niedziela, 14 października 2012

Rozdział 3

Siemka :D No to nowy rozdzialik jest pod spodem :D Mamy nadzieję, że się spodoba ^^ Nawet długi wyszedł, więc też jesteśmy z tego zadowolone :D Dedykacja dla Darsy;] Next jak zawsze - za tydzień, chyba, że będzie 10 komentarzy :D No to endżojujcie ;*
 ____________________________________________________

Frank

   Tak więc dzisiaj rozpoczął się pierwszy dzień mojego pobytu tutaj. Jak na razie nie zapowiada się, żebym miał się tu czuć bezpiecznie, dlatego ani razu nie wyszedłem jeszcze z pokoju. Po prostu obawiam się, że jak tylko wyjdę, to zaraz mnie coś pożre. Miałem na myśli Lyn-z oczywiście. Najchętniej wziąłbym swoje rzeczy i uciekłbym przez okno, ale przecież przysiągłem Mikey'owi. Nie mogę teraz złamać danej mu obietnicy, jestem mu przecież coś winien. Przecież to on zawsze się tak o mnie troszczył i wspierał w trudnych chwilach. Pewnie by mnie znienawidził, gdybym o tak to wszystko olał i uciekł stąd.
  Leżałem sobie spokojnie na łóżku, wgapiając się w śnieżnobiały sufit. Ta biel i jasność zaczęła mnie naprawdę dobijać. Ciągle powracały chwile spędzone w szpitalu... samotnie, bez niego. Jak się wtedy czułem? Wstrętnie. Miałem wrażenie, że jestem jakimś nic nie wartym śmieciem. A może tak było? Tak czy siak, Gerard sprawił mi tym wielką przykrość. Jak to możliwe, że niegdyś najważniejsza dla ciebie osoba staje się nagle nikim?
  Poczułem lekkie wibrację w kieszeni. Sięgnąłem do niej ręką i wyjąłem swoją komórkę. Odblokowałem i spojrzałem na wyświetlacz. "Wiadomość od: Jeffrey". Oh, przynajmniej on o mnie pamięta. Nawet Mikey do mnie nie napisał ani nie zadzwonił, a jestem tu już od kilkunastu godzin!
  Otworzyłem wiadomość i przeleciałem wzrokiem po tekście. Mimowolnie moje usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
 Cześć kochanie. Jak tam u mojego skarbeńka? :* Może mógłbym porwać mojego cukiereczka na randkę? <3
To podejrzane. W każdym zdaniu jakoś pieszczotliwa ksywka? Albo czegoś chce, albo nabroił i próbuje załagodzić jakoś sytuację. Jest jeszcze opcja, że mnie po prostu kocha i chce w ten sposób poprawić mi mój spieprzony humor. Hm, trzecia opcja wydaje mi się najbardziej realna.
  Wystukałem szybko odpowiedź.
 Możesz mnie porywać kiedy tylko chcesz <3 Może w piątek, kochanie? <3
Urocze. Aż do porzygania tęczą. No, ale przynajmniej nie myślałem o złych rzeczach, o pocięciu się i o... nim. No szlag. I znowu będzie mi siedział w głowie, dupek. Tylko dlaczego ja się tak nim przejmuję? On ma żonę, dziecko, a ja chłopaka, którego bardzo kocham i z wzajemnością. Ale niestety wziąć nie mogę pozbyć się tego dziwnego uczucia do czarnowłosego. Niby go nie kocham, przynajmniej tak wmawiam innym i samemu sobie, ale jednak odczuwam coś co można porównać do zazdrości, kiedy przytula lub całuje swoją żonę. Tak bardzo chciałbym przestać... przecież on ma rodzinę, ja partnera. Co prawda nie stałego, bo w każdej chwili może ze mną zerwać i rozpocząć wspólne życie z jakąś dziewczyną (no popatrzcie, powtórka z rozrywki? ), a mnie olać i nie odzywać się do mnie przez resztę życia. Ale na pewno tak nie będzie. Jeffrey mnie przecież kocha! Tak jak Gee mnie kochał... Bo kochał... Musiał kochać. Przecież nie był ze mną dla kasy, bo przecież jakiegoś znów wielkiego majątku nie posiadałem. Dla sławy też nie, bo lubiany nie byłem. Więc musiał kochać...
  Kolejna wibracja. Spojrzałem na ekran.
 Mrrraśnie. Już nie mogę się doczekać, kiciu. Kocham cię <333
Oh, trzy trójeczki w serduszku. To znaczy, że kocha mnie potrójnie? Uroczo.
 Też cię kocham, kotku <333
  Przygryzłem wargę wpatrując się w komórkę. Niby banalne teksty typu kiciu, kotku, skarbeńku, ale poprawiają mi humor. I w sumie to lubiłem kiedy tak pieszczotliwie mnie nazywał. Wtedy mi się robiło tak milutko i cieplutko w środku. Przynajmniej miałem wrażenie, że ktoś mnie kocha i potrzebuje.
- Cześć. Co tam piszesz? - usłyszałem na moim uchem. Lekko się przestraszyłem i podskoczyłem, od razu odwracając się do obcej mi osoby. Podniosłem się do pozycji siedzącej i spojrzałem niepewnie na... dziewczynkę. Mała, może czteroletnia czarnowłosa dziewczynka wpatrywała się we mnie swoimi piwnymi oczami. Na jej pyzatej buźce ciągle widniał szeroki uśmiech. Miała na sobie różową sukieneczkę, całą umazaną flamastrami. Tak tylko przypuszczam, ale chyba nie lubi nosić sukienek, szczególnie tak obrzydliwie różowych. W rękach ściskała pluszowego misia, którego szyję ozdabiała niebieska wstążeczka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na moim łóżku siedział sobie prawie identyczny misio. Z takim wyjątkiem, że wstążeczka mojego była czerwona. No, to już mamy trochę ze sobą wspólnego.
- Em.. cześć. Jak ci na imię? - spytałem, lekko się uśmiechając. Nie chciałem odwzajemniać jej psychicznego uśmiechu, bo mogłaby mnie uznać za jakiegoś psychopatę i najzwyczajniej w świecie rozpłakałaby się i uciekła stąd przestraszona. A tego byśmy nie chcieli.
- Jestem Bandit, a ty? - odpowiedziała i wyszczerzyła się jeszcze bardziej, chociaż dziwiłem się, że to możliwe. Wyciągnęła do mnie swoją małą rączkę, a ja niemal natychmiast ją lekko uścisnąłem. Bałem się, że mogę ją zgnieść.
- Frank, miło poznać. - odparłem, siląc się na nieco ładniejszy uśmiech.
- To zdrobnienie od Frankensteina? - spytała, patrząc na mnie swoimi wielkimi, błyszczącymi oczami. Nie mogłem się powstrzymać od zaśmiania się. Szczerze, to jakoś nigdy mi się te dwa imiona nie skojarzyły, a tu proszę. Bystre dziecko.
- Nie, to zdrobnienie od Franklina.
- Franklin? Ładnie. - powiedziała i zmieniła minę z zamyślonej na psychiczną, z tym swoim dzikim uśmiechem. Jak dotąd tylko ja mogłem mieć takie miny... No nie, chcą mnie kimś zastąpić. A tak kimś jest w dodatku płeć żeńska. No dziękuję bardzo.
- Dziękuję. Twoje też jest ładne. - odszepnąłem i pogłaskałem ją po głowie. Ale czy naprawdę było ładne? Nazwanie słodkiej, uroczej dziewczynki bandytą jest jednak trochę niepokojące. Ciekawe kto wpadł na taki genialny pomysł. Lyn-z czy... nieważne.
- A wiesz, bo ja jestem księżniczką. Ty też? - zaczęła nowy temat, znów posyłając mi promienny uśmiech. Przytuliła się mocniej do swojego misia i patrzyła na mnie wyczekująco. W myślach analizowałem chyba z dziesięć razy jej pytanie. Czy ja jestem księżniczką? A zatem cofnijmy się w czasie o jakieś parę lat, do momentu, kiedy z Gerardem uciekliśmy z domu i zamieszkaliśmy razem w mieszkaniu jego znajomej. Swoją drogą, często zastanawiałem się, jakby to było gdybyśmy nie wrócili. Gdybyśmy mieszkali sobie razem, spokojnie, bez żadnych ludzi krytykujących każdy nasz ruch. Zapewne byłoby cudownie. Miałbym go całego dla siebie, a on był mnie mocno kochał, non stop tuliłby mnie i całował i ogólnie byłoby zajebiście. Ale czy na pewno? Gdybyśmy nie wrócili, nie pogodzilibyśmy się z Mikey'em. Zapewne nie poznałbym też Rose, a razem z tym Mikey by się z nią nie ożenił. Nie pomijając oczywiście My Chemical Romance, które tak kocham nad życie. U mnie na moje własnej liście na pierwszym miejscu są Mikey i Rose, a na drugim reszta składu MCR. Oh, no przecież! Nie można zapomnieć o moim wiernym czworonożnym przyjacielu. Gdybyśmy wtedy nie wrócili do domu, Gerard nie znalazłby go i przyniósłby mi go. I nie wiem już co o tym myśleć. Z jednej strony dobrze, że zdecydowaliśmy się na powrót do domu, ale z drugiej... jest beznadziejnie. Ale wróćmy do tematu moje księżniczkowania. W sumie to były chwile, kiedy Gerard się tak do mnie zwracał. A mianowicie nasza "randka" w parku. I Jenna. A skoro o niej mowa, to ciekawe co u niej słychać. Mam nadzieję, że jej nikt nie kocha i żyje sobie sama z tysiącem kotów. Tak, będę wredny. Chociaż moja wredzizna nawet w połowie nie dorasta do jej. Oh. Znowu odbiegam od tematu. No więc był park, była Jenna i kłótnia. Próbowałem stamtąd uciec... no właśnie, próbowałem. Niestety jestem taką niezdarą, że potknąłem się i rozwaliłem kolano. Gerard był skazany na noszenie mnie wszędzie, chociaż nie dało się zauważyć, żeby w jakikolwiek sposób mu to przeszkadzało lub nie podobało. A nawet przeciwnie.

Tak naprawdę już nie spałem, ale chciałem to ukryć przed Gerardem. Leżał obok mnie i głaskał po głowie. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchnąłem śmiechem. Chłopak aż podskoczył. Zacząłem się jeszcze bardziej śmiać.
- Ach tak?! Takie to zabawne?! - zapytał.
- Tak!... - chciałem jeszcze coś dodać, ale Gerard zamknął mi usta w zaborczym pocałunku.  
- Co moja księżniczka życzy sobie na śniadanie?
- Hm... - niby się zastanawiałem. - Ciebie!
- A oto i jestem na każde twoje zawołanie. - teraz już oboje śmialiśmy się do łez.
Gee przykucnął na łóżku, a następnie położył się na mnie i zaczął całować każdy fragment górnej partii mojego ciała. Popchnąłem go tak, że leżał obok mnie. Teraz to ja usadowiłem się na nim.
Chwyciłem go za nadgarstki i przygniotłem do łóżka. Składałem delikatne pocałunki na jego szyi. W końcu przeszedłem do ust. Przez twarz chłopaka przechodziły zadziorne uśmieszki. Spodobało mi się to.
- Gee, jesteś naprawdę słodki. - powiedziałem.  
- Kocham cię... - zdołał wyszeptać, ponieważ cały czas namiętnie całowałem go, nawet nie dając mu złapać powietrza.

  A więc pytanie, czy jestem księżniczką? No cóż, można tak powiedzieć.
- No w sumie to tak, jestem. - wyszczerzyłem się, może trochę za bardzo.
- To świetnie. A masz swojego księcia? - dziewczynka klasnęła w dłonie, upuszczając jednocześnie misia. Szybko jednak go pozbierała i znowu mocno do siebie przytuliła.
- Miałem... - mruknąłem bardzo cicho, tak że nie zdołała tego usłyszeć. Może to i lepiej. Co ja gadam, to dobrze, że nie usłyszała. Co by sobie pomyślała? Albo... albo nic by nie pomyślała, przecież sama zadała mi takie dziwne pytanie.
  W tym samym momencie drzwi do pokoju uchyliły się. Do środka weszła dość wysoko postać. Nie był to nikt inny, jak Gerard. No kto by pomyślał. W dodatku miał ten swój dziwny uśmieszek. Czy wszyscy w tym domu muszą mieć te dziwne uśmiechy przyklejony do twarzy?!
- O, tu się chowasz. - zwrócił się promiennie do czarnowłosej dziewczynki. - A my z mamą szukamy cię po całym domu. Widzę, że już się poznaliście. - posłał mi wesołe spojrzenie. Boże, jak on dawno tak na mnie nie patrzył. A wzrok miał taki cudowny. Najchętniej rozpłynąłbym się ze szczęścia.
- Chodź mała, przecież miałaś iść z mamusią na zakupy. - powiedział i zbliżył się do łóżka, na którym oboje siedzieliśmy. Do teraz zastanawiam się jak Bandit tu wlazła, przecież to łóżko było dosyć wysokie.
  Czarnowłosy wziął małą na ręce i ostatni raz czule się do mnie uśmiechnął. Odwrócił się i skierował w stronę drzwi, gdzie czekała już Lyn-z. Wychodząc, Bandit pomachała mi swoją małą łapką. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Również jej pomachałem, a chwilę później drzwi zamknęły się i znowu zostałem sam. Sam ze swoimi myślami.

Gerard

- Dzień dobry, kochanie. - Lyn-z przywitała mnie długim pocałunkiem, gdy stanąłem w progu. Miała na sobie tylko króciutką bluzkę, sięgającą do jednej czwartej uda. Położyłem dłonie na jej biodrach, lekko się kołysząc weszliśmy do kuchni. Posadziłem ją na blacie, nie przerywając pocałunku. Nagle czarnowłosa odwróciła się i powoli podała mi kubek z kawą. Zamknąłem oczy, rozkoszując się cudownym zapachem.
- Może zrobię ci drugą, zanim zaśniesz na stojąco? - spytała chichocząc. Jak ja uwielbiałem jej głos. Te pełne, czerwone usta wygięte się w uroczym uśmiechu i oczy - piękne brązowe oczy, w ogóle nie podobne do tęczówek Franka. Jego były...inne. Na swój sposób urzekające. Całkowicie różniły się odcieniem od mojej cudownej żony. Aż się nie chce wierzyć, że do niedawna te słowa były przeznaczone tylko dla niego. Boże! Czemu ja o nim TAK myślę?! Nie powinienem... Dobrze, to nic takiego, Gee. Tylko takie małe porównanie, nic wielkiego.
- Lyn-z, kochanie... Mam prośbę. Mogłabyś być milsza dla Franka... - to raczej było stwierdzenie, ale ona się tym nie przejęła. - To dla niego nowa sytuacja, daj mu trochę swobody... - kobieta mruknęła coś pod nosem, co mam nadzieję było potwierdzeniem. Jak nie, to wytłumaczę jeszcze raz. Frank jest dla mnie ważny i zależy mi, żeby czuł się tu dobrze. Niestety przy Lyn-z, która wrzeszczy na niego na każdym kroku jest to prawie niewykonalne.
Usiadłem na wysokim krześle przy stole, upijając łyk czarnego płynu, przy okazji wpatrując w Lyn-z krzątającą się po pomieszczeniu. Chodziła wesoło od szafki do szafki, nucąc jaką melodię i przygotowując śniadanie. Kochałem moje teraźniejsze życie z moją malutką córeczką i kochającą kobietą u boku. Jednak był jeszcze on. Co prawda nie robiło mi to żadnej różnicy, ale wiedziałem, że Frank się zadręcza. Miałem kiedyś wspaniałego chłopaka, ale go straciłem i obawiam się, że z naszej przyjaźni też już nic nie pozostało. Będę za wszelką cenę starał się odbudować z nim nasze relacje. Nie chcę, żeby posunęło się to dalej, niż przyjaźń, ale nie chcę też go stracić. Od czasu, kiedy dowiedział się, że jestem z Lyn-z prawie się do mnie nie odzywa i mam wrażenie, że to moja wina, bo po części to prawda. Tylko, że boję się...cholernie się boję, że Frank może chcieć czegoś więcej, a przecież ja mam swoją rodzinę. Nie mogę dawać mu żadnych nadziei na to, że kiedyś będziemy razem. Wspominając o chłopaku szybko spojrzałem na zegarek. Jest już 11:38, a on nie wstał, dziwne... Ostatnio mogę go zobaczyć nawet o szóstej rano, stojącego na balkonie i palącego papierosa.
- Pójdę obudzić Franka, śniadanie mu wystygnie. - rzuciłem i pędem pobiegłem na górę.
  Zawahałem się przy jego drzwiach, ale w końcu nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Nic się tu nie zmieniło. Wszędzie walały się ubrania i wymięte kartki papieru. Zazwyczaj były na nich pojedyncze słowa,jakby coś zaczynał, ale nie mógł dokończyć. Ciemne zasłony blokowały dopływ dziennego światła,przez co wokół panował półmrok. Frank rzadko wychodził ze swojego pokoju. Wolał być sam, co mnie martwiło. Przecież zawsze był duszą towarzystwa, a teraz odcinał się od świata. Jedynie co, to rozmawiał czasem z Mikey'em, kiedy do niego zadzwonił. Ja...ja nie chciałem, żeby tak było. Pragnąłem odzyskać dawnego Franka. On nawet nie miał pojęcia, jak brakowało mi jego śmiechu. Cały czas był przygnębiony, co udzielało się też mnie. Jesteśmy połączeni specjalną więzią, której nic nie jest w stanie zniszczyć. I nie, nie mówię tu o miłości. Po prostu jest i nie wiem, jak to wytłumaczyć. Gdy on jest smutny, momentalnie ja też taki jestem, gdy jest wesoły, ja tak samo. Nie rozumiem, co się z nim dzieje. Próbuję sobie poukładać, że jest tu pierwszy raz i nie może mnie nawet przytulić, że jest tu Lyn-z, która nie za bardzo za nim przepada. Nie mam nic przeciwko przyjacielskiemu uściskowi, ale dla niego to nie to samo, co dla mnie.
  Rozejrzałem się po pomieszczeniu w celu znalezienia bruneta. Nie dostrzegłem nic poza drobnym zawiniątkiem, leżącym na łóżku. Podszedłem ciut bliżej. Frank był opatulony kołdrą i odwrócony do mnie plecami. Jego ramiona drżały, a co pewien czas można było usłyszeć cichy, lecz wyraźny szloch. Zrobiło mi się go żal. Spędza całkiem sam całe dnie tutaj, nie ma z kim porozmawiać, a ja...Ja przebywam na okrągło w towarzystwie Lyn-z, nie zajmując się nim. W końcu to mój najlepszy przyjaciel, a ja go olewam. W każdym bądź razie był nim. To się nie może tak skończyć, że Frank będzie myślał, że jest mi niepotrzebny, lub niechciany. Wręcz przeciwnie. Bardzo się ucieszyłem, jak się dowiedziałem, że ma tutaj zamieszkać na pewien czas, ale brunet chyba nie był zachwycony. Co ja robię nie tak? Głupi, zadałem sobie pytanie, na które doskonale znam odpowiedź, Wszystko, wszystko robię nie tak. Chcę, żeby Frank czuł się w moim domu bezpieczny, ale jakoś zawsze wszystko wyjdzie na odwrót.
  Przysiadłem na skraju łóżka i delikatnie odgarnąłem mu włosy z twarzy. Już prawie zapomniałem, jak to jest przebywać z nim w jednym pomieszczeniu i dotykać go. Chłopak szybko zerwał się z miejsca, ale mógł nic zrobić, ze względu na to, że był zawinięty w pościel. Nie miałem pojęcia, że zachowuję się tak cicho. Widząc przerażenie w jego podpuchniętych i podkrążonych oczach miałem ochotę stąd wyjść. Nie mogłem patrzeć jak cierpi, ale byłoby jeszcze gorzej, gdybym tak po prostu sobie poszedł. Na mój widok Frank rozluźnił się nieco, a jego głowa z powrotem opadła na poduszkę.
-Ej,-powiedziałem spokojnie.-Spójrz na mnie.-zero reakcji, zupełnie jakbym mówił do lalki. No nic, trzeba będzie poradzić sobie inaczej...
Złapałem go za ramię i jednym ruchem odwróciłem w swoją stronę. Ująłem dłońmi jego twarz, zanim zdążył ukryć ją przede mną. Nie poruszył się nawet o centymetr, patrząc z niepokojem na okno.
- Spójrz na mnie. - powtórzyłem. Nie mając wyboru spojrzał w moje tęczówki. Co ja mogłem powiedzieć. Wyczuwałem strach? Niepewność? To nie ma sensu. - Frank? Co się dzieje?
Nie odpowiadał przez dłuższy moment. Już miałem odpuścić, ale jego usta nieznacznie się rozchyliły.
- Ja chcę do Mikey'a... - wyszeptał z trudem powstrzymując łzy.
W pierwszej chwili poczułem jakbym dostał w twarz. Do Mikey'a? Jak...? Coś mnie zakuło w okolicach serca, zamarłem bez ruchu. To ja zawsze byłem pierwszym, do którego przychodził, jak miał koszmar. To ja pocieszałem go i byłem przy nim w złych chwilach. Nie mój brat. Więc dlaczego, do cholery, on chce jego, zamiast mnie?! I teraz zrozumiałem swoją pomyłkę. Mikey był z nim w tych najtrudniejszym momencie jego życia. On poświęcał mu swój czas, podczas gdy ja imprezowałem z Lyn-z. Ale to ja go opuściłem po tym, jak prawie umarł i to przeze mnie. Gerard Way-dupek i jebany egoista. Nie zwracałem uwagi na to, że on mnie potrzebuje. Jednym słowem: miałem go w dupie i wolałem pieprzyć się z Lindsey, zamiast spędzić z nim choćby godzinę. Dla mnie było to tyle co nic, ale wiedziałem, że dla Franka miało to ogromne znaczenie. Nie potrafiłem zauważyć, jak on się męczy. Jak bardzo chciałby mnie zobaczyć. Mój brat często mi mówił, żebym wpadł do nich, ale albo wykręcałem się czymś, albo go ignorowałem. I potrzebowałem tyle czasu, żebym wreszcie zauważył jaki ogromny błąd popełniłem, możliwe, że nieodwracalny.
- Frankie, ja... - urwałem. No bo co ja miałem powiedzieć: przepraszam? Słyszał to ode mnie wiele razy, ale jakoś ciągle przybywa powodów, dla których muszę używać tego słowa, skierowanego właśnie do Franka.
Po jego policzkach spłynęły dwie duże łzy, zatrzymując się w miejscu, gdzie nadal trzymałem swoje ręce. Puściłem tą bladą twarzyczkę, skazując się tym samym na to, że chłopak nie będzie chciał na mnie więcej spojrzeć, lecz nic takiego się nie stało. Jego oczy wpatrywały się w moją osobę z bólem, ale też z czymś jakby ulgą. Zastanawiałem się, co teraz zrobić. Przeczesywałem wszystkie słowa, przychodzące mi do głowy, ale żadne z nich nie było odpowiednie dla tak wielkiej krzywdy, jaką wyrządziłem tej kruchej istocie.
-Rozumiem Gee, nie mam ci tego za złe.-odparł cichutko, tak, że ledwie dosłyszałem. On sam nie do końca wierzył, że to prawda. Przynajmniej ja wiedziałem, że to nie była jakaś tam zwykła rzecz. Nie mogłem sobie wyobrazić, co bym zrobił, jakby go już tu nie było. Nie, że tutaj, u mnie, tylko jakby w ogóle go nie było. Nigdzie... Jakbym wtedy nie zdążył, spóźnił się o dwie minuty...On...on by umarł, a ja bym miał cholerne wyrzuty sumienia, Kto wie, może nawet sam bym się zabił... Te wspomnienia pozostaną z Frankiem do końca jego życia. Blizny po cięciach zostaną na zawsze i będą przypominały mu o mnie... O Gerardzie, jego byłym, który nie dość, że przyczynił się do tego, to jeszcze zostawił go samemu sobie po nieudanej próbie samobójczej. Czy do mnie naprawdę nie docierało przez co on przechodził?! W szpitalu odwiedziłem go raz, może dwa, a potem zapomniałem. Tak po prostu zapomniałem, ile ten chłopak przeze mnie wycierpiał, a ja nadal wyrządzam krzywdę bliskiej mi osobie. Chciałem go przytulić, sprawić by poczuł się szczęśliwy, ale nie mogłem pozwolić sobie na nic więcej, mimo iż nadal odczuwałem COŚ do niego. Jednak jestem stuprocentowo pewny, że nic nie zmieni mojego stosunku do Lyn-z i Bandit. Nie przeżyłbym, gdybym stracił jedną z nich. Za dużo dla mnie znaczą, są dla mnie całym światem i nie mógłbym ich ot tak opuścić. Nawet nie rozważałem takiej opcji.
Frank wyplątał się z kołdry i rzucił ją gdzieś na bok. Wyglądał przy tym tak nieporadnie i słodko...Gerarda, do kurwy, opanuj się! Nie wolno ci! Nie w ten sposób. Nigdy więcej...
  Dopiero teraz zauważyłem, jak tu jest gorąco. Podszedłem do okna, ale po drodze kopnąłem jeden z wielu papierów. Zwykła ciekawość kazała mi sprawdzić, co to jest. Pewnie znowu pojedyncze słowo, albo coś innego. Kartka różniła się od innych. Była mocno zwinięta, tak, że musiałem uważać, żeby jej nie podrzeć przy rozkładaniu jej.
- Nie. - usłyszałem cichy jęk z głębi pokoju, nie przejąłem się nim. Uchylając lekko okno przeczytałem pierwszą zwrotkę:
My eyes are burning red, do not know what to do.
When I look at him the whole world ceases to exist.
I do not want to live longer, pull this all. I just ...
I just want to disappear. Forever.
  Rzuciłem świstkiem o podłogę, nie chcąc wiedzieć, co będzie dalej. Musiałem się przytrzymać jakiegoś stolika, żeby nie upaść. Kątem oka dostrzegłem Franka, jeszcze bledszego niż przed chwilą z szeroko otwartymi oczami. Wydawało się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić z siebie słowa. Może to tylko głupia piosenka, nic nieznaczące wyrazy, ale napisane przez niego. Wyrażało jego odczucia, a co gorsze, on nadal chciał się zabić. Zniknąć z mojego życia na zawsze. Nie mogłem znowu do tego dopuścić. Sam nie wiedziałem, kiedy moje oczy zaszły mgłą, a kiedy mrugnąłem, spłynęły słone łzy. Nie darowałem sobie nic z tego, co wydarzyło się Frankowi, a teraz już bym sobie nie poradził. Ale co mógłbym zrobić? Nic, nic nie mógłbym zrobić. Mam rodzinę, dziecko i choćbym chciał, nie mogłem ich zostawić. Żyłbym dalej, budził się i zasypiał ze świadomością, że już nigdy nie zobaczę jego roześmianych oczu, ani słodkiej twarzyczki.
  Byłem pewien, że trudno mi będzie pogodzić się z tym, że mój malutki Franiu stracił do mnie całe zaufanie, zwłaszcza teraz, kiedy piorunowałem go wzrokiem, zamiast wspierać. Szybko się opamiętałem i w zawrotnym tempie znalazłem się przy nim. Nie obchodziło mnie, że zaraz może tu wpaść Lyn-z, albo Lady B. Szarpnąłem Franka i mocno do siebie przytuliłem. Czułem ciepło jego drobnego ciała, przylegającego do mojego, jego cichy i szybki oddech na mojej szyi oraz miarowe bicie jego serca. Zostałbym w tej pozycji na zawsze, gdybym tylko mógł go ochronić przed całym złem tego świata.
Na moment oderwałem go od siebie na długość moich ramion.
-Ani mi się waż! Rozumiesz?-powiedziałem ostrym tonem, tak, żeby zdał sobie sprawę z tego, że nie jest mi obojętny. Jakby coś mu się stało… Obiecuję, że teraz będę spędzał z nim każdą wolną chwilę. Jak najlepsi kumple będziemy grać w Guitar Hero i po prostu rozmawiać. Wysłucham go nawet w najgłupszej sprawie i nie oleję go tak jak zawsze…
  Brunet nieznacznie pokiwał głową i znowu do mnie przywarł, mocząc łzami moją koszulkę. Przejechałem wierzchem dłoni po jego plecach, gładząc je delikatnie.
- Cśśś, wszystko będzie dobrze… - oparł podbródek na moim ramieniu. Ta chwila trwałaby wiecznie, jakby nie przeszkodziło nam pukanie do drzwi. Spojrzałem na Franka, który szybko otarł policzki i oczy rękawem bluzy. No ale w sumie po co? Lyn-z za bardzo by się tym nie przejęła. W ogóle miała gdzieś Franka. Od samego początku jak tutaj zamieszkał stała się… rozdrażniona. Ale co on jej przeszkadza? Przez cały tydzień widziała go trzy razy, a i tak czepia się o wszystko. Co nie zmienia faktu, że wygląda uroczo jak jest wkurzona.
- Tak? - krzyknąłem, żeby Lindsey mnie usłyszała z przedpokoju. Odpowiedziała mi głucha cisza i po raz kolejny rozległo się pukanie. No chyba że Mieky przyjechał i robi sobie głupie żarty. Chwila… On miał być dopiero za tydzień. Nie chciałem mówić nic na głos blondynie. Wiem, że Frank za nim tęskni, ale muszę mu na razie wystarczyć. Kochałem go jak nikogo innego, jak brata i nie mogłem patrzeć jak się wycieńcza się każdym dniem spędzonym tutaj. Dziękuję bogu, że Mikey postanowił przeprowadzić Franka do mnie, a nie zastawił go samego. On się domyślał, co brunet zamierzał, dlatego,pomimo jego protestów, Mikes wybrał właśnie mnie. Wiedział, że będę pilnował mojego Frankiego, co nie wychodziło mi przez ostatni czas. Cholera, ja jestem drugi raz w jego pokoju. Ile razy odezwałem się do niego w ciągu tych dziesięciu dni? Prawie, że wcale. Kiedy tylko na niego patrzałem, obojętnie czy w kuchni, czy w salonie, co zdarzało się rzadko, bo go prawie nie widuję, to on zawsze odwracał wzrok i lekko się rumienił. Tak jak w piosence…Za każdym razem, kiedy mnie zobaczył nie spuszczał ze mnie wzroku. A ja myślałem, że to tylko taki przypadek. Czasem, naprawdę przydałoby mi się, żeby ktoś walnął mnie w mój głupi łeb. Może wtedy zacząłbym dostrzegać innych i nie wmawiał sobie, że to, co się dzieje z Frankiem jest przejściowe.
Posłałem chłopakowi ostatnie spojrzenie i ruszyłem w stronę drzwi. Otworzyłem je z zamachem., mając zamiar wygarnąć Lyn-z, że sobie sama nie potrafi otworzyć. Swoją drogą to było nawet kulturalne, że zapukała, przeważnie wpada bez zapowiedzi. Rozejrzałem się we wszystkie strony, ale nikogo nie zobaczyłem. Kiepski żart, zwłaszcza, że pocieszam załamanego kumpla. Jeżeli zaraz się nie uspokoję, to coś jej zrobię. Czy Lindsey nie mogłaby się z tym chwilę wstrzymać? Chyba, że chciała nam przeszkodzić… Od zawsze była zazdrosna nawet o koleżankę, a teraz jeszcze, że spędzam trochę czasu z przyjacielem. To była jej największa wada. Pamiętam,że raz mieliśmy pójść razem do kina, ale nie zdążyłem przyjść na czas, bo niania nie przyszła i musiałem zostać z Bandit. I też potem była awantura, że nie zadzwoniłem. Nie miałem przy sobie telefonu, a zostawić B. samą, to tak jak skazać się na śmierć z rąk Lyn-z za to, że mała coś potłukła. Czy ona nie rozumie, że to jeszcze dziecko? Najwyraźniej nie…
- Cześć śliczna. - powiedział Frank wesoło. Hm… Że to do mnie? No a do kogo? Jest nas tylko dwoje w tym pomieszczeniu. Śliczna? Czy aby na pewno on czegoś nie brał? Jakiś tabletek, albo coś…  Frank wie, że teraz raczej nie powinien tak do mnie mówić. Zaraz po tym usłyszałem ciche szepty. Albo to ja zwariowałem, albo brunet gada z “wymyślonym przyjacielem”. Odwróciłem się na pięcie i ujrzałem Franka, bawiącego się z moją córką. Bandit ciągnęła go za włosy, a n robił przy tym dziwne miny, co spowodowało niekontrolowany wybuch śmiechu. Oparłem się o ścianę i przyglądałem temu uroczemu obrazkowi. Co jak co, ale Lady B. była lekiem na wszystkie zmartwienia. Jej duże, piwno-brązowe oczy, szczęśliwa i energiczna buźka sprawiały, że każdy się uśmiechał i cieszył chwilą z B. Ale Bandit tylko przy niektórych osobach była taka wesoła, jak teraz. Jedną z nich był właśnie Frank.
  Powoli wycofałem się z pokoju, chcąc ich zostawić na chwilę samych. Jak B. dowiedziała się, że Frank ma z nami zamieszkać jakoś nie wykazywała zbyt dużego zainteresowania. Znała go tylko z opowiadań moich i Lyn-z. Nie wiem, ale nie była chętna do poznania go, a przecież mówiłem, że to miły chłopak. No tak, Lindsey pewnie jej powiedziała, że nie ma się do niego odzywać ani nic. Słyszałem kawałek tej rozmowy, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że o Franka chodzi. Mała odziedziczyła buntowniczy charakter po mnie i, jak widać, są z Franiem najlepszymi przyjaciółmi. Uśmiechnąłem się pod nosem i wszedłem do kuchni. Moja wspaniała żona wpatrywała się tępo w okno, a jaj twarz nie wyrażała zupełnie nic. Wzruszyłem ramionami i usiadłem przy stole, po czym upiłem, pierwszy dzisiaj, łyk kawy. Fuj! Zimna! Ile ja czasu tam spędziłem, że już mi ostygła?
- Godzinę. - powiedziała Lyn-z, jakby czytała mi w myślach. Godzinę?! Aż godzinę?! Wow, z Frankiem czas tak szybko leci... Mam wrażenie, że to było pięć minut, a nie sześćdziesiąt. - Co tam robiłeś aż tyle czasu?! - załkała. Nie...Znowu się zaczyna. Tyle razy ją zapewniałem, że nic mnie nie łączy z Frankiem, a ona nadal pozostaje przy swoim. Już na samym początku wprowadzenia się Iero miała inne nastawienie do bruneta, jakby bała się, że odbierze mnie jej. Krytykowała go na każdym kroku o byle głupotę, na przykład o źle pościelone łóżko. Po kilku dniach uspokoiła się trochę i nie mieszała się w jego sprawy. Ale teraz, kiedy w minimalnym stopniu przybliżyłem się i zamieniłem, po wielu latach, choć słowo z Frankiem, Lindsey zrobiła się... Przewrażliwiona. Tak, to jest dobre określenie. Bardziej stara się mnie kontrolować, sprawdza na każdym kroku i doszukuję się nieistniejących dowodów na to, że ją zdradzam. To już powoli zaczyna być chore i zamienia się w jakąś obsesję.
- Rozmawialiśmy. - odparłem, oplatając ręce wokół jej talii.
- Aż tyle czasu?! - jej ton zmienił się z obojętnego na poważniejszy i wręcz oskarżycielski. Spojrzała na mnie, jakbym jej kota zjadł.
- Myślę, że Frank nadal chce się zabić. - wyrzuciłem to z siebie po chwili wahania. Jej mogłem zaufać... Lyn-z milczała. W szybie  okna ledwo dostrzegłem uśmieszek który chwilę potem zniknął. Czyżby jej to nie obchodziło, albo czy chciała tego? Wiedziałem, że nie lubi Franka, ale aż do tego stopnia, żeby chcieć czyjejś śmierci? Co on jej zrobił? Przecież nawet się nie pokłócili... Ja z Mikey'em często się kłócę, ale na nigdy bym nie pomyślał o takim czymś. Może dlatego, że nie zna Frano tak dobrze jak ja.
  Z przemyśleń wyrwało mnie pociągnięcie za rękę, Zauważyłem, że nie znajdowaliśmy się już w kuchni, tylko w przedpokoju, kierując się na górę. Miałem zamiar pokazać, udowodnić Lyn-z jak bardzo ją kocham i ile dla mnie znaczy. W ten, czy inny sposób... Wziąłem ją na ręce i zatrzasnąłem drzwi naszej sypialni.

5 komentarze:

Pika Pika pisze...

Piękne :) Dla mnie dzieci w tym wieku są wkurzające ;p (Kiedyś House of wolves2)

Shampain pisze...

DZIĘKUJĘ ZA PRZENIESIENIE, KOCHAM WAS <333333333333333333

Darsa pisze...

No złotka :D Przeniosłyście się ♥♥♥ Uwielbiam tę swobodę komentowania :* Jezu... i mogę bez przeszkód napierdalać serduszkami :D Pozwólcie zatem, że się naciesze póki czas.

♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

dziękuję za uwagę. ♥

-> red like a blood <-

Franiowa Hipiska. pisze...

Darsa mnie zabiła XDDD <3
dobra, ja się cieszę, rozdział jest taki yghujedisuj7ij <3 i chcę szyybcjiej :C a i musicie zrobić, żeby anonimy też mogły komentować, tak tylkomówię xd

Jeanne pisze...

kochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamtokochamto

Prześlij komentarz