-z, a tymczasem leży sobie ze mną i o Boże, może przeleżeć tak całą noc. W duchu cieszyłem się z takiego obrotu spraw, jednak nie dawałem tego po sobie poznać.
- Nie idziesz do Lindsay? - Spytałem. Mój głos już nieco się uspokoił, lecz oczy wciąż pozostawały szkliste.
- Śpij - mruknął. Odpowiedź ta nic mi nie wyjaśniła i nie była satysfakcjonująca. Nie dopytywałem już o nic, tylko pozwoliłem, by pociągnął mnie na swoją klatkę piersiową. Pod uchem mogłem usłyszeć spokojne bicie jego serca, które poniekąd działało na mnie kojąco. Przymknąłem oczy, ufnie się w niego wtulając. Ta noc nawet nie zapowiadała się tak źle.
- Tylko nie gaś światła...
____________________________________________________________

 Dla większości część po "*** będzie pewnie niezrozumiała, ale nie szkodzi. Wszystkiego dowiecie się w kolejnym rozdziale. A skoro już o nim mowa... Wolicie przeczytać sobie o ostrzejszych scenach Franka z Jeffem, czy mam je uciąć? Wolę się spytać, żeby nie było potem obrzydzenia. Jednak czytając komentarze mogę uznać, że polubiliście Jeffa i raczej nie będziecie mieć problemu z tego typu scenami? W każdym razie wolę się upewnić i spytać. 

I shot. Ten przeklęty shot. Dodam go po 8 rozdziale, gdyż jest nieco długi i ciągle się męczę z dopracowaniem go. 

12 komentarze:

Shampain pisze...

druga część tego rozdziału jest cholernie psychotyczna. kocham to.

a co do ostrych scen - DAWAJ

CherryBomb pisze...

Omnomnom :3 Psychicznie urocze <3 Takie bezbronny Frankie jest słodki :3 No i Gee, jego superbohater. Te czarne bokserki idealnie kontrastowałyby się z czerwonymi rajstopami, opinającymi jego uda i kilka innych miejsc. Niczym Gerardman, czy jakoś tak :P No i oczywiście koszulka z wielkim "G" na środku. Tylko UWAGA! Nie wyobrażaj sobie tego, ani nikt inny, kto czyta ten komentarz, bo nie będziecie umiały spać xD Ale wracając: Akcja z wieszaczkiem...Moja ulubiona xD Hah, mega to było. Jak w prawdziwym horrorze. Kocham to! Dodaj szybko, żebym znowu tak długo nie musiała czekać, okeeeeej? :P Weny życzę!

-> and-we-could-run-away <-

Darsa pisze...

ja tam wielbię seksę w różnych postaciach,a Jeffa uwielbiam, więc seksę z nim w roli głównej jest bardzo zajebistą wizją :D SEKS <3

Nie ogarniam trochę chorych wizji Franka, ale ja je ♥, bo są pshopath :3 Sory za mało konstruktywny komentarz, ale konam! Jestem padnięta i nie nadaję się do użytku publicznego :/

Ta akcja z wieszakiem skojarzyła mi się z tą sceną, jak ta babka z nożem w łazience czy gdzie się chowała w 'Lśnieniu'. XD A Gerarda nie ogarniam. Niby nie lubi Franka, a go lubi... Czekam ze zniecierpliwieniem na nexta i wyjaśnienie pewnych rzeczy oraz na SEKSAŁKĘ ! X'D

:: red like a blood ::

Lack of Sleep pisze...

Omatkoomatkoomatko. To zostanie moim ulubionym rodziałem. Na zawsze. Gerard jest tu dla mnie cholerną tajemnicą. Ta akcja z wieszakiem mnie rozwaliła. Wielki Gerardman przyszedł uratować Frankiego ♥ Jakie to słodkie. Co do scen Frank+Jeffrey ja tam osobiście nie miałabym nic przeciwko, to będzie miło przeczytać o tym ,że ktoś Frankiego jednak kocha tak bardzo, bardo.

Gabiś pisze...

UTNIJ NO. Albo specjalnie DLA MNIE ocenzurowaną wersję zrób.

Unknown pisze...

Jeeju kocham kocham po prostu koooocham cię <3 znowu się muszę tłumaczyć nie miałam bloga i dlatego komentarzy nie pisałam :) zajebiście piszesz więc nie waż mi się nawet przerywać masz serio talent i bd. Pisarzę xd no co by tu.. Weny życzę i dawaj mi jeffreya chceeem xoxoxo :*

Unknown pisze...

Ano i napisała to ban. Jak co :)

Ninja pisze...

Kocham cię <3

Pika Pika pisze...

Wieszak, szczotka do kibla że też jeszcze nie zrekwirowali Gerardowi tej broni zagłady. Ma tak w ogóle zezwolenie na taką broń zagłady? Byłam pewna że to gerard wlezł mu w nocy do pokoju żeby zrobić na złość i patrzeć jak sika w łóżko. A tu proszę... ale fajny obrót akcji :3

Darsa pisze...

Ojej <3 Jaki ładny wyglądzik ! :3

Runaway Scars (aka phantom heart) pisze...

Absolutnie nie ucinaj scen z Jeffem, no błagam cię! Lud jest spragniony pornosów xD. Nawet jeśli nie jest to seks Gee i Frania, mniejsza o to, dopóki jest tam zaangażowanie i uczucia to ja czytam! Ugh, i te cholerne zombie.
P.S. Nowy szablonik, niezły!

Anonimowy pisze...

Gabryś kocha tego bloga. *.* Jak ja bym chciał, żeby Jeff był dobry i dał szczęście Frankowi. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że coś sie zdarzy...

Prześlij komentarz