Siemka :D No to nowy rozdzialik jest pod spodem :D Mamy nadzieję, że się
spodoba ^^ Nawet długi wyszedł, więc też jesteśmy z tego zadowolone :D
Dedykacja dla Darsy;] Next jak zawsze - za tydzień, chyba, że będzie 10 komentarzy :D No to endżojujcie ;*
____________________________________________________
Frank
Tak więc
dzisiaj rozpoczął się pierwszy dzień mojego pobytu tutaj. Jak na razie
nie zapowiada się, żebym miał się tu czuć bezpiecznie, dlatego ani razu
nie wyszedłem jeszcze z pokoju. Po prostu obawiam się, że jak tylko
wyjdę, to zaraz mnie coś pożre. Miałem na myśli Lyn-z oczywiście.
Najchętniej wziąłbym swoje rzeczy i uciekłbym przez okno, ale przecież
przysiągłem Mikey'owi. Nie mogę teraz złamać danej mu obietnicy, jestem
mu przecież coś winien. Przecież to on zawsze się tak o mnie troszczył i
wspierał w trudnych chwilach. Pewnie by mnie znienawidził, gdybym o tak
to wszystko olał i uciekł stąd.
Leżałem sobie spokojnie na łóżku,
wgapiając się w śnieżnobiały sufit. Ta biel i jasność zaczęła mnie
naprawdę dobijać. Ciągle powracały chwile spędzone w szpitalu...
samotnie, bez niego. Jak się wtedy czułem? Wstrętnie. Miałem wrażenie,
że jestem jakimś nic nie wartym śmieciem. A może tak było? Tak czy siak,
Gerard sprawił mi tym wielką przykrość. Jak to możliwe, że niegdyś
najważniejsza dla ciebie osoba staje się nagle nikim?
Poczułem
lekkie wibrację w kieszeni. Sięgnąłem do niej ręką i wyjąłem swoją
komórkę. Odblokowałem i spojrzałem na wyświetlacz. "Wiadomość od:
Jeffrey". Oh, przynajmniej on o mnie pamięta. Nawet Mikey do mnie nie
napisał ani nie zadzwonił, a jestem tu już od kilkunastu godzin!
Otworzyłem wiadomość i przeleciałem wzrokiem po tekście. Mimowolnie moje usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
Cześć kochanie. Jak tam u mojego skarbeńka? :* Może mógłbym porwać mojego cukiereczka na randkę? <3
To
podejrzane. W każdym zdaniu jakoś pieszczotliwa ksywka? Albo czegoś
chce, albo nabroił i próbuje załagodzić jakoś sytuację. Jest jeszcze
opcja, że mnie po prostu kocha i chce w ten sposób poprawić mi mój
spieprzony humor. Hm, trzecia opcja wydaje mi się najbardziej realna.
Wystukałem szybko odpowiedź.
Możesz mnie porywać kiedy tylko chcesz <3 Może w piątek, kochanie? <3
Urocze.
Aż do porzygania tęczą. No, ale przynajmniej nie myślałem o złych
rzeczach, o pocięciu się i o... nim. No szlag. I znowu będzie mi
siedział w głowie, dupek. Tylko dlaczego ja się tak nim przejmuję? On ma
żonę, dziecko, a ja chłopaka, którego bardzo kocham i z wzajemnością.
Ale niestety wziąć nie mogę pozbyć się tego dziwnego uczucia do
czarnowłosego. Niby go nie kocham, przynajmniej tak wmawiam innym i
samemu sobie, ale jednak odczuwam coś co można porównać do zazdrości,
kiedy przytula lub całuje swoją żonę. Tak bardzo chciałbym przestać...
przecież on ma rodzinę, ja partnera. Co prawda nie stałego, bo w każdej
chwili może ze mną zerwać i rozpocząć wspólne życie z jakąś dziewczyną
(no popatrzcie, powtórka z rozrywki? ), a mnie olać i nie odzywać się do
mnie przez resztę życia. Ale na pewno tak nie będzie. Jeffrey mnie
przecież kocha! Tak jak Gee mnie kochał... Bo kochał... Musiał kochać.
Przecież nie był ze mną dla kasy, bo przecież jakiegoś znów wielkiego
majątku nie posiadałem. Dla sławy też nie, bo lubiany nie byłem. Więc
musiał kochać...
Kolejna wibracja. Spojrzałem na ekran.
Mrrraśnie. Już nie mogę się doczekać, kiciu. Kocham cię <333
Oh, trzy trójeczki w serduszku. To znaczy, że kocha mnie potrójnie? Uroczo.
Też cię kocham, kotku <333
Przygryzłem wargę wpatrując się w komórkę. Niby banalne teksty typu
kiciu, kotku, skarbeńku, ale poprawiają mi humor. I w sumie to lubiłem
kiedy tak pieszczotliwie mnie nazywał. Wtedy mi się robiło tak milutko i
cieplutko w środku. Przynajmniej miałem wrażenie, że ktoś mnie kocha i
potrzebuje.
- Cześć. Co tam piszesz? - usłyszałem na moim uchem.
Lekko się przestraszyłem i podskoczyłem, od razu odwracając się do obcej
mi osoby. Podniosłem się do pozycji siedzącej i spojrzałem niepewnie
na... dziewczynkę. Mała, może czteroletnia czarnowłosa dziewczynka
wpatrywała się we mnie swoimi piwnymi oczami. Na jej pyzatej buźce
ciągle widniał szeroki uśmiech. Miała na sobie różową sukieneczkę, całą
umazaną flamastrami. Tak tylko przypuszczam, ale chyba nie lubi nosić
sukienek, szczególnie tak obrzydliwie różowych. W rękach ściskała
pluszowego misia, którego szyję ozdabiała niebieska wstążeczka. Nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na moim łóżku siedział
sobie prawie identyczny misio. Z takim wyjątkiem, że wstążeczka mojego
była czerwona. No, to już mamy trochę ze sobą wspólnego.
- Em..
cześć. Jak ci na imię? - spytałem, lekko się uśmiechając. Nie chciałem
odwzajemniać jej psychicznego uśmiechu, bo mogłaby mnie uznać za
jakiegoś psychopatę i najzwyczajniej w świecie rozpłakałaby się i
uciekła stąd przestraszona. A tego byśmy nie chcieli.
- Jestem
Bandit, a ty? - odpowiedziała i wyszczerzyła się jeszcze bardziej,
chociaż dziwiłem się, że to możliwe. Wyciągnęła do mnie swoją małą
rączkę, a ja niemal natychmiast ją lekko uścisnąłem. Bałem się, że mogę
ją zgnieść.
- Frank, miło poznać. - odparłem, siląc się na nieco ładniejszy uśmiech.
-
To zdrobnienie od Frankensteina? - spytała, patrząc na mnie swoimi
wielkimi, błyszczącymi oczami. Nie mogłem się powstrzymać od zaśmiania
się. Szczerze, to jakoś nigdy mi się te dwa imiona nie skojarzyły, a tu
proszę. Bystre dziecko.
- Nie, to zdrobnienie od Franklina.
-
Franklin? Ładnie. - powiedziała i zmieniła minę z zamyślonej na
psychiczną, z tym swoim dzikim uśmiechem. Jak dotąd tylko ja mogłem mieć
takie miny... No nie, chcą mnie kimś zastąpić. A tak kimś jest w
dodatku płeć żeńska. No dziękuję bardzo.
- Dziękuję. Twoje też jest
ładne. - odszepnąłem i pogłaskałem ją po głowie. Ale czy naprawdę było
ładne? Nazwanie słodkiej, uroczej dziewczynki bandytą jest jednak trochę
niepokojące. Ciekawe kto wpadł na taki genialny pomysł. Lyn-z czy...
nieważne.
- A wiesz, bo ja jestem księżniczką. Ty też? - zaczęła
nowy temat, znów posyłając mi promienny uśmiech. Przytuliła się mocniej
do swojego misia i patrzyła na mnie wyczekująco. W myślach analizowałem
chyba z dziesięć razy jej pytanie. Czy ja jestem księżniczką? A zatem
cofnijmy się w czasie o jakieś parę lat, do momentu, kiedy z Gerardem
uciekliśmy z domu i zamieszkaliśmy razem w mieszkaniu jego znajomej.
Swoją drogą, często zastanawiałem się, jakby to było gdybyśmy nie
wrócili. Gdybyśmy mieszkali sobie razem, spokojnie, bez żadnych ludzi
krytykujących każdy nasz ruch. Zapewne byłoby cudownie. Miałbym go
całego dla siebie, a on był mnie mocno kochał, non stop tuliłby mnie i
całował i ogólnie byłoby zajebiście. Ale czy na pewno? Gdybyśmy nie
wrócili, nie pogodzilibyśmy się z Mikey'em. Zapewne nie poznałbym też
Rose, a razem z tym Mikey by się z nią nie ożenił. Nie pomijając
oczywiście My Chemical Romance, które tak kocham nad życie. U mnie na
moje własnej liście na pierwszym miejscu są Mikey i Rose, a na drugim
reszta składu MCR. Oh, no przecież! Nie można zapomnieć o moim wiernym
czworonożnym przyjacielu. Gdybyśmy wtedy nie wrócili do domu, Gerard nie
znalazłby go i przyniósłby mi go. I nie wiem już co o tym myśleć. Z
jednej strony dobrze, że zdecydowaliśmy się na powrót do domu, ale z
drugiej... jest beznadziejnie. Ale wróćmy do tematu moje
księżniczkowania. W sumie to były chwile, kiedy Gerard się tak do mnie
zwracał. A mianowicie nasza "randka" w parku. I Jenna. A skoro o niej
mowa, to ciekawe co u niej słychać. Mam nadzieję, że jej nikt nie kocha i
żyje sobie sama z tysiącem kotów. Tak, będę wredny. Chociaż moja
wredzizna nawet w połowie nie dorasta do jej. Oh. Znowu odbiegam od
tematu. No więc był park, była Jenna i kłótnia. Próbowałem stamtąd
uciec... no właśnie, próbowałem. Niestety jestem taką niezdarą, że
potknąłem się i rozwaliłem kolano. Gerard był skazany na noszenie mnie
wszędzie, chociaż nie dało się zauważyć, żeby w jakikolwiek sposób mu to
przeszkadzało lub nie podobało. A nawet przeciwnie.
Tak naprawdę już
nie spałem, ale chciałem to ukryć przed Gerardem. Leżał obok mnie i
głaskał po głowie. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchnąłem śmiechem.
Chłopak aż podskoczył. Zacząłem się jeszcze bardziej śmiać.
- Ach tak?! Takie to zabawne?! - zapytał.
- Tak!... - chciałem jeszcze coś dodać, ale Gerard zamknął mi usta w zaborczym pocałunku.
- Co moja księżniczka życzy sobie na śniadanie?
- Hm... - niby się zastanawiałem. - Ciebie!
- A oto i jestem na każde twoje zawołanie. - teraz już oboje śmialiśmy się do łez.
Gee
przykucnął na łóżku, a następnie położył się na mnie i zaczął całować
każdy fragment górnej partii mojego ciała. Popchnąłem go tak, że leżał
obok mnie. Teraz to ja usadowiłem się na nim.
Chwyciłem
go za nadgarstki i przygniotłem do łóżka. Składałem delikatne pocałunki
na jego szyi. W końcu przeszedłem do ust. Przez twarz chłopaka
przechodziły zadziorne uśmieszki. Spodobało mi się to.
- Gee, jesteś naprawdę słodki. - powiedziałem.
- Kocham cię... - zdołał wyszeptać, ponieważ cały czas namiętnie całowałem go, nawet nie dając mu złapać powietrza.
A więc pytanie, czy jestem księżniczką? No cóż, można tak powiedzieć.
- No w sumie to tak, jestem. - wyszczerzyłem się, może trochę za bardzo.
-
To świetnie. A masz swojego księcia? - dziewczynka klasnęła w dłonie,
upuszczając jednocześnie misia. Szybko jednak go pozbierała i znowu
mocno do siebie przytuliła.
- Miałem... - mruknąłem bardzo cicho, tak
że nie zdołała tego usłyszeć. Może to i lepiej. Co ja gadam, to dobrze,
że nie usłyszała. Co by sobie pomyślała? Albo... albo nic by nie
pomyślała, przecież sama zadała mi takie dziwne pytanie.
W tym
samym momencie drzwi do pokoju uchyliły się. Do środka weszła dość
wysoko postać. Nie był to nikt inny, jak Gerard. No kto by pomyślał. W
dodatku miał ten swój dziwny uśmieszek. Czy wszyscy w tym domu muszą
mieć te dziwne uśmiechy przyklejony do twarzy?!
- O, tu się chowasz.
- zwrócił się promiennie do czarnowłosej dziewczynki. - A my z mamą
szukamy cię po całym domu. Widzę, że już się poznaliście. - posłał mi
wesołe spojrzenie. Boże, jak on dawno tak na mnie nie patrzył. A wzrok
miał taki cudowny. Najchętniej rozpłynąłbym się ze szczęścia.
- Chodź
mała, przecież miałaś iść z mamusią na zakupy. - powiedział i zbliżył
się do łóżka, na którym oboje siedzieliśmy. Do teraz zastanawiam się jak
Bandit tu wlazła, przecież to łóżko było dosyć wysokie.
Czarnowłosy wziął małą na ręce i ostatni raz czule się do mnie
uśmiechnął. Odwrócił się i skierował w stronę drzwi, gdzie czekała już
Lyn-z. Wychodząc, Bandit pomachała mi swoją małą łapką. Nie mogłem
powstrzymać uśmiechu. Również jej pomachałem, a chwilę później drzwi
zamknęły się i znowu zostałem sam. Sam ze swoimi myślami.
Gerard
-
Dzień dobry, kochanie. - Lyn-z przywitała mnie długim pocałunkiem, gdy
stanąłem w progu. Miała na sobie tylko króciutką bluzkę, sięgającą do
jednej czwartej uda. Położyłem dłonie na jej biodrach, lekko się
kołysząc weszliśmy do kuchni. Posadziłem ją na blacie, nie przerywając
pocałunku. Nagle czarnowłosa odwróciła się i powoli podała mi kubek z
kawą. Zamknąłem oczy, rozkoszując się cudownym zapachem.
- Może
zrobię ci drugą, zanim zaśniesz na stojąco? - spytała chichocząc. Jak ja
uwielbiałem jej głos. Te pełne, czerwone usta wygięte się w uroczym
uśmiechu i oczy - piękne brązowe oczy, w ogóle nie podobne do tęczówek
Franka. Jego były...inne. Na swój sposób urzekające. Całkowicie różniły
się odcieniem od mojej cudownej żony. Aż się nie chce wierzyć, że do
niedawna te słowa były przeznaczone tylko dla niego. Boże! Czemu ja o
nim TAK myślę?! Nie powinienem... Dobrze, to nic takiego, Gee. Tylko
takie małe porównanie, nic wielkiego.
- Lyn-z, kochanie... Mam
prośbę. Mogłabyś być milsza dla Franka... - to raczej było stwierdzenie,
ale ona się tym nie przejęła. - To dla niego nowa sytuacja, daj mu
trochę swobody... - kobieta mruknęła coś pod nosem, co mam nadzieję było
potwierdzeniem. Jak nie, to wytłumaczę jeszcze raz. Frank jest dla mnie
ważny i zależy mi, żeby czuł się tu dobrze. Niestety przy Lyn-z, która
wrzeszczy na niego na każdym kroku jest to prawie niewykonalne.
Usiadłem
na wysokim krześle przy stole, upijając łyk czarnego płynu, przy okazji
wpatrując w Lyn-z krzątającą się po pomieszczeniu. Chodziła wesoło od
szafki do szafki, nucąc jaką melodię i przygotowując śniadanie. Kochałem
moje teraźniejsze życie z moją malutką córeczką i kochającą kobietą u
boku. Jednak był jeszcze on. Co prawda nie robiło mi to żadnej różnicy,
ale wiedziałem, że Frank się zadręcza. Miałem kiedyś wspaniałego
chłopaka, ale go straciłem i obawiam się, że z naszej przyjaźni też już
nic nie pozostało. Będę za wszelką cenę starał się odbudować z nim nasze
relacje. Nie chcę, żeby posunęło się to dalej, niż przyjaźń, ale nie
chcę też go stracić. Od czasu, kiedy dowiedział się, że jestem z Lyn-z
prawie się do mnie nie odzywa i mam wrażenie, że to moja wina, bo po
części to prawda. Tylko, że boję się...cholernie się boję, że Frank może
chcieć czegoś więcej, a przecież ja mam swoją rodzinę. Nie mogę dawać
mu żadnych nadziei na to, że kiedyś będziemy razem. Wspominając o
chłopaku szybko spojrzałem na zegarek. Jest już 11:38, a on nie wstał,
dziwne... Ostatnio mogę go zobaczyć nawet o szóstej rano, stojącego na
balkonie i palącego papierosa.
- Pójdę obudzić Franka, śniadanie mu wystygnie. - rzuciłem i pędem pobiegłem na górę.
Zawahałem się przy jego drzwiach, ale w końcu nacisnąłem klamkę i
wszedłem do środka. Nic się tu nie zmieniło. Wszędzie walały się ubrania
i wymięte kartki papieru. Zazwyczaj były na nich pojedyncze słowa,jakby
coś zaczynał, ale nie mógł dokończyć. Ciemne zasłony blokowały dopływ
dziennego światła,przez co wokół panował półmrok. Frank rzadko wychodził
ze swojego pokoju. Wolał być sam, co mnie martwiło. Przecież zawsze był
duszą towarzystwa, a teraz odcinał się od świata. Jedynie co, to
rozmawiał czasem z Mikey'em, kiedy do niego zadzwonił. Ja...ja nie
chciałem, żeby tak było. Pragnąłem odzyskać dawnego Franka. On nawet nie
miał pojęcia, jak brakowało mi jego śmiechu. Cały czas był
przygnębiony, co udzielało się też mnie. Jesteśmy połączeni specjalną
więzią, której nic nie jest w stanie zniszczyć. I nie, nie mówię tu o
miłości. Po prostu jest i nie wiem, jak to wytłumaczyć. Gdy on jest
smutny, momentalnie ja też taki jestem, gdy jest wesoły, ja tak samo.
Nie rozumiem, co się z nim dzieje. Próbuję sobie poukładać, że jest tu
pierwszy raz i nie może mnie nawet przytulić, że jest tu Lyn-z, która
nie za bardzo za nim przepada. Nie mam nic przeciwko przyjacielskiemu
uściskowi, ale dla niego to nie to samo, co dla mnie.
Rozejrzałem
się po pomieszczeniu w celu znalezienia bruneta. Nie dostrzegłem nic
poza drobnym zawiniątkiem, leżącym na łóżku. Podszedłem ciut bliżej.
Frank był opatulony kołdrą i odwrócony do mnie plecami. Jego ramiona
drżały, a co pewien czas można było usłyszeć cichy, lecz wyraźny szloch.
Zrobiło mi się go żal. Spędza całkiem sam całe dnie tutaj, nie ma z kim
porozmawiać, a ja...Ja przebywam na okrągło w towarzystwie Lyn-z, nie
zajmując się nim. W końcu to mój najlepszy przyjaciel, a ja go olewam. W
każdym bądź razie był nim. To się nie może tak skończyć, że Frank
będzie myślał, że jest mi niepotrzebny, lub niechciany. Wręcz
przeciwnie. Bardzo się ucieszyłem, jak się dowiedziałem, że ma tutaj
zamieszkać na pewien czas, ale brunet chyba nie był zachwycony. Co ja
robię nie tak? Głupi, zadałem sobie pytanie, na które doskonale znam
odpowiedź, Wszystko, wszystko robię nie tak. Chcę, żeby Frank czuł się w
moim domu bezpieczny, ale jakoś zawsze wszystko wyjdzie na odwrót.
Przysiadłem na skraju łóżka i delikatnie odgarnąłem mu włosy z twarzy.
Już prawie zapomniałem, jak to jest przebywać z nim w jednym
pomieszczeniu i dotykać go. Chłopak szybko zerwał się z miejsca, ale
mógł nic zrobić, ze względu na to, że był zawinięty w pościel. Nie
miałem pojęcia, że zachowuję się tak cicho. Widząc przerażenie w jego
podpuchniętych i podkrążonych oczach miałem ochotę stąd wyjść. Nie
mogłem patrzeć jak cierpi, ale byłoby jeszcze gorzej, gdybym tak po
prostu sobie poszedł. Na mój widok Frank rozluźnił się nieco, a jego
głowa z powrotem opadła na poduszkę.
-Ej,-powiedziałem
spokojnie.-Spójrz na mnie.-zero reakcji, zupełnie jakbym mówił do lalki.
No nic, trzeba będzie poradzić sobie inaczej...
Złapałem go za ramię
i jednym ruchem odwróciłem w swoją stronę. Ująłem dłońmi jego twarz,
zanim zdążył ukryć ją przede mną. Nie poruszył się nawet o centymetr,
patrząc z niepokojem na okno.
- Spójrz na mnie. - powtórzyłem. Nie
mając wyboru spojrzał w moje tęczówki. Co ja mogłem powiedzieć.
Wyczuwałem strach? Niepewność? To nie ma sensu. - Frank? Co się dzieje?
Nie odpowiadał przez dłuższy moment. Już miałem odpuścić, ale jego usta nieznacznie się rozchyliły.
- Ja chcę do Mikey'a... - wyszeptał z trudem powstrzymując łzy.
W
pierwszej chwili poczułem jakbym dostał w twarz. Do Mikey'a? Jak...?
Coś mnie zakuło w okolicach serca, zamarłem bez ruchu. To ja zawsze
byłem pierwszym, do którego przychodził, jak miał koszmar. To ja
pocieszałem go i byłem przy nim w złych chwilach. Nie mój brat. Więc
dlaczego, do cholery, on chce jego, zamiast mnie?! I teraz zrozumiałem
swoją pomyłkę. Mikey był z nim w tych najtrudniejszym momencie jego
życia. On poświęcał mu swój czas, podczas gdy ja imprezowałem z Lyn-z.
Ale to ja go opuściłem po tym, jak prawie umarł i to przeze mnie. Gerard
Way-dupek i jebany egoista. Nie zwracałem uwagi na to, że on mnie
potrzebuje. Jednym słowem: miałem go w dupie i wolałem pieprzyć się z
Lindsey, zamiast spędzić z nim choćby godzinę. Dla mnie było to tyle co
nic, ale wiedziałem, że dla Franka miało to ogromne znaczenie. Nie
potrafiłem zauważyć, jak on się męczy. Jak bardzo chciałby mnie
zobaczyć. Mój brat często mi mówił, żebym wpadł do nich, ale albo
wykręcałem się czymś, albo go ignorowałem. I potrzebowałem tyle czasu,
żebym wreszcie zauważył jaki ogromny błąd popełniłem, możliwe, że
nieodwracalny.
- Frankie, ja... - urwałem. No bo co ja miałem
powiedzieć: przepraszam? Słyszał to ode mnie wiele razy, ale jakoś
ciągle przybywa powodów, dla których muszę używać tego słowa,
skierowanego właśnie do Franka.
Po jego policzkach spłynęły dwie
duże łzy, zatrzymując się w miejscu, gdzie nadal trzymałem swoje ręce.
Puściłem tą bladą twarzyczkę, skazując się tym samym na to, że chłopak
nie będzie chciał na mnie więcej spojrzeć, lecz nic takiego się nie
stało. Jego oczy wpatrywały się w moją osobę z bólem, ale też z czymś
jakby ulgą. Zastanawiałem się, co teraz zrobić. Przeczesywałem wszystkie
słowa, przychodzące mi do głowy, ale żadne z nich nie było odpowiednie
dla tak wielkiej krzywdy, jaką wyrządziłem tej kruchej istocie.
-Rozumiem
Gee, nie mam ci tego za złe.-odparł cichutko, tak, że ledwie
dosłyszałem. On sam nie do końca wierzył, że to prawda. Przynajmniej ja
wiedziałem, że to nie była jakaś tam zwykła rzecz. Nie mogłem sobie
wyobrazić, co bym zrobił, jakby go już tu nie było. Nie, że tutaj, u
mnie, tylko jakby w ogóle go nie było. Nigdzie... Jakbym wtedy nie
zdążył, spóźnił się o dwie minuty...On...on by umarł, a ja bym miał
cholerne wyrzuty sumienia, Kto wie, może nawet sam bym się zabił... Te
wspomnienia pozostaną z Frankiem do końca jego życia. Blizny po cięciach
zostaną na zawsze i będą przypominały mu o mnie... O Gerardzie, jego
byłym, który nie dość, że przyczynił się do tego, to jeszcze zostawił go
samemu sobie po nieudanej próbie samobójczej. Czy do mnie naprawdę nie
docierało przez co on przechodził?! W szpitalu odwiedziłem go raz, może
dwa, a potem zapomniałem. Tak po prostu zapomniałem, ile ten chłopak
przeze mnie wycierpiał, a ja nadal wyrządzam krzywdę bliskiej mi osobie.
Chciałem go przytulić, sprawić by poczuł się szczęśliwy, ale nie mogłem
pozwolić sobie na nic więcej, mimo iż nadal odczuwałem COŚ do niego.
Jednak jestem stuprocentowo pewny, że nic nie zmieni mojego stosunku do
Lyn-z i Bandit. Nie przeżyłbym, gdybym stracił jedną z nich. Za dużo dla
mnie znaczą, są dla mnie całym światem i nie mógłbym ich ot tak
opuścić. Nawet nie rozważałem takiej opcji.
Frank wyplątał się z
kołdry i rzucił ją gdzieś na bok. Wyglądał przy tym tak nieporadnie i
słodko...Gerarda, do kurwy, opanuj się! Nie wolno ci! Nie w ten sposób.
Nigdy więcej...
Dopiero teraz zauważyłem, jak tu jest gorąco.
Podszedłem do okna, ale po drodze kopnąłem jeden z wielu papierów.
Zwykła ciekawość kazała mi sprawdzić, co to jest. Pewnie znowu
pojedyncze słowo, albo coś innego. Kartka różniła się od innych. Była
mocno zwinięta, tak, że musiałem uważać, żeby jej nie podrzeć przy
rozkładaniu jej.
- Nie. - usłyszałem cichy jęk z głębi pokoju, nie przejąłem się nim. Uchylając lekko okno przeczytałem pierwszą zwrotkę:
My eyes are burning red, do not know what to do.
When I look at him the whole world ceases to exist.
I do not want to live longer, pull this all. I just ...
I just want to disappear. Forever.
Rzuciłem świstkiem o podłogę, nie chcąc wiedzieć, co będzie dalej.
Musiałem się przytrzymać jakiegoś stolika, żeby nie upaść. Kątem oka
dostrzegłem Franka, jeszcze bledszego niż przed chwilą z szeroko
otwartymi oczami. Wydawało się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie
mógł wydusić z siebie słowa. Może to tylko głupia piosenka, nic
nieznaczące wyrazy, ale napisane przez niego. Wyrażało jego odczucia, a
co gorsze, on nadal chciał się zabić. Zniknąć z mojego życia na zawsze.
Nie mogłem znowu do tego dopuścić. Sam nie wiedziałem, kiedy moje oczy
zaszły mgłą, a kiedy mrugnąłem, spłynęły słone łzy. Nie darowałem sobie
nic z tego, co wydarzyło się Frankowi, a teraz już bym sobie nie
poradził. Ale co mógłbym zrobić? Nic, nic nie mógłbym zrobić. Mam
rodzinę, dziecko i choćbym chciał, nie mogłem ich zostawić. Żyłbym
dalej, budził się i zasypiał ze świadomością, że już nigdy nie zobaczę
jego roześmianych oczu, ani słodkiej twarzyczki.
Byłem pewien, że
trudno mi będzie pogodzić się z tym, że mój malutki Franiu stracił do
mnie całe zaufanie, zwłaszcza teraz, kiedy piorunowałem go wzrokiem,
zamiast wspierać. Szybko się opamiętałem i w zawrotnym tempie znalazłem
się przy nim. Nie obchodziło mnie, że zaraz może tu wpaść Lyn-z, albo
Lady B. Szarpnąłem Franka i mocno do siebie przytuliłem. Czułem ciepło
jego drobnego ciała, przylegającego do mojego, jego cichy i szybki
oddech na mojej szyi oraz miarowe bicie jego serca. Zostałbym w tej
pozycji na zawsze, gdybym tylko mógł go ochronić przed całym złem tego
świata.
Na moment oderwałem go od siebie na długość moich ramion.
-Ani
mi się waż! Rozumiesz?-powiedziałem ostrym tonem, tak, żeby zdał sobie
sprawę z tego, że nie jest mi obojętny. Jakby coś mu się stało…
Obiecuję, że teraz będę spędzał z nim każdą wolną chwilę. Jak najlepsi
kumple będziemy grać w Guitar Hero i po prostu rozmawiać. Wysłucham go
nawet w najgłupszej sprawie i nie oleję go tak jak zawsze…
Brunet
nieznacznie pokiwał głową i znowu do mnie przywarł, mocząc łzami moją
koszulkę. Przejechałem wierzchem dłoni po jego plecach, gładząc je
delikatnie.
- Cśśś, wszystko będzie dobrze… - oparł podbródek na moim
ramieniu. Ta chwila trwałaby wiecznie, jakby nie przeszkodziło nam
pukanie do drzwi. Spojrzałem na Franka, który szybko otarł policzki i
oczy rękawem bluzy. No ale w sumie po co? Lyn-z za bardzo by się tym nie
przejęła. W ogóle miała gdzieś Franka. Od samego początku jak tutaj
zamieszkał stała się… rozdrażniona. Ale co on jej przeszkadza? Przez
cały tydzień widziała go trzy razy, a i tak czepia się o wszystko. Co
nie zmienia faktu, że wygląda uroczo jak jest wkurzona.
- Tak? -
krzyknąłem, żeby Lindsey mnie usłyszała z przedpokoju. Odpowiedziała mi
głucha cisza i po raz kolejny rozległo się pukanie. No chyba że Mieky
przyjechał i robi sobie głupie żarty. Chwila… On miał być dopiero za
tydzień. Nie chciałem mówić nic na głos blondynie. Wiem, że Frank za nim
tęskni, ale muszę mu na razie wystarczyć. Kochałem go jak nikogo
innego, jak brata i nie mogłem patrzeć jak się wycieńcza się każdym
dniem spędzonym tutaj. Dziękuję bogu, że Mikey postanowił przeprowadzić
Franka do mnie, a nie zastawił go samego. On się domyślał, co brunet
zamierzał, dlatego,pomimo jego protestów, Mikes wybrał właśnie mnie.
Wiedział, że będę pilnował mojego Frankiego, co nie wychodziło mi przez
ostatni czas. Cholera, ja jestem drugi raz w jego pokoju. Ile razy
odezwałem się do niego w ciągu tych dziesięciu dni? Prawie, że wcale.
Kiedy tylko na niego patrzałem, obojętnie czy w kuchni, czy w salonie,
co zdarzało się rzadko, bo go prawie nie widuję, to on zawsze odwracał
wzrok i lekko się rumienił. Tak jak w piosence…Za każdym razem, kiedy
mnie zobaczył nie spuszczał ze mnie wzroku. A ja myślałem, że to tylko
taki przypadek. Czasem, naprawdę przydałoby mi się, żeby ktoś walnął
mnie w mój głupi łeb. Może wtedy zacząłbym dostrzegać innych i nie
wmawiał sobie, że to, co się dzieje z Frankiem jest przejściowe.
Posłałem
chłopakowi ostatnie spojrzenie i ruszyłem w stronę drzwi. Otworzyłem je
z zamachem., mając zamiar wygarnąć Lyn-z, że sobie sama nie potrafi
otworzyć. Swoją drogą to było nawet kulturalne, że zapukała, przeważnie
wpada bez zapowiedzi. Rozejrzałem się we wszystkie strony, ale nikogo
nie zobaczyłem. Kiepski żart, zwłaszcza, że pocieszam załamanego kumpla.
Jeżeli zaraz się nie uspokoję, to coś jej zrobię. Czy Lindsey nie
mogłaby się z tym chwilę wstrzymać? Chyba, że chciała nam przeszkodzić…
Od zawsze była zazdrosna nawet o koleżankę, a teraz jeszcze, że spędzam
trochę czasu z przyjacielem. To była jej największa wada. Pamiętam,że
raz mieliśmy pójść razem do kina, ale nie zdążyłem przyjść na czas, bo
niania nie przyszła i musiałem zostać z Bandit. I też potem była
awantura, że nie zadzwoniłem. Nie miałem przy sobie telefonu, a zostawić
B. samą, to tak jak skazać się na śmierć z rąk Lyn-z za to, że mała coś
potłukła. Czy ona nie rozumie, że to jeszcze dziecko? Najwyraźniej nie…
-
Cześć śliczna. - powiedział Frank wesoło. Hm… Że to do mnie? No a do
kogo? Jest nas tylko dwoje w tym pomieszczeniu. Śliczna? Czy aby na
pewno on czegoś nie brał? Jakiś tabletek, albo coś… Frank wie, że teraz
raczej nie powinien tak do mnie mówić. Zaraz po tym usłyszałem ciche
szepty. Albo to ja zwariowałem, albo brunet gada z “wymyślonym
przyjacielem”. Odwróciłem się na pięcie i ujrzałem Franka, bawiącego się
z moją córką. Bandit ciągnęła go za włosy, a n robił przy tym dziwne
miny, co spowodowało niekontrolowany wybuch śmiechu. Oparłem się o
ścianę i przyglądałem temu uroczemu obrazkowi. Co jak co, ale Lady B.
była lekiem na wszystkie zmartwienia. Jej duże, piwno-brązowe oczy,
szczęśliwa i energiczna buźka sprawiały, że każdy się uśmiechał i
cieszył chwilą z B. Ale Bandit tylko przy niektórych osobach była taka
wesoła, jak teraz. Jedną z nich był właśnie Frank.
Powoli wycofałem
się z pokoju, chcąc ich zostawić na chwilę samych. Jak B. dowiedziała
się, że Frank ma z nami zamieszkać jakoś nie wykazywała zbyt dużego
zainteresowania. Znała go tylko z opowiadań moich i Lyn-z. Nie wiem, ale
nie była chętna do poznania go, a przecież mówiłem, że to miły chłopak.
No tak, Lindsey pewnie jej powiedziała, że nie ma się do niego odzywać
ani nic. Słyszałem kawałek tej rozmowy, ale wtedy jeszcze nie
wiedziałem, że o Franka chodzi. Mała odziedziczyła buntowniczy charakter
po mnie i, jak widać, są z Franiem najlepszymi przyjaciółmi.
Uśmiechnąłem się pod nosem i wszedłem do kuchni. Moja wspaniała żona
wpatrywała się tępo w okno, a jaj twarz nie wyrażała zupełnie nic.
Wzruszyłem ramionami i usiadłem przy stole, po czym upiłem, pierwszy
dzisiaj, łyk kawy. Fuj! Zimna! Ile ja czasu tam spędziłem, że już mi
ostygła?
- Godzinę. - powiedziała Lyn-z, jakby czytała mi w myślach.
Godzinę?! Aż godzinę?! Wow, z Frankiem czas tak szybko leci... Mam
wrażenie, że to było pięć minut, a nie sześćdziesiąt. - Co tam robiłeś
aż tyle czasu?! - załkała. Nie...Znowu się zaczyna. Tyle razy ją
zapewniałem, że nic mnie nie łączy z Frankiem, a ona nadal pozostaje
przy swoim. Już na samym początku wprowadzenia się Iero miała inne
nastawienie do bruneta, jakby bała się, że odbierze mnie jej.
Krytykowała go na każdym kroku o byle głupotę, na przykład o źle
pościelone łóżko. Po kilku dniach uspokoiła się trochę i nie mieszała
się w jego sprawy. Ale teraz, kiedy w minimalnym stopniu przybliżyłem
się i zamieniłem, po wielu latach, choć słowo z Frankiem, Lindsey
zrobiła się... Przewrażliwiona. Tak, to jest dobre określenie. Bardziej
stara się mnie kontrolować, sprawdza na każdym kroku i doszukuję się
nieistniejących dowodów na to, że ją zdradzam. To już powoli zaczyna być
chore i zamienia się w jakąś obsesję.
- Rozmawialiśmy. - odparłem, oplatając ręce wokół jej talii.
-
Aż tyle czasu?! - jej ton zmienił się z obojętnego na poważniejszy i
wręcz oskarżycielski. Spojrzała na mnie, jakbym jej kota zjadł.
-
Myślę, że Frank nadal chce się zabić. - wyrzuciłem to z siebie po chwili
wahania. Jej mogłem zaufać... Lyn-z milczała. W szybie okna ledwo
dostrzegłem uśmieszek który chwilę potem zniknął. Czyżby jej to nie
obchodziło, albo czy chciała tego? Wiedziałem, że nie lubi Franka, ale
aż do tego stopnia, żeby chcieć czyjejś śmierci? Co on jej zrobił?
Przecież nawet się nie pokłócili... Ja z Mikey'em często się kłócę, ale
na nigdy bym nie pomyślał o takim czymś. Może dlatego, że nie zna Frano
tak dobrze jak ja.
Z przemyśleń wyrwało mnie pociągnięcie za rękę,
Zauważyłem, że nie znajdowaliśmy się już w kuchni, tylko w przedpokoju,
kierując się na górę. Miałem zamiar pokazać, udowodnić Lyn-z jak bardzo
ją kocham i ile dla mnie znaczy. W ten, czy inny sposób... Wziąłem ją na
ręce i zatrzasnąłem drzwi naszej sypialni.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

5 komentarze:
Piękne :) Dla mnie dzieci w tym wieku są wkurzające ;p (Kiedyś House of wolves2)
DZIĘKUJĘ ZA PRZENIESIENIE, KOCHAM WAS <333333333333333333
No złotka :D Przeniosłyście się ♥♥♥ Uwielbiam tę swobodę komentowania :* Jezu... i mogę bez przeszkód napierdalać serduszkami :D Pozwólcie zatem, że się naciesze póki czas.
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥
dziękuję za uwagę. ♥
-> red like a blood <-
Darsa mnie zabiła XDDD <3
dobra, ja się cieszę, rozdział jest taki yghujedisuj7ij <3 i chcę szyybcjiej :C a i musicie zrobić, żeby anonimy też mogły komentować, tak tylkomówię xd
kochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamto
Prześlij komentarz